Terry Pratchett - Dysk


Książeczkę tę dostałem na kochane przez nas wszystkich Święta Bożego Narodzenia (jak ja lubię tę datę - 24 grudnia :)), przyznać muszę, że już od dłuższego czasu chciałem się zabrać za twórczość pana Pratchetta. Niestety do tej pory nie miałem okazji, ale w końcu mój staż z książkami wynosi zaledwie 2 lata, więc nie musiałem jeszcze wszystkiego przeczytać. Tak więc teraz zabrałem się za książkę Pratchetta, którą dostałem na gwiazdkę (powtarzam się, ale to dlatego, ponieważ upiłem się cin&cinem ;) żarcik oczywiście). Tyle wstępu, przechodzę do części kolejnej, czyli tak jak zawszę zacznę od fabuły.

Pozwólcie jednak, że zacznę od mojego nastawiania do tej książki. Szczerze mówiąc, to na początku myślałem, że jest to powieść fantasy. W końcu tyle już słyszałem o świecie dysku, (wstyd przyznać, że jeszcze nie czytałem, ale obiecuję się poprawić, tylko na początku muszę kasę zebrać :)) że sądziłem, że jest to coś właśnie o tym. Pomyliłem się, co prawda jeszcze się nie znam zbytnio (mówmy otwarcie - wcale się nie znam!) na tym dysku świecie, jednak czytałem o nim bardzo dużo pochwalnych opinii. Tak więc zabrałem się za tę książkę, myśląc, że będę czytał kolejne, dobre fantasy. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ta książką jest jak najbardziej... science-fiction. Właśnie, w zasadzie cały czas czekałem na pojawienie się fantasy, i przemienienia się tej książki w stare, dobre might&magic. Ale nic takiego się nie stało. Dopiero gdzieś pod koniec uświadomiłem sobie, że nie nastąpi to co oczekuję, ale jaki widać coś późno się skapnąłem :). No to nastał czas na fabułkę.

A chodzi w niej mniej więcej tak. Główną bohaterką jest kobieta-ziemianka - Kin Arad - która ma już pod dwie setki latek ale wciąż dobrze się trzyma. Jest ona wysoką urzędniczką (można tak powiedzieć) pewnej Kompanii, która to zajmuje się... budowaniem nowych planet, a poza tym to jest istnym monopolistą we wszystkim, (Ta Kompania, nie Kin ;)). A dlaczego? Ponieważ tylko ona potrafi przedłużać życie, praktycznie w nieskończoność. Niezłe, prawda? Ja też bym tak chciał :). Aż tu nagle pojawia się pewien mężczyzna - Jalo go zwą. On to chce Kin zaproponować coś takiego. Da jej kilka ciekawych rzeczy, a w zamian ona pojedzie razem z nim na planetę, którą zamieszkują spindle - istoty, które stworzyły praktycznie cały wszechświat, natomiast teraz już wyginęły. Propozycja jest intratna więc koniec końców Kin zgadza się. Więcej mówić nie mam dla was ochoty :).

Wspomnę tylko tyle. Pojawią się jeszcze ciekawi towarzysze dla Kin, niejaki Marco, kosmita, który uważa że jest człowiekiem oraz Silver, też kosmitka ale z innej rasy co Marco. Ma ona, że tak powiem, kanibalistyczne... hmmm... usposobienie? Tak czy inaczej bez skrupułów może zeżreć każdego ze swojej rasy (i nie tylko swojej!). Powiem o niej jeszcze tylko, że bez żarcia nie potrafi się dłużej obyć, co zreszta ma istotny wpływ na fabułę :).

No to bohaterowie opisani. Teraz... Uuuu... w głowie mi się kręci, chwila przerwy. Dobra już jestem cały. Tak to jest jak się pisze recenzje w sam sylwester :). Jeszcze tylko sobie łyknę. Dobra, jedziemy dalej. Więc jak pisze autor? Świetnie, zabawnie, super, coolowo, naprawdę dobrze i... łatwo się to czyta. To mi się podoba (w przeciwieństwie do tej mojej recenzji :)) - dialogi między bohaterami to naprawdę raj dla uszu/oczu ;) a różne dowcipy jakie Pratchett zawiera w swoich książkach aż chce się czytać.

Mam tylko jedno zastrzeżenie. To krótka książka - zaledwie 215 stron, to jest na jedną noc, albo dwa dni szkolne. Ale dobrze, nie liczy się ilość a jakość - jak to ktoś, kogo nie znam, mówił ;) To tyle, pewnie i tak nie czytaliście całej tej recenzji :)

A tak w ogóle to przygrywał mi: System Of A Down - super grają!

Ogólna ocena: 5/6 bo sześć to ocena wyjątkowa!

Wszystkich pozdrawiam, pana Pratcheta też (Phnom, zrób to za mnie, jakbyś go widział :))

Faramir
faramir_13@poczta.onet.pl