Bram Stoker - "Drakula"


Za mateczkę książkowego horroru uznaje się Mary Shelley, która to kobietka wymyśliła postać doktora Frankensteina i jego uroczego pudelka Pepeta. No i monstrum. Ojczulkiem gatunku jest natomiast niejaki Bram Stoker, który wysnuł w swej główce, a następnie przelał na papier, przygody szarmanckiego hrabiego Drakuli. To wszystko wiemy. Ale, ażeby wiedzieć wręcz niesłychanie dobrze, dziś zajmiemy się tym drugim przypadkiem (od Franka mnie odrzuciło, kiedy ujrzałem wydanie tej, skądinąd melodramatycznej, opowiastki w serii "Lektury dla najmłodszych"). Lecz wpierw mała dygresja - czemu za prekursorów powieści grozy uważa się tych gagatków wymienionych powyżej? Czytałem kiedyś znacznie starszą książkę, traktującą o nawiedzonym zamku, ale blurb (to ten tekst na czwartej stronie okładki) mówił, że właśnie raczę się "opowieścią gotycką". Ja się nie znam, nic nie mówię, ale węszę tu jakiś reklamowo-propagandowy przekręt.

Tytułowy bohater, dystyngowany jak się patrzy dżentlman, zamieszkuje posępne zamczysko, prowadząc życie niczym rycerz Jedi (tudzież Dżems B.) - kryjąc swoje prawdziwe "ja" aż do momentu, kiedy oficjalnie się z nim zdradzi - tyle, że wtedy już każdy się domyślał, kim ów osobnik jest. A jest wampirem, przy czym na dźwięk jego imienia kury dają zsiadłe mleko, a okoliczna ludność chwyta się za guziki. Zdziadziały krwiopijca postanawia kupić sobie działkę w Anglii, zapewne mając dość rumuńskich klubów, z których każdy zalicza się do kategorii "ten, do którego nie chodzę". Chcąc spokojnie pograć w golfa, popijać grzane piwo i toczyć dyskusje o pogodzie, zamawia wizytę domową agenta nieruchomości i... Dalej chyba wie każdy - film o Drakuli na Polsacie puszczany jest średnio raz na miesiąc.

Powieść jest z rodzaju epistolarnych, ale poniekąd. Znaczy to, że fabułę poznajemy z listów, jakie piszą do siebie bohaterowie, ale mamy również wgląd w ich pamiętniki, zapiski itp. Nieszczególnie lubię tą formę narracji, ponieważ jasne jest, że ten, kto jest autorem danego pisma, musiał przeżyć opisywaną przezeń "akcję". Trochę to zabiera elementu zaskoczenia, i dynamika nie ta... Jednak - nie tu! Z czystym sumieniem przyznam, iż "Drakula" jest napisany świetnie. Język nie jest zbyt poetycki (a może to wina tłumacza?), ale za to Stoker osiągnął efekt, który nielicznym się udaje - maksymalne przykucie uwagi czytelnika. Kiedy zacząłem czytać, przerwałem dopiero po ostatniej stronie. Wrażenia niesamowite. Polecam gorąco.

Na zakończenie ponownie wtrącę pewną myśl. Czasami w amerykańskich filmach pokazane są sceny, kiedy ktoś czyta\przegląda\trzyma egzemplarz "Drakuli". I świetnie, tyle, że książki made in USA są opasłymi tomiszczami, grubszymi nieraz niż swojska trylogia. Ja tymczasem miałem do czynienia z wersją kieszonkową powieści, na oko tak 200, 300 stron. Wersja dla Amerykanów musi mieć dużo przypisów. Niespecjalnie mnie to dziwi...

military