KĄCIK HISTORYCZNY

ANCIENT ZONE nr 11

Gdańsk 1970
Marek

W ogarniętej komunizmem Polsce działo się (lekko mówiąc) źle. Sytuacja gospodarcza na początku lat 70 nie prezentowała się dużo lepiej. Rząd nie był w stanie trzymać się wytyczonych planów gospodarczych, a efektywność gospodarki stale się pogarszała. Dodatkowo administracja chorowała w owym czasie na dość powszechną wówczas chorobę objawiającą się "upiększaniem" statystyk w celu zahamowania wzrostu niezadowolenia i tak nie najszczęśliwszego już społeczeństwa.

12 grudnia 1970 roku rząd podjął decyzję o podwyżce cen, co miało niekorzystnie wpłynąć na poziom życia ludzi. Decyzja ogłoszona została dnia następnego jako drobne, niewinne usprawnienie w budżecie. Rząd nie spodziewał się tak ostrej reakcji - bądź co bądź - wymęczonej już komunizmem społeczności.

Pierwsze protesty rozpoczęły się w Trójmieście z dniem 14 grudnia. Przed gmachem swej dyrekcji zebrali się pracownicy stoczni gdańskiej i przedstawili postulaty. Wynikało z nich jasno - związki zawodowe mają uczynić kroki w celu uzyskania rekompensaty za podwyżki. Nie doczekawszy się reakcji, stoczniowcy przenieśli się pod gmach gdańskiego Komitetu Wojewódzkiego. Doszło wówczas do pierwszego starcia manifestantów z policją. Niewielki oddział MO został rozbity, jednak po rozpoczęciu natarcia na gmach do akcji ruszyły większe siły milicji i wojska.. Walki trwały do wieczora, nie obyło się bez ofiar, wielu rannych i aresztowanych.

Dnia następnego do strajku przystąpiła Stocznia Gdynia. Gdynianie żądali cofnięcia podwyżek oraz kilku innych postulatów. Przez Gdynię przeszły demonstracje, jednak członków komitetu strajkowego aresztowała milicja i osadziła w wejherowskim więzieniu.

Strajk rozpoczęli gdańscy stoczniowcy. Żądali tego co zwykle - cofnięcia podwyżek a także ogólnie polepszenia warunków pracy. Tłum znów wyszedł na ulicę, podpalił gmach Komitetu Wojewódzkiego oraz prowadził zaciekłe walki z milicją, podczas których ponownie pojawiły się ofiary.

Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli, toteż na posiedzeniu kierownictwa PZPR jej przewodniczący - Władysław Gomułka - podjął decyzję o użyciu broni palnej w celu stłumienia demonstracji. Rankiem 16 grudnia Trójmiasto zostało obstawione przez wojsko. Strajkujący zostali tym samym zmuszenia do pozostania na terenie stoczni, jednak później wyszli poza bramę. Z czołgów padły strzały...

Strajk ponownie rozpoczął się w stoczni gdyńskiej. Tym razem chciano nie cofnięcia podwyżek, a większych płac. Manifestacje wybuchły także w Elblągu i Słupsku, toteż za pośrednictwem gdańskiej telewizji apelowano do robotników, aby z dniem jutrzejszym udali się do pracy.

17 grudnia ludzie zgodnie z apelem zmierzali do miejsc pracy. Jednak przy gdyńskiej stacji kolejowej wojsko nagle rozkazało rozejść się zmierzającej ludności, po czym... otworzono ogień. Z nadjeżdżających pociągów wysiadali nowi pracownicy, którzy widząc zajście rozpoczęli starcia z milicją i wojskiem. Służby strzelały także do nie angażująch się, a stojących na peronach. W bezsensownej rzezi zginęło kilkudziesięciu obywateli, a o wiele więcej zostało rannych. Podobna masakra miała miejsce w Szczecinie, gdzie do demonstrujących, okupujących rządowe budynki otworzono ogień. Wieczorem za pośrednictwem radia przemówił premier Cyrankiewicz informując naród o pomorskich masakrach jako puszczeniu nerwów niektórym przeciwnikom socjalizmu, skrzętnie wykorzystanym przez chuliganów.

W chwili podejmowania decyzji o otworzeniu ognia do cywili nikt z obecnych na posiedzeniu nie protestował, jednak po oddaniu pierwszych strzałów przetarto oczy. Pojawiły się dziesiątki ofiar, za które ktoś musiał odpowiedzieć. Większość władz PZPR opowiedziała się za politycznym rozwiązaniem konfliktu, a Gomułka został usunięty ze stanowiska I sekretarza partii. Nowym szefem został Edward Gierek, który dość skutecznie tuszował i "ubierał w ładne słowa" masakrę na Pomorzu.

Nieznana do dziś jest liczba zabitych - statystyki podają, że oficjalnie że 45. Dla ukrycia prawdziwych danych ciała ofiar był potajemnie wrzucane do zbiorowych grobów.