Świat trwa 52 lata
Marek
Grudzień 1507, miesiąc kwiatów według
kalendarza azteckiego. Ostatni dzień roku, w którym to my świętowalibyśmy do upadłego, puszczając w
niebo fajerwerki czy bawiąc się do białego rana. Gdzieś w dolinie Meksyku, procesja kapłanów z grobowym
milczeniem wstępuje na szczyt wysokiej góry bądź wygasłego wulknanu. Podczas gdy oni wkraczają na szczyt,
zebrani aztekowie gromadzą się u podnóża, na piramidach bądź po prostu dachach domów. Ludzie są
potwornie wyczerpani, niewyspani i pokaleczeni. Wszakże od jakiegoś czasu mało jedni, odprawiali modły
do upadłego, ranili się i niszczyli dobytek. Po wymarłym mieście czasem przebiegła jakaś półżywa
istota.
O zachodzie słońca procesja dociera na szczyt. Po pewnym czasie jeden z kapłanów rozpala ognisko, na widok
którego zebrany lud wybucha radością. Posłańcy pędzą do swych wiosek niosąc dobrą nowinę.
Nastaje okres trzynastu dni zabaw i tańców. Aztekowie opatrują rany, odbudowują zdewastowany doytek,
odświętnie się ubierają i przyozdabiają domy. Mogą w końcu odetchnąć; na jakieś najbliższe... 52 lata.
Religia aztecka głosiła, iż koniec tego marnego świata nastąpi po którymś z pięćdziesięciodwuletnich
cyklów. Kapłani nie potrafili dokładnie określić, kiedy to nastąpi. Dlatego co pięćdziesiąt dwa lata
świat aztecki z niepokojem, zapadając w pamiętną żałobę, wyczekiwał ostatniego dnia roku. Tuż przed
zachodem kapłani układali na górze chrust. Gdy obserwowana konstelacja przekroczyła punkt zenitu,
następował nowy rok. Gdy mimo wszystko nie spadł na nich meteoryt albo ziemia się nie rozwarła
(inne przypadki katastrofy zostawiam waszej wyobraźni), duchowni rozpalali chrust dając zebranym znak,
że TO jeszcze nie teraz. Rok 1507 był ostatnim okresem żałobnym. Kilkanaście lat później kraj został
podbity i zniszczony przez Hiszpana Corteza. Strzeż się, następny przypuszczalny koniec świata
przypada na rok 2027. Zostałeś ostrzeżony. Mówił Quatzelcoatl, bóg aztecki.
|
|