Zdzichu Kilof

"Zdzichu Kilof w poszukiwaniu Świętego Graala"
od 20.IV.2000r. do 21.IV.2000r.

WYJAZD AD.1222
Jak już wcześniej powiedziano,
Sarze św. Graala skradziono.
Do odszukania poproszona Kilofa,
bo sam jak przyznał robotę tą kocha,
i chętnie pomoże księżniczce,
o długich czarnych włosach i spódniczce.
Polska w ten czas jest za Przemysława,
króla Polskiego, i durnotę Polska skazana.
Jest rok Anno Domini 1222 tak jest,
żaden urok tylko gest,
nierządem Polska stoi, poeta pewien gadał,
i nikomu się nie spowiadał,
do takich ludzi należy król Przemysław,
który nigdy nie zdobył dużych sław.
Jak wiadomo było dwóch złodziei,
co dużo na sumieniu mieli,
ludzie takiego pokroju,
nie pokazują się nikomu,
pewnie obaj siedzą po cichu,
lecz to nic dopadnie ich Zdzichu.
Zdzisiek, to osobisty człowiek Sary, 
pokaże bandytą choć nie jest stary,
Przemysł II niech się nie wcina,
nikomu na oczy się nie pokazywał,
jego sława w Polsce, niebyła duża,
jest głupi i każdego wkurza.
Wtem Zdzisiek stanął, potem klęknął obok księżniczki,
dotknął ręką jej spódniczki,
- Droga Saro czas mi w drogę,
odnajdę Graala tyle co mogę,
załatwię obydwóch tych złodziei,
dostan± w ryj i będą mieli,
za swoje partacze zasrani,
zniszczę ich droga pani,
Wtem Kilof pożegnał się ze służbą, dworem,
i wyruszył wraz ze swym koniem.
Może się uda poradzi sobie,
władza mu na to pozwala,
może znajdzie Św. Graala.

DOM WIEDŹMY
Ruszył Zdzichu w swoją podróż,
zabrał trunek, jedzenie, miecz i nóż,
na konia wszystko załadował,
wtem początek swój pokonał,
na początek drogi jechał czarnym lasem,
miecz swój miał za pasem,
ten las to straszne było miejsce,
nic w tym lesie nie mieszkało,
oprócz czarownic, bo tak bywało.
Wtem już za wczasu,
znajdował się dom w środku lasu,
był mały brzydki i czarny,
taki brzydki pewnie właściciel marny,
Zdzisiu bał się tego domu,
on nieznany był nikomu,
więc chciał on go ominąć,
i ze swej wyprawy go pominąć,
wtem omija ten domek,
pewnie to dom wiedźmy nie skowronek,
wszystko od niego uciekło nawet jelonek,
i tak wokół drzew się mieszcząc,
krzyczy wiedźma "Gdzie tak spieszno!",
Zdzisiek się przeraził,
wyjął miecz, tak mu rozum radził,
- Nie bój się rycerzu, nic ci nie zrobię,
czemuż to jedziesz w tę stronę.
- Mojej pani złodzieje Graala skraść,
jam jest rycerz i ich dopaść,
a ty kim jesteś dziwna kobieto?
- Ano jestem wiedźmą jeno,
powiem ci ruszaj do kniei,
tam możesz spotkać złodziei,
zwykle święte rzeczy, złodzieje sprzedają na targu,
nie nikomu, nie w sklepie, ani w parku,
ale udaj się do wielkich skał,
tam może byś ich dopadł, 
zwykle tam złodzieje czekają,
może twojego Graala mają.
- Powiem ci tylko jedno,
dziękuję ci stara brzydka wiedźmo.

TAJEMNICZY RYCERZ
Zdzisiek opuścił las, udał się na polanę,
tam gdzie Mieszko poznał Dianę,
przez polanę płynęła rzeka,
a na rzece most, ktoś tam czekał,
Zdzisiek zbliżył się do niego,
mając go za przyjaciela swego,
fakt był to dzielny rycerz, 
tak jak Zdzisiek też.
- Stój jak się nazywasz!
- Zdzichu Kilof, a czego się spodziewasz?
- Nikt nie przejdzie tym mostem,
chyba że mnie pokonasz swoim ciosem.
- Dobra tego chcesz, wnet wyciągaj swój miecz,
ja walczyć z tobą chcieć.
Tajemniczy rycerzu nic do ciebie nie mam,
lecz swojej decyzji nie zmieniam.
I stanęli obok siebie,
wtedy chmury nie było na niebie,
wyciągnęli zęby krecie,
potem obaj swoje miecze,
Zdzichu atakuje ten się broni,
ryby pluskają się w toni,
rycerz atakuje, atak Zdzichu odbiera,
i Zdzichu go mieczem uciera,
Zdzichu obcina mu jedną rękę,
niech ma cham za udrękę,
rycerz jedną rękę atakuje Zdzicha,
lecz ten jego ciosów unika,
obcina Zdzichu mu drugą rękę, na domiar złego,
nie mając go za brata znajomego,
rycerz wnet nogami kopie,
traci też nogi jełopie.
- Utnę ci łeb jeśli mi nie pomożesz,
widziałeś może dwóch złodziei, pomóż jeśli możesz.
- Tak przejeżdżało przez most dwóch ludzi,
jeden mi uwagę zwrócił,
dał mi forsę za przejazd,
dawali mi okup i to nieraz,
ano ruszają do wielkich skał,
tam będziesz ich miał.

DOM STAREGO CHŁOPA 
Po starciu z rycerzem tajemniczym,
Kilof nie przejmował się niczym,
przed nim pewnie długa droga,
musi być w formie choć boli go noga,
poza swoimi cuchnącymi skarpetkami,
jest tuż za złodziejami,
przechodzili przez most,
przez polanę i żywokost,
tajemniczy rycerz ich widział,
i o tym Zdzichowi opowiedział,
że dwóch trepów łapówkę dali,
żeby przez most się przedostali.
Teraz Zdzisiek dotarł nad jezioro,
w którym ryb było sporo,
nad jeziorem płota wokół płota,
była chatka starego chłopa,
była z drewna pokryta strzechą,
zakryta mchem i dechą,
może to jakaś krata,
albo po prostu stara chata.
Kilof podjechał pod chatka,
może to dom Kubusia Puchatka.
Przed chatą siedział chłop na ławie,
palił fajkę, dłubał patykiem w trawie.
Zdzichu się z nim przywitał,
a chłop też go serdecznie powitał.
- Dzień dobry, jestem Zdzichu Kilof bardzo znany.
- Dzień dobry, jestem Maciej na starość zesłany,
czego szukasz w tych stronach?
- Dwóch bandytów na koniach.
- A cóż oni ci zrobili?
- Okradli mi księżniczkę i ją pobili,
skradli mi Św. Graala.
- Wiem co to, to duża skala.
Pewnie swe łupy sprzedadzą w mieście,
musisz się do miasta udać Kilofie,
żeby być miejskiej klasy,
musisz iść przez te lasy.
- Dzięki ci stary chłopie,
ja jestem już na tropie.

WALKA Z INNYM RYCERZEM
Teraz ja wam mówię,
wiadomo gdzie mogą być zbóje.
Stary chłop Maciej nas zbawił,
i powiedział gdzie by się zbój zjawił.
Zwykle bandyci handlują w miasteczku,
w mieście w koreczku,
teraz Kilof musiał znajdował się na łące,
kwitnącej i pachnącej,
polana ta była bardzo duża.
Za nią las, za lasem
miasto, a po nim wzgórza,
a we wzgórzach bandyci,
którzy są hańbą okryci.
Las też straszny i ciemny,
tak czarny ziemny,
i Kilof przechodzi tamtędy.
I wtem Kilof znad kołnierza,
zobaczył znów jakiegoś rycerza,
Zdzichu swobodnie jechał polaną,
po małej dróżce z dużą trawą,
ten rycerz to wielki bandyta,
pewnie żarł gnój z koryta.
- Stój! Dawaj pieniądze!
albo do końca życia cię urządzę.
- Spadaj głupi kretynie,
albo nakarmię tobą świnie.
Wtem Kilof z łokcia dał mu w kły,
nie patyczkował się, Kilof był zły,
potem Kilof kopnął go z glana,
wtem bandzior upadł na kolana.
- Wynoś się z tego - tak powiedział,
żebym więcej cię tu nie widział.
I tak Zdziszek załatwił drobnego bandytę,
bandzior miał zło na plecach wyryte.
I tak teraz już za wczasu,
Zdzisiek pojechał teraz do lasu.

WOJOWNICY W LESIE
Wtem Zdziesiek przybył za wczasu,
do ciemnego i czarnego lasu,
nie było tam zwierząt, nawet wiewióry.
Zdzisiek jak zawsze jechał spokojnie,
czekając na nowe niebezpieczeństwo w tej wojnie,
w takich lasach tylko bandyci,
niestety tylko hańbą okryci,
kto wie ile jeszcze Zdziśka czeka,
on sam zaś się bardzo wścieka.
I tak Zdzisiek nie wadząc nikomu,
jechał sobie wcale nie po kryjomu.
Ale znów niebezpieczeństwo czekało,
i wcale przed Kilofem nie uciekało.
Nagle odezwali się do Kilofa,
było ich pięciu i dzika locha.
- Stój a ty jesteś kto?
I dlaczego tu jedziesz, po co?
- Przepraszam was nie chce problemu,
ja chcę tylko przejechać ku temu.
Kim jesteście dzielni wojownicy,
wyglądacie jak zakonnicy.
- Jesteśmy wojownikami ciemności,
i łamiemy bandytom kości,
od rana do nocy za wczasu,
pilnujemy tego lasu.
Ty duży chomiku,
jak masz na imię wojowniku.
- Nazywam się Zdzichu Kilof, szukam Św. Graala,
prawo mi na to pozwala.
Jestem od pary do pary,
ochroniarzem i wojownikiem księżniczki Sary.
- Sary powiadasz, w takim razie w drogę,
ja ci tylko pomogę,
żeśmy przepędzili dwóch złodziei,
uciekli z lasu i z kniei.
- Żegnajcie wojownicy ciemności,
i łamcie bandytom kości.
I tak się pożegnał z wojownikami,
i śladem ruszał za bandytami.

POMOC W MIEŚCIE
Wtem Zdzisiek już za wczasu,
wyjechał z ciemnego lasu,
za lasem ujrzał miasto i zamek,
plac królewski i królewski ganek,
podjechał więc jak najbliżej mógł,
mocno pukał by usłyszeli,
by w końcu wiedzieli,
kto do zamkuze swym koniem podjechał,
nagle wyszli z wrot strażnicy.
W ręku dzidy jak wojownicy.
- A kto to za wędrowiec,
pewnie pastor albo strzygacz owiec,
hej! brudasie skąd przyjechałeś,
chyba swym obrzydłym ryjem epokę zaspałeś,
tak ja to mówię, mówimy my,
wynoś się stąd brudasie ty,
ty głupi nędzny gadzie, 
ty ochrypiały ścierwojadzie.
- Hej! Angielskie imperjalistyczne świnie,
wy żałosne dupy na kominie,
szkoda na was tępić języków,
idĽcie z powrotem do korytów,
wy obrzydłe bagienne zmory,
wy pomywacze świńskich koryt.
Wpuśćcie mnie do środka,
albo was zła kara spotka.
Wy dupki szukam Św. Graala,
bo ta sprawa jest ciekawa.
- Mówisz Św. Graala księżniczki Sary,
ponoć ukradli go kanary.
- Tak! Ukradli to bandyci,
tak jak wy hańbą okryci.
Wpuśćcie mnie do środka brudasy,
bo jak zdejmę swe pasy,
to dostaniecie po swych ryjach,
to wylądujecie w pomyjach.
Wtem strażnicy go wpuścili,
i gadkę swą skończyli.

POMOC W MIEŚCIE cz.II
Więc Kilof wjechał na zamek,
potem na dwór i królewski ganek.
W mieście życie kwitło,
tu się rozpoczynało, tu przekwitło,
wokół ludzie handlowali,
handlem się zajmowali.
Zdisiu szukał wielkiej mocy,
właściwie szukał pomocy,
kto mu pomoże w świecie kapustym,
by kielich złoty Graala Świętym,
odnaleźć i oddać księżniczce,
o czarnych włosach i spódniczce.
Na środku placu ktoś jadł kraba,
była to stara baba,
zajmowała się kupnem złota,
ot co taka była jej robota.
Kilof pojechał do niej cichutko,
by z nią pogadać krótko,
by pogadać z nią po cichu,
może wie coś o kielichu.
- Droga kobieto chcę cię o coś zapytać,
ja chcę cię o złoty kielich spytać.
Ja na to nie pozwalam,
ale czy ktoś chciał ci sprzedać Św. Graala.
- Tak! Było tu dwóch takich,
bandytów, brudasów nijakich,
sprzedali mi kilka świecidełek,
trochę klejnotów i pachnidełek.
Chciałam kupić od nich Graala,
ale kasa mi na to nie pozwala,
nikt nie chciał być gorszy,
ale ja nie miałam tyle forsy.
Od tego podwórza chcieli go sprzedać,
tam mają swe siedlisko,
są tu góry, obok wysypisko,
jutro miałam się do nich wybierać,
ja Graala, a oni pieniędzy się spodziewać.
- Niech ci zdrowieją ko¶ci,
serdecznie ci dziękuję za wiadomości,
jadę tam, by połamać im kości.

OSTATECZNA ROZGRYWKA 
Zadowolony Zdzisiek opuścił zamek,
starą kobietę i królewski ganek,
właściwie to był dworek kasztelana,
któremu rzygano na kolana.
Zawiesił pas na sznur,
i podjechał do gór,
to są góry i wzgórza,
zaskoczę ich od podwórza.
Podjechał do dużej pieczary,
w której były komary.
Wszedł do komnaty,
przygotował wszystkie swe graty,
i zobaczył, oto bandyci,
złodzieje hańbą okryci,
znienacka zadał jednemu cios,
aż ten wydał głośny głos.
- Macie bandyci za swoje,
oddawać co moje.
Jednemu z glana pociągnął z glana,
aż ten upadł na kolana.
Drugiemu w ryj z łokcia,
krew trysnęła, plusnęła na ściany,
bandyta cały w krwi był zalany,
a drugi cały połamany.
Wtem Kilof wziął pałę i walnął ich w łeb,
jeden i drugi upadli na swój chleb.
Zdzisiek miał stalowe nerwy,
powybijał im wszystkie zęby.
- Wy złodzieje zasrane,
już wy jesteście pokonane.
Oddawać mi mojego Graala,
albo znów w ryj z glana.
- Tak. Bierz tego kielicha,
dla nas żadna pociecha,
już nie będziemy bandytami,
teraz będziemy zakonnikami.
- A jak zobaczę, że kradniecie,
to swe zęby zjecie.
I tak bandyci dostali za swoje,
a Kilof wziął co swoje.

PRZYBYCIE NA ZAMEK
I tak Zdzichu ścierwojadek,
już powracał na zamek,
z radości klęknął na kolana,
cieszył się że odzyskał Graala,
on i jego niemy koń,
powrócili do swych stron,
tam bandytów było koryto,
a na polach rosło żyto.
Kilof za pięknego dzionku,
przybył do swojego dworku.
Przybył na królewski dziedziniec,
powitała go służba i zwierzyniec,
chciał przywitać się z księżniczką,
Sarą i jej długą spódniczką.
Służba się pyta: - Ciekawe miałeś przygody?
pobiłeś tych bandytów,
wrzuciłeś ich do korytów.
Zdzisiu Kilof a może,
zrównałeś ich z podłożem,
wydłubałeś im oczy nożem.
- Tak, dostali łotry za swoje,
a ja odzyskałem co moje,
mam w ręku Św. Graala,
a bandyci padali na kolana.
Wtem na plac wbiega Sara,
piękna jak zawsze niepokonana.
- Kilofie mój drogi wojowniku,
przybyłeś w końcu na swym koniku.
Co masz w ręce, kto to, co to,
masz Graala moje złoto?
- Mam, proszę to dla ciebie,
sam jestem dumny z siebie.
- Dzięki ci z całego serca,
choć na pokoje, niech twój koń skręca.
Wszyscy byli zadowoleni z jego przybycia,
a najbardziej Sara, bo wybiegła bez pokrycia.
I tak ze szczęściem bawili się do rana,
kłaniając się Zdzisiowi na kolana.
Kilof to wojownik z charakterem,
był po prostu urodzonym bohaterem!

EPILOG
I tak kończy się przygoda,
przygasa słońce, kończy się pogoda,
epilog się już zaczyna,
koniec epopei rozpoczyna.
Wszystko dobrze się skończyło,
bandytów ze zła wymyło.
Sara była zadowolona,
a misja Graala skończona,
ludzie to nie kaskaderzy,
tacy jak Kilof to bohaterzy,
naraził swą odwagę,
męstwo, siłę a nie zdradę.
1222, rok bez sław,
w tym roku zmarł król Przemysław,
pora skończyć te wymówki,
zbliżam się już do końcówki!
Nikt tej epopei nie zapomni,
każdy sobie ją wspomni.
Zachodzi już słońce,
a ja swą epopeję już kończę.

Author:E-mail:
Janusz Borkowskina razie brak