Francuski sabotaż?
Do napisania tego krótkiego tekstu skłoniły mnie refleksje nasuwające mi się po zakończeniu 39 Festiwalu w Sopocie. Sam festiwal, głównie za sprawą występujących nań artystów okazał się niezwykle udany. Niestety, negatywnymi bohaterami okazali się prowadzący, którym ani na chwilę nie udzieliła się atmosfera wielkiego muzycznego święta.
Doskonale mogliśmy się o tym przekonać zarówno pierwszego jak i drugiego dnia festiwalu. Pierwszego, gdy nie dopuścili do ponownego wyjścia na scenę wspaniałej korsykańskiej grupy „I muvrini”, czego domagała się publiczność. Obawiali się chyba tylko tego, by publika bawiła się zbyt dobrze. Mamy chyba w pamięci wyśmienicie bawiące się tłumy podczas jednego z koncertów organizowanych przez pana Jurka Owsiaka. Rozumiem, iż organizatorzy zapewne obawiali się dodatkowych kosztów, ale sama prośba o ponowne ukłonienie się i przedstawienie grupy fortuny raczej nie kosztuje? Ale nie! Szybkie podsumowanie i napisy. Koniec!
Podobna sytuacja miała miejsce drugiego dnia podczas występu kanadyjskiego barda z Quebecu - Garou. To co działo się przed oraz po koncercie tego genialnego artysty to już kpina z widza. Po pierwsze płyta Garou, nazywa się „Seul” ( czytaj: SEL), a w Seulu to była olimpiada w 1988r. (to taka rada dla pewnego prezentera). O samym koncercie nie można powiedzieć nic złego (chyba tylko dlatego, że występy prezenterów były tu ograniczone do minimum), wręcz przeciwnie. Garou szalał na scenie, a publiczność pod sceną. Ciekawym uzupełnieniem koncertu był gościnny występ panów Cugłowskiego i Janowskiego. Tak udanego koncertu nie widziałem w Polsce już dawno (ale to tylko dlatego, iż relacje z Festiwalu Woodstock w Żarach są przez telewizję publiczną systematycznie ignorowane). Ostatnio równie udany był chyba występ Brayana Adamsa – notabene również kanadyjczyka.
Żal tylko, że wszystko co dobre szybko się kończy. Koniec koncertu – Garou szczęśliwy i wyraźnie wzruszony z gorącego przyjęcia, publika znów skanduje domagając się więcej. Na szczęście (?) nadzieję z ich serc wybija szybko prezenterka-prowadząca, zapewniająca, że sympatyczny „Wilkołak” zagra jeszcze na pewno, ale NA PEWNO już nie dzisiaj. Niepotrzebnie więc zrobił w "wielbłąda" (zbieżność celowa i zamierzona, chodzi o Pana Kamela) publikę prowadzący, dając im sztuczne nadzieje, a potem je odbierając, zapewne uzgodnionym wcześniej z organizatorami, tekstem.
{Fakt, mnie też zdziwiło, że Garou, tak gorąco przyjęty w Polsce nawet nie wrócił na scenę, żeby się ponownie ukłonić. Słyszałam jednak również drugą wersję zdarzeń - podobno artysta miał chore gardło i gdy schodził ze sceny prawie nie mógł mówić. Która z wersji jest prawdziwa, tego nie wiemy, ale założę się, że TVP woli tę drugą ;).}
Podsumowując, chciałbym podziękować francuskojęzycznym artystom za wspaniałą zabawę i chwile radości towarzyszące mi podczas ich występów. Podziękowania należą się również prezenterom-prowadzącym, za to, że mimo usilnych prób "sabotażu" nie udało im się zepsuć specyficznej atmosfery muzycznego święta. W tym roku muzyka się obroniła, ale co będzie za rok, gdy zabraknie Garou, czy I muvrini???
Zlotto
zlotto@interia.pl