Pocztówka z pola walki
"Kompania braci"
Wojna to temat rzeka. Można w nim zawrzeć wiele spraw: ojczyzna, śmierć, zabijanie, niwelowanie nadmiernego przyrostu naturalnego. Filmy wojenne zawsze traktowały o jakiejś akcji albo słynnym dowódcy. Niekiedy zdarzały się operacje dokonywane przez grupę wyszkolonych ludzi. Wystarczy wspomnieć chociażby "Działa Navarony" albo inny "Most na rzece Kwai". Filmy wojenne nigdy do mnie nie przemawiały. Gdy grał Hackman nie czułem się jak on. Nie było mi szkoda pourywanych kończyn, czy grymasów bólu na twarzach ranych.
"Kompania braci" to serial powstały z połączenia reżyserskich talentów i pieniędzy Stevena Spielberga i Toma Hanksa. W każdym odcinku mamy do czynienia ze zwykłymi żołnierzami. Z sanitariuszem, z szeregowcami, pomniejszymi dowódcami.
Zwykli ludzie. Młodzi mężczyżni, którzy zmuszeni byli opuścić bezpieczne domy i iść na wojnę. Ci, którzy szybko awansowali, równie szybko zaczynają traktować nowe przywileje i obowiązki jako krzyż. Ci, którzy myśleli, że dostaną żołd i wrócą do domu muszą najpierw na niego zasłużyć. Droga jest długa i odmrożenie sobie kilku kończyn jest najniższą ceną. Dotychczas żaden z nich nie miał pojęcia, jak to jest być otoczonym. Wojna to życie, tylko ostro podkoloryzowane. Pełno tu pułapek, problemów, za którymi ukrywa się wybawicielka śmierć.
Kolorystyka tej wojny to szarość, zimna i stalowa. Czasami tylko rozjaśnia ją ogień wybuchu lub czerwień krwi wypływającej strumieniami z brzucha lub szyi. Nijaka barwa morfiny, którą wstrzykują sobie żołnierze na uspokojenie, odbiła się na ich wymęczonych twarzach. Wszystko jest szare i widz ma świadomość, że to nie jest jakieś pieprzone Miami. Każdy odcinek wita nas monologami starców, którzy jako młodzieńcy brali udział w wojnie. Każdy z nich wspomina, że gdyby nie jeden drobiazg, jeden człowiek, kawałek szczęścia, nie byłoby ich teraz. Po braciach i całej tej wojnie widać, że nie trzeba już dorabiać żadnych wzniosłych przesłanek. Kiedy nastaje czas terroru i walki o pokój trzeba zostawić ideały w szufladzie. Jedyne, o co musisz się bić, to wcale nie ojczyzna, rodzina, ale twoje własne, skatowane życie. Żołnierze są na prawdziwym polu walki po raz pierwszy i nareszcie mają okazję zobaczyć, czym jest wojna. Wielu z nich zacznie myśleć o samobójstwie, gdy całymi dniami siedzisz w okopie, naokoło tylko śnieg, a jest właśnie Boże Narodzenie. Tyłek odmarza ci w mundurze, któremu daleko do ogrzewania twego sztywnego ciała. Kumple nie mają ochoty gadać i twoimi jedynymi towarzyszami szybko stają się: paczka petów, karabin i zdjęcie dziewczyny. Nowy rok wita cię fajerwerkami, które rozrywają ludzi na strzępy. Każda okazja jest dobra, by cię zabić. Nie tylko ciebie, twoje ciało. Także twego ducha. Gwizd kul. Jeden z przyjaciół, uczciwy chłop, leży charcząc na śniegu. Na zmarzlinę mchu wylewają się potoki krwi. Nie możesz pomóc. Oto koniec. Jesteś niczym i na nic nie masz wpływu. W twojej skołatanej świadomości powoli zaczyna rodzić się myśl, że jeden nie robi tu różnicy, więc jeśli ucieknę od tego, to nikt nie straci. Tylko dokąd tu uciekać? Nie potrafisz już się śmiać ani nie pamiętasz życia. Po co tu uciekać?
To właśnie możesz zobaczyć w serialu "Kompania braci". Prawdziwą wojnę od wewnątrz. Możesz spojrzeć na sprawy oczami szeregowca. Oglądałeś "Ryana" ? To wiesz już, czego spodziewać się można tutaj. Tak czy siak, powinieneś to zobaczyć. Akurat przed snem. Mała wojenka...
22:35 na TVN w piątek.
Piccolo
pokefil@wp.pl