Chłopaki nie płaczą
W Polsce jedyny naprawdę dobry film nakręcony po roku 1987, a nie będący ekranizacją lektury, to "Killer". Takie jest moje zdanie i śmiem twierdzić, że wychodzi nam nawet pokazywanie brudnych interesów i mafijnych społeczności. Za przykład może posłużyć choćby "Ekstradycja", czy ostatnio "Sfora". Obraz policjantów (dobrych i złych) został ukazany w krzywym zwierciadle korupcji i podświadomym trzymaniu się uczciwości. Gangsterzy dobrzy i źli to też wdzięczny temat na całkiem udany film. Pierwszy "Killer" zajmuje tu pierwsze miejsce, ale zaraz po nim w moim mniemaniu plasuje się tytuł "Chłopaki nie płaczą". Nie wiem, dlaczego spodobał mi się ten film. Może dlatego, że ukazał, podobnie zresztą jak Jurek Zabójca, że mafiosi to nie zawsze nieśmiertelny Godfather Brando, a zwykli ludzie? Nawet nie tacy, jak Tony Soprano, ale naprawdę zwykli.
Fabuła filmu "Chłopaki..." skupia się głównie na wątku Kuby Brennera (młody Stuhr), który postanawia pomóc swemu koledze w wyleczeniu trądziku. Po spóźnieniu się na egzamin w szkole muzycznej kariera Jakuba - doskonałego skrzypka - wisi na włosku. Spotyka się w barze z kolegą Oskarem i doradza mu skorzystanie z usług agencji towarzyskiej. Zdesperowany i obsypany niemiłosiernie krostkami chłopak zgadza się i niebawem obaj urządzają w domu wuja Oskara imprezkę. Po wyznaczonym czasie okazuje się, że stawka za wynajęcie dziewczyn była liczona w dolarach i chłopaki nie mają tyle kasy. Po zniszczeniu bezcennego ;) argentyńskiego kaktusa i pobiciu Laski (współlokatora Oskara) alfons zabiera z mieszkania złotą figurkę czarodzieja. Kuba czuje się winny i postanawia odzyskać posążek. Nie wie jeszcze tylko jak :). W końcu udaje mu się zebrać pewną sumkę i udaje się na drżących nogach do agencji. Niestety trafia tam w nieodpowiednim czasie. Wkurzony biznesmen Fred i jego wspólnik Grucha opieprzają właśnie Bolca (syna szefa mafii) za słabe przyjęcie jakie im zgotował i za to, że porządni kupcy muszą tyle czekać. Kuba rzucony w splot przedziwnych przepadków przyczynia się do poważnego poranienia Gruchy i Bolca, obrywa również alfons. Na pewno zapomniano by o biednym skrzypku, gdyby nie jeden drobiazg. Z pokoju zniknęła walizka pełna pieniędzy... Chyba łatwo domyślić się, kogo będzie teraz ścigał Fred i Bolec? Brenner staje się celem najbardziej wpływowych szych podziemia.
Jak sami widzicie historia jest trochę zakręcona, a dochodzi jeszcze sporo wątków pobocznych. Jednak bez obaw. Film jest naprawdę klarowny i nie sposób się pogubić. Szybka akcja i mnogość bohaterów raczej cieszy niż dezorientuje. Jak to zwykle w polskich filmach bywa, rzecz jest w pewnym stopniu ukazaniem naszych realiów. Realiów z cholernie mocno skrzywionym kręgosłupem nie tyle moralności co normalności. Pojawiają się więc pijani policjanci holowani przez pół kraju przez młodego jointera Laskę i jego sfilmowanych kumpli, jest również pan Psikuta - osiedlowy przystojniak, twardziel, który swoim wzrokiem wzbudza w pospolitych kmiotkach strach :)). Jest nawet blondynka wmawiająca Kubie, że przez nią chce popełnić samobójstwo. Aż się chce to zrobić zresztą ;). Jak to w naszych szlachetnych ruchomych obrazkach bywa, pojawia się od zatrzęsienia słów uznawanych za brzydkie. Jednak trzeba przyznać, że są to przekleństwa wstawione w odpowiednim momencie i to sprawia, że mają wydź więk komiczny. Bohaterowie zręcznie rzucają mięchem i ma się wrażenie, że robią to mimochodem, jakby rozmawiali z rodziną. Nie ma uczucia, że oto sześciolatkowi wymsknęła się "kur**" przy mamie. To naprawdę dobry kawał mięcha :).
Czas teraz napisać coś o aktorach. Ci są po prostu dobrzy. Maciek Stuhr odziedziczył po ojcu trochę genów, więc o niego nie ma się co martwić. Tak na poważnie to nie ma co porównywać obu panów, bo obaj tworzą zupełnie inne role, ale młody Stuhr robi dobrze to co robi. Nadspodziewanie dobrze wypada tutaj Pazura w roli gangstera Freda. Postać ta mówi szybko i używa często pseudonaukowych wywodów. Cezary poradził sobie z nią całkiem nieźle. Paweł Deląg w roli Kellera a.k.a. Psikuta :)) ma epizodyczną rolę, ale sprawdził się w niej. Żaden z aktorów mnie nie zawiódł, choć mam wrażenie, że niektórzy mogliby wyciągnąć ze swoich ról trochę więcej.
Czas na takie małe podsumowanie i jak zawsze na moje przemyślenia. Osobiście jestem zadowolony z obejrzenia tego filmu i czas na niego poświęcony nie wydaje mi czasem straconym, jak to bywało już z niejednym polskim obrazem, który zdarzyło mi się widzieć. "Chłopaki..." to niezobowiązująca do myślenia komedia z fajnymi tekstami, których można całkiem zgrabnie używać w codziennych dialogach. Jednak jest w niej także drugie dno. W tych wszystkich ludziach, charakterach można coś dostrzec. Amatorscy aktorzy w scenkach, które pozornie nie mają żadnego związku, pokazują nam ukryty sens tego filmu. Joinciarz Laska jest całkiem fajną postacią, do której należy zakończenie filmu. Zakończenie, które mnie przynajmniej dało do myślenia. Po pierwsze, że kiedy wdepniesz w gówno to smród ciągnie się za tobą jeszcze przez jakiś czas. A po drugie: gangsterzy, dresy, skejty, może oni wszyscy też czasami chcieliby coś zmienić? Przeczytać książkę, posłuchać prawdziwej muzyki, a nie jakiegoś umpa, umpa... Że nie trzeba być żadnym murzynem z Bronxu i machać łapami, jeśli tak naprawdę lubi się stare kawałki naszych ojców i dziadków.
Piccolo
pokefil@wp.pl