ONA I ON
BY LK
Ona i On. Miejsce jakich wiele w naszym kraju- jeden ze znanych państwowych
uniwersytetów.. Nie ważna jest jego nazwa – to mogło zdarzyć się wszędzie. Bo
wszędzie może rozkwitnąć jedna z bardzo pięknych rzeczy, tak ludzkich... Ale
zdarza się w miejscu, gdzie młodzi ludzie czasem przebywają całe dnie na
zajęciach, mają czas na wzajemne poznawanie się, obserwacje i zawiązywanie
nowych znajomości.
On – cały czas starający się utrzymać swą misternie wypracowaną pozę
zdeklarowanego cynika, człowieka o iście stoickim podejściu do życia. Kogoś, dla
kogo coś takiego jak pozytywne emocje i bezinteresowne uczucia po prostu nie
mają racji bytu, są niepotrzebne i nie istnieją.. Zdeklarowanego materialisty
przystosowanego w stu procentach do życia w tym deczko chorym systemie..
Człowieka poświęcającego się swoim pasjom- szeroko rozumianej pracy, pisaniu
artów do AM, interesującym rozmowom o polityce z paroma dobrymi kumplami z
jednego roku.. Drugiego roku wspólnych wykładów, ćwiczeń, kolokwiów;
ceremonialnym paleniu papierosów między zajęciami z powodu nudy; dla zabicia
nałogu czy czasu..
Ona – bardzo spokojna osoba. Nigdy nie spóźniła się na zajęcia, zawsze
punktualna i przygotowana do nich. Często aktywna, wypowiadająca się,
inteligentna. Koncentrowała się przede wszystkim na nauce. Czasami nachodziły ją
myśli, że może warto zaznać pewnej odmiany w Jej tak dobrze zaplanowanym i
zorganizowanym życiu, odmienić codzienność, dzień.. Imponowała mu już od
dłuższego czasu. Poza tym była śliczna. On zawsze tak myślał, przez myśl mu
nawet nie przyszło, by przez bardzo długi okres czasu zdradzić to komuś, odkryć,
obnażyć przed kimś swe spostrzeżenia i uczucia. Dlaczego? Pewnie skłaniały go do
tego różne powody- strach, wstyd, czy może jeszcze coś innego? Trudno
powiedzieć, więc nie powiem, bo po prostu nie wiem.
Zawsze pojawiała się krótką chwilę przed zajęciami, lecz On nie przypominał
sobie, by kiedykolwiek się spóźniła. To było do niej niepodobne.
A On, zawsze pogardliwie odnoszący się do pewnych emocji, uważający, że tylko
przeszkadzają one w pracy i dorabianiu się bogactwa, stawiający hajs ponad
wszystkim nie mógł oderwać od niej wzroku. Wszystko jedno; wykład czy ćwiczenia,
zawsze starał się mieć ją w zasięgu wzroku.. Wszystko było jasne.
Zdeklarowany materialistyczny cynik zniknął... jak peron za ruszającym z niego
szybko pociągiem Intercity. Wydaje mi się, że była to po prostu maska, przybrana
przez niego. Czemu? Może wydawało mu się, że tak będzie łatwiej żyć? Czy
zakładał tylko pewien czas takiego stanu, czy całe życie miało być “toczone” w
takiej właśnie pozie? Nie wiem. Wiem jedno: zza tej maski wyłonił się zwykły
człowiek, chcący tego samego co miliony innych na świecie: kochać i być
kochanym. Ceniący uczucia i uważający je za ważne. Teraz sądził, że bez nich
życie jest jedynie udręką, pustą i bezproduktywną..
Oczywiście nie zdradzał się nikomu z tym ,że dotychczasowe wypowiedzi to jedynie
maskująca poza. Maska twardego gościa skrywająca normalnego, wrażliwego
człowieka. Nic więcej, nic mniej..
Długo zastanawiał się, czy zaproponować jej spotkanie. Gdy się w końcu przełamał
i zadziałał, zakładał najgorsze. Odpowiedź “tak” była najlepszą melodią dla jego
uszu..
Gdy po pierwszym przyszły następne, zadziałał dziwny proces. Obie strony-
wrażliwy ukryty za maską cynika i Ona, spokojna i nieśmiała... stopniowo
pozbywali się swych póz i odkrywali nawzajem. To było piękne, uwierzcie mi..
Przed sobą nie musieli nikogo grać, ukrywać swych uczuć i pragnień... Stanowili
jedność, całość i byli szczęśliwi odkrywając siebie.... Oboje chcieli, by trwało
to wiecznie. Bajka? Może.. ale jednak bywa, że na tym najgorszym z możliwych
światów niektóre marzenia się spełniają.. Jednak same nie przyjdą do Was. Trzeba
wyciągnąć po nie rękę, walczyć o swoje szczęście. On tak uczynił, zrobił. Dłuugo
się nad tym zastanawiał, lecz w końcu Mu się udało. Prosta zasada : akcja =
reakcja zadziałała w 100 procentach..
Zaszły w Nich zmiany; wydaje mi się, że na lepsze. On przestał ciągle złorzeczyć
na cały system, świat i resztę, wreszcie zaczął się uśmiechać. Powiedział mi
wtedy: “Wiesz stary; do tej poru czułem, że życie przecieka mi przez palce, że
marnuje każdy pieprzony dzień; spędzam go w sposób w większości bezproduktywny.
To już minęło i mam wielką nadzieję, że nigdy nie wróci...” Cieszę się razem z
Nim. A co z Nią? Częściej się uśmiecha, jest bardziej wyluzowana. Poznała życie
z troszeczkę innej, pewnie ciekawszej i bardziej urozmaiconej strony. Przy
okazji teraz dobrze zna się na komputerze. To efekt Jego pomocy. Każdego ranka
oboje mają satysfakcję że ileś tam km dalej budzi się bardzo bliska osoba..
która jest wyjątkowa Czy to nie jest wspaniałe? Wydaje mi się, że tak. On też mi
przytakuje i uśmiecha się, a potem zaprasza dobrego kumpla (czyli mnie) na
piwko, by pogadać o wszystkim i niczym. Przede wszystkim o swej radości z powodu
związku z Nią. Zgadzam się z uśmiechem......
LEWACKI KONSERWATYSTA (polpot0@poczta.onet.pl)
PS1. Z pewnością On by wiele bym dał, by sprawy potoczyły się tak samo jak w
powyższym arcie.. Zależy to od tylko od niego.. Albo marzenia i mrzonki, albo
radość; lub niestety bolesne rozczarowanie...Gdy z Nim rozmawiałem, zgodził się
ze mną, westchnął i paląc mentholowego papierosa poszedł kierunku przystanku, by
wrócić do domu. Trzymam za Niego kciuki i wierzę, że mu się uda. Wierzę również
w Nią, że Go nie zawiedzie i nie rozczaruje. Naprawdę nie wiem, jak On
zareaguje, gdy usłyszy “nie”. W sumie to nie moja sprawa, nie mój interes; lecz
trochę się o Niego martwię. Bardzo dobrze Go znam. Gdyż codziennie go
widuję.......
......................................................................................................................................................w
lustrze........