Odium - pamiętnik
[łac. odium] nienawiść, wstręt do czegoś




12.12.2001r.
Pustkowie. Wybrała drogę na pustkowie. Bez niczego. Bez niczego oddała się niczemu. Bez powodu. Tak musiała. Nic nie czuła, nic nie myślała. Po prostu musiała. Była zaskoczona prostotą świata. A co, jeśliby Szatan dostał schizofrenii???
Wszędzie miłość. Otacza ze wszystkich stron. Czy kiedykolwiek jeszcze będę mogła oddychać?

30.12.2001r.
Recepta na Wolność
Jeżeli nie potrafisz czegoś powiedzieć, bo nie jesteś dostatecznie człowiekiem
Jeżeli tłumisz głęboko wszystko co dobre, bo strach jest silniejszy niż rozsądek
Wstań śmiało i weź głęboki wdech,
a wypuszczając powietrze z siebie bądź po raz pierwszy w pełni sobą
I wykrzycz wszystko aż nie zostanie w tobie nic, oprócz prawdy o tobie
I wtedy będziesz już tak piękny, jak wszystko co cię zachwyca
I pomyślisz: "Jak ja żałuję tych wszystkich ludzi, którzy nie są mną!"
I po raz pierwszy będziesz mógł oddychać swobodnie
I wreszcie prawda będzie lepsza od kłamstwa.

Moja stara recepta na wolność. Zdarzało mi się ją powtarzać przed snem zaraz po postanowieniu, że codziennie będę starała się budzić z optymizmem.
Czy często zdarza wam się siedzieć nieruchomo patrząc w ścianę i myśląc o tysiącu rzeczy? Każda sekunda zdaje się wtedy trwać miesiącami, ale nagle człowiek stwierdza, że minęło kilka godzin. I że na przykład od dwóch dni nic nie jadł. Zwyczajnie się o tym zapomina. Bardzo często późnym wieczorem uświadamiam sobie tego typu rzeczy.
Robiłam i robię dużo różnych dziwnych rzeczy pod wpływem impulsu, po stoczeniu zażartej walki z samą sobą. Chcąc się sprawdzić w różnych warunkach trzeba ryzykować. Trzeba się poświęcać i prowadzić wojnę ze sobą. Gdy jakaś część mnie zyskuje, jakaś inna na tym traci. Nie da się inaczej. Akcja wywołuje reakcję. Najmniejsza decyzja może zmienić wszystko we mnie.
"Trzeba się odważyć, żeby chcieć."

01.01.2002r.
To śmieszne uczucie, że teraz już nic nie ma znaczenia. NIC. Czy to jest nie_coś czy ...?

23.06.2002r.
Nienawidzę się godzić z tym co mnie czeka.
Nienawidzę smaku rozczarowania.
Nienawidzę w coś wierzyć, a potem odkrywać,
Że ta wiara jest przyczyną uwolnienia
Niemal niewyczerpalnych pokładów bólu
Nienawidzę marzyć o rzeczach wielkich,
Gdy potem niszczy je jedno "nie"
Usłyszane z ust osoby, którą kocham.

11.11.2002r.
Nie płakałam od piątego lipca (sprawdzałam w pamiętniku). Nie miałam natchnienia od dwudziestego czwartego sierpnia. Nie rozmawiałam z nikim od drugiego września.
Nigdy nie sprawdzałam sobie pulsu.
Czy ja w ogóle żyję???

12.11.2002r.
Nieświadomość przepełniona mocą...
Tylko gdy ogarnia mnie ten fatalny stan, gdy nie mogę o niczym innym myśleć, gdy nie mogę zasnąć i leżę godzinami bezładnie, ponieważ nie mam siły na nic innego, wtedy wszystko jest równie nierealne. Nie mogę płakać, nie mogę śmiać się. Nie jestem w stanie wydobyć z siebie normalnego, codziennego zdania. Gdy ktoś pyta słyszę własne odpowiedzi: "nie", "wszystko w porządku", "nic mi nie jest, odczep się" itp. Nie mogę zrozumieć o co mi właściwie chodzi. Czy robię to dla siebie, czy dla tego kogoś? Nikt nie ma prawa obarczać innych swoimi problemami, emocjami, myślami. Po to wynaleziono psychologów, psychiatrów. Każdy może pójść do specjalisty, wetknąć mu w łapę pieniądze i przerzucić na niego część tego ciężaru. Dlatego specjalista musi być silny, aby móc donieść ten ciężar i potem zrzucić jego część na kogoś innego: małżonka, dzieci, przypadkową osobę. Rozumiem i akceptuję. Uświadamiam sobie swoje emocje, przeciwstawiam się swoim myślom, jestem pełna tolerancji, spokoju i opanowania.
Znowu czas wstawać.
Błagam, dajcie mi siły do nie myślenia.
Wychodzę z domu. Myśli natrętne: "która godzina?" Patrzę na zegarek: mam jeszcze piętnaście minut na dojście na przystanek, drogę przebywam zazwyczaj w trzy. "Czy zgasiłam światło?", "czy zamknęłam drzwi?", "czy wzięłam wszystko co mi potrzebne?", "nie pamiętam, czy brałam grzebień". Sprawdzam, jest. "Która godzina?". Patrzę na zegarek: jeszcze czternaście minut do odjazdu autobusu. "Czy na pewno zamknęłam drzwi?", "o czymś zapomniałam, ale o czym?", "może wrócić i rozejrzeć się i upewnić?", "która godzina?" Patrzę na zegarek: jeszcze trzynaście minut...

15.11.2002r.
Wczoraj dzień był tak piękny. Wszyscy ludzie się uśmiechali, słońce wspaniale świeciło i było ciepło, wszystko szło jak najlepiej. Było to niewątpliwą zasługą pewnej osoby, którą odwiedziłam też po to, by wlała we mnie optymizm, dobre nastawienie i siły do życia. Wszystko skończyło się zupełnie nagle. Tego dnia po raz pierwszy w życiu zobaczyłam na własne oczy, do tego z bliska, martwego człowieka. Potrącił go samochód. Leżał na plecach i miał zupełnie szkliste oczy. Właśnie przyjechała karetka gdy na niego patrzyłam. Ten widok zupełnie obcego mi człowieka prześladuje mnie teraz. Nigdy jeszcze nie poczułam śmierci tak blisko. Nigdy jeszcze nie była tak realna, choć bywałam już na niejednym pogrzebie.

21.11.2002r.
W oczach przechodniów dostrzegam tęsknotę. Gdy przyglądam się dokładniej widzę chęć głębszych kontaktów międzyludzkich. Czasem jakichkolwiek. Błaganie o parę słów, które złamią mur obojętności. Paniczny ból. Straszny strach, że w razie potrzeby nikt nie będzie miał tyle siły, by nawet na ciebie dokładnie spojrzeć. Ponieważ wszyscy są swoimi niewolnikami, każdy z osobna boi się przełamać barierę, wypowiedzieć choćby słowo, proste pytanie o godzinę... Ale każdy ma taką fajną barierę psychiczną i świat trwa bez ruchu nie wydając z siebie żadnych dźwięków. Ludzie reagują na zasadzie odruchów. Gdy coś ci upadnie twój sąsiad bez słowa podaje ci tę rzecz nie patrząc ci nawet w oczy, bo boi się zobaczyć w nich odbicie swoich własnych.

Nagle pojawiasz się ty. Dokładnie widzę, że jesteś inny, jakbyś nie zdawał sobie sprawy z obowiązujących w tym świecie praw. Te prawa są dla mnie tak samo oczywiste jak prawo powszechnego ciążenia. Ty jednak w jakiś nienaturalny sposób je ignorujesz. Pierwszą rzeczą, która przyciąga uwagę jest twój sposób poruszania się. Jakby naprawdę zależało ci, żeby gdzieś dojść. Jakby to miało jakieś znaczenie. Wiem, ze to niemożliwe. Nie wierzę jeszcze. Jeszcze nie. I nagle na mnie patrzysz. Podnoszę wzrok i napotykam twoje spojrzenie. To jest całkiem niesamowite. Nie mogę oderwać oczu. Pęka we mnie jakaś wielka przeszkoda. Gdy trwam w tym niesamowitym stanie nagle przemawiasz. Twój głos odbija się jakimś dziwnym echem. Inni ludzie odwracają się do nas plecami, jakby zgorszeni, ale ja już nie mogę. Nie chcę. Widzę twoje oczy i słyszę twój głos.
- Przepraszam, która godzina?

To prawda, że każdy postrzega świat inaczej. W moim wyobrażeniu to jest właśnie nieco wyostrzony sposób ludzi nieśmiałych.
Dlatego nigdy nie wahajcie się zbyt długo na ten pierwszy krok.

28.11.2002r.
"Don't cry
Don't cry
Now jump, now jump"


29.11.2002r.
Czułam jak drobiny optymizmu wpadają mi do serca... To może tylko Muzyka.

30.11.2002r.
Esencja szczęścia. To naprawdę za dużo. To sprawia, że życie przed: czekając i po: wspominając, jest totalną pustynią.
"...Ania znowu poczuła radość płynącą ze świadomości, że życie jest piękne."
Karmię się pozytywnymi książkami, przebywam z pozytywnymi ludźmi, faworyzuję pozytywne myśli i staram się użyczać optymizmu, tym, którzy umierają na jego brak. Jest to straszna choroba. Często śmiertelna.

01.12.2002r.
Czuję coś mokrego na twarzy. Siadam gwałtownie obudzona. Ona z uśmiechem zabiera mokrą dłoń i mówi, że już czas.

31.12.2002r.
Tylko czasem ktoś nie chce wiedzieć, że nie wie. Nie chcę należeć do ludzi, którzy nagle odkrywają, że są nieszczęśliwi, bo za dużo myśleli. Myślenie jest warunkiem Istnienia.
Spotykam tylu chorych ludzi. Bezmyślnie usiłują nazwać swoje uczucia. Uważają, że nie wolno zabijać, dlatego tych, którzy się nie stosują, należy zabijać. Nie rozumieją dobra, zło stało się im o wiele bliższe. Nie pragną niczego więcej. Z sadystyczną satysfakcją cieszyą się z wielkich katastrof, które spokojnie mogą podziwiać w TV jedząc popcorn. Odwracają wzrok na widok cierpienia, któremu mogliby zaradzić, gdyby nie ich sumienia, których nie ma. Kalkulują wszystko, by przypadkiem nie powiedzieć komuś jednego spontanicznego i szczerego słowa. Nie panują nad swoimi najprostszymi emocjami. Próbując leczyć ranią. Są posłusznymi sługami życia, gotowymi zrobić dla niego Wszystko. Nie wierzą, że są w stanie pojąć po co. NIGDY. Nie potrafią wykrzyczeć wszystkiego co przeszkadza oddychać Prawdą. Idą by umierać za słowa, za życie. Umierają za życie nie rozumiejąc tego paradoksu. Ślepo nienawidzą. Zapominają. Każdą piękną rzecz rozkładają na milion elementów: okropnych. Jedyną formą osiągania szczęścia jest dla nich zapomnienie. Nawołują do rzeczy, które ktoś im podszeptuje. Ze strachem się budzą, zasypiają przerażeni. Nuda przytłoczyła ich już bardziej niż ból. Wywyższają najniższe instynkty czyniąc je sztuką. Nie potrafią szczerze rozmawiać nawet w myślach, z samym sobą. Wszelkie przejawy inności przyjmują z odrazą i zakłopotaniem. Pustka: ich rzeczywistość. Pozyskiwanie przyjaciół stało się dla nich kwestią przypadku. Ukrywają przed światem to co najlepsze. Nie potrafią nic poświęcać.


"Wyjście, błagam Cię znajdź wyjście. Poprzez to co czują Berserkerzy. Poprzez badanie innych rzeczy. ZNAJDŹ."


szukam


***

KataszA
asztaka@poczta.gazeta.pl