"Lord of the Boards"
by
Ponownie zaczyna się gorączka, zwana Małyszomanią, edycja trzecia. Widać to wszędzie: w Przyjaciółce, w BravoGirl (nie, żebym czytał - licencia poetica :), a pewnie i w Cosmoplitan. Zapowiada się, że i tym razem totalnego, uczciwszy uszy, kręćka dostanie trzy czwarte społeczeństwa (no bo tak, jak mawia moja znajoma sprzedawczyni w sklepie spożywczo-przemysłowym: "Niemce mają za co naszą, polską z dziada pradziada ziemię odzyskaną wykupić - a my mamy Adasia! Szkopom na pohybel!" Remis, psiamać, ze wskazaniem :). Jedynym, który zachowa jakąkolwiek normalność będzie jak zwykle Małysz, który znów ze stoickim spokojem będzie się starał delikatnie uzmysłowić polskiemu narodowi, że nie lubi, gdy mu każą dzieci błogosławić. I będzie robił swoje.
To tyle tytułem wstępu, czas na temat główny. Otóż rok temu moja rodzinka dała się skusić na "wypad na Małysza", czyli weekend w Zakopanym, połączony zresztą z oglądaniem Małysza "live". Znaczy w powietrzu.
W nasze drogocenne, fałszywe zapewne bilety wstępu zaopatrzyliśmy się jeszcze przed wyjazdem, tak by mieć pewność, że będziemy móc sobie Małysza z bliska pstryknąć. Nie przewidzieliśmy co prawda, że z podobną nadzieją idzie na skocznię pół Polski, ale było to właściwie zmartwienie moich rodziców i mojego wujostwa. Moja kuzynka i ja jechaliśmy do Zakopca po cos innego...
Jako, że ani Olę, ani mnie nie interesowała za bardzo forma Małysza, ogromny bałagan organizacyjny i banda podpitych facetów, mieniących się kibicami, nucących na przemian: "A wszystko to, bo Adasia kocham" i "Leć Adaś! Jak najdaaaalej" Puchar Świata został przez nas zupełnie olany.
Już pierwszego dnia za to - a był już wieczór - zabrawszy ze sobą balast w postaci czterdziestoletniego znajomego wujostwa skierowaliśmy się na najbliższy śnieżny stok, którym okazał się być Nosal. Najbliższy stok nie był bynajmniej wcale blisko, więc uznaliśmy, że najlepszym sposobem na rozpoczęcie podboju stoków będzie chwila przerwy. Nasz czterdziestoletni balast zaakceptował naszą decyzję jakimś niewyraźnym odpłucnym charkaniem.Kiedy jeszcze pamiętałem, co to jest wolny czas, nieraz umilałem sobie życie "skejceniem" - czyli jazdą na deskorolce. "Deska to deska, nieważne czy na kółkach, czy też nie" - pomyślałem i wypożyczyłem snowboard. Olka, jako, że jeździ już od ponad roku na nartach, wybrała dwuślad i polazła na najwyższy stok. Ja zaś wybrałem stok średniostromy, czyli Oślą Łączkę.
Najpierw zdecydowałem się podejść kawałek z deską na plecach, by za bardzo nie ryzykować (o ile można ryzykować na Oślej Łączce). Po przejściu jakiś pięćdziesięciu metrów i stwierdzeniu, że jestem zdecydowanie dość wysoko, stwierdziłem, iż czas wreszcie pokazać kto tu jest mustah ;))) Usiadłem więc, położyłem moją nową deskę na kolana i zacząłem szukać jej frontu. Z opresji wybawiła mnie jak zwykle moja kochana kuzynka, która - nie mogąc się już przyglądać się katuszom mojego ego - chwilowo zstąpiła z stoku dla zaawansowanych, by zwrócić mi uwagę że wkładam lewy but do prawego wiązania. Po czym mi wiązania zawiązała.
Ja zaś poczułem pod nogami dziwne, acz znajome uczucie. Moc. "No to teraz, kurde, ja!" pomyślałem. Zrobiłem prawie udaną sprężynkę, stanąłem dzielnie na desce... i - co było zresztą do przywidzenia - chwilę później znów witałem się ze śniegiem. Po kilku takich spotkaniach, w myśl zasady, że nie jest się jeźdźcem, dopóki się z konie nie spadnie, stwierdziłem, że jestem jeźdźcem bardzo doświadczonym. Wybrałem się na orczyk.
Kto pamięta swój pierwszy podjazd na snowboardzie, ten wyobraża sobie ile czasu i ile nerwów mnie to kosztowało. Pomijam fakt, że z początku trzymałem wyciąg w łapkach, zamiast włożyć go gdzie trzeba. Pomijam fakt, że kurczowo ściskałem nogami orczyk, zamiast swobodnie trzymać się rury. Ja już nie będę opowiadał, jak, wypuściwszy orczyk ze swych objęć, zacząłem zjeżdżać w kierunku przeciwnym do ogólnie przyjętego. W końcu jestem mustah ;))))
Znalazłem się w końcu szczęśliwie u góry. Spojrzałem w dół stoku. No, krucze pióro, wysoko. Ale raz matka rodziła... Hey-ho Let's go! (Joey Ramone - We shall not forget thee...)
Spróbuję teraz opisać euforię, jaką czułem, ale to tak moi drodzy, jakby opisywać orgazm. Można opisać syndromy, odczucia cielesne - ale stanu emocjonalnego nie sposób.
Czułem wiatr pędzący po moich skroniach. Słyszałem skrzypienie śniegu pod deską. Czułem prędkość. Czułem się wielki, największy. Patrzyłem na twarze innych i widziałem w nich zdumienie... A mnie przepełniała czysta energia, pełna agresji, ale i radości - coś takiego, co poczuć można jeszcze jedynie na koncertach rockowych. Czułem moc. "I can fly so high, I can fall so deep".No cóż, przyznam szczerze, że snowboardzistą byłem - we własnym przynajmniej mniemaniu - dużej klasy. W sumie brakło mi tylko jednego elementu owej sztuki - nie za bardzo wiedziałem, jak się hamuje. I co najgorsze przypomniałem sobie o tym dopiero, gdy wielki napis na karczmie: "Jednym słowem piwo" był aż nadto dobrze czytelny, bo aż nadto bliski. Miałem do wyboru: uderzyć w pubik (4 złote mała cola! Co oni do niej dodają? Kokainę?!), lub też próbować się zatrzymać. A najprostszym sposobem na zastopowanie wydawał mi się upadek kontrolowany - który ćwiczyłem dotąd z uporem godnym lepszej sprawy. Tym razem niestety wymknął mi się on spod kontroli: innymi słowy przygrzmociłem zdrowo. Ale lot miałem piękny. "Jak najdaaaalej...".
Not sędziowskich niestety nie dostałem. Za to pan sanitariusz dał mi na rączkę taki fajny, niebieski gips.Ale wszystko skończyło się dobrze, bo Małysz i bez mego dopingu pokazał, że wygrywać potrafi.
* * *
Pewnie myślisz Czytelniku, że dostałem nauczkę. Że już nie dam się ponieść emocjom, durnej brawurze, złudnej pewności siebie, idiotycznemu poczuciu posiadania mocy. Mylisz się. Ja się już nie mogę doczekać ferii...
Bo na świecie można jeszcze spotkać Radość w czystej postaci.Jeśli więc spotkacie na stoku jakiegoś wariata, który pędzi wprost przed siebie - bo nie umie za dobrze skręcać - to będę ja! Uciekajcie wtedy z drogi! Cause with the lord of the boards you'll come and get around...