A KOTY I TAK ZWYCIĘŻĄ
Chciałbym nawiązać to tekstu „Bycie kotem” niejakiego KOTA Dishmana. Ów jegomość
twierdzi, że najlepszym sposobem na unikniecie skocenia jest nie wyróżniać się.
Otóż moje zdanie jest wręcz przeciwne. Pokrótce opowiem moja historię mojego
„unikania” skocenia.
Idąc do nowej szkoły i nie mając ŻADNYCH znajomości w starszych klasach trochę
się bałem. Lecz jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie. Na początek roku
mieliśmy spokój. Oczywiście były pojedyncze wypadki śpiewania piosenek tańczenia
itp. W tym czasie było dosyć ciepło wiec przerwy spędzaliśmy na podwórku poza
szkołą. Raz odważyliśmy się wejść do szkoły i staliśmy przy wejściu myśląc, że
nic nam nie grozi. Jakże się wtedy myliliśmy. Wyskoczyło paru wyrostków z klasy
maturalnej i kazało dla mojego kumpla śpiewać wlazł kotek na płotek i przy tym
tańczyć. W pewnym momencie postanowiliśmy z drugim kumplem wkroczyć do akcji...
Wyskoczyliśmy i zaczęliśmy śpiewać razem z nim. Ładne trio z nas było. Na
następnej przerwie już cała szkoła o tym wiedziała. Swego czasu nastraszono nas,
iż nakarmią nas kitiketem. Więc uradziliśmy, że zakupimy własny pokarm i jakby
ktoś chciał nas poczęstować to odpowiemy, że mamy swój. Dalszego biegu wydarzeń
łatwo było się domyślić. Niestety nasze szkolne psy nie pomyślały o jedzonku dla
kotów. Więc podeszliśmy i sami poczęstowaliśmy paru kolegów, pokazując jakie to
dobre (to znaczy jedliśmy przy nich). Zabawnie było, gdy udaliśmy się do sklepu
zoologicznego po kitiket. Poszła nas trzech. Wchodzimy do sklepu i po krótkich
oględzinach zawartości półek kumpel zapytał czy jest sucha karma kitiket.
Sprzedawczyni odpowiedziała, że sprzedają na wagę, tam w workach stoi.
Stanęliśmy więc nad workami i patrzymy na to żarcie. W pewny momencie kumpel
wyskakuje z pytaniem: „Czy można spróbować”... Reakcje ekspedientki łatwo sobie
wyobrazić. Przyzwoliła nam słabym głosem, poczym dokonaliśmy konsumpcji.
Jedzonko okazało się całkiem smaczne. Zakupiliśmy po woreczku dla każdego z nas.
Aż tu pewnego razy ogłaszają, że niedługo odbędą się oficjalne otrzęsiny i każa
płacic po 1,50zł na odpowiedni ekwipunek, aby nas „przeszkolić”.
Nadszedł wreszcie wieki dzień otrzęsin. Było przed świętem nauczycilela. Cały
czas chodziłem wraz z kumplami w marynarkach i w koszulkach z napisem „wolność
kotom”, „daj mi żyć miau” itp. Na przerwach szukaliśmy piesków, aby nas
odpowiednio wymalowali. Niestety nie chcieli, więc uczyniliśmy to sami. Aż tu
wpadają na lekcję maturzyści (akurat była informatyka wszyscy się bardzo
cieszyli) ubierają nas w worki wymazują czymś czarnym i wyganiają na korytarz.
Najpierw był wielki pochód przez szkołę. Aby utrzymać nas w ryzach byliśmy
okładani „pałkami dogadzałkami”- czyli plastikowymi rurkami obleczonymi gąbką
Kazano nam śpiewać „wlazł kotek na płotek”, lecz ktoś podrzucił hasło „wolność
kotom”. I tak z okrzykiem na ustach podążaliśmy korytarzami szkoły. Bezradne
pieski, próbowały uciszyć nas oblewając wodą. Nie udało się im to. Następnie
wygonili nas na podwórko bez zmiany obuwia i ustawili na CZARNEJ bieżni. Paru
gości robiło przysiady. Postanowiliśmy zorganizować z kumplami wielką ucieczkę.
Na hasło wybiegliśmy z grupy kotów i zaczęliśmy uciekać w kierunku ogrodzenia z
pieśnią na ustach „nas niedogoniat”:) Oczywiście kilka piesków ruszyło w pogoń
za nami, lecz byli w słabej formie i zdążyliśmy uciec. Było nam ich szkoda więc
wróciliśmy. Na początku chowaliśmy się w tłumie, ponieważ baliśmy się zemsty.
Brali ludzi i kazali robić im przysiady, biegać itp. Nagle coś nas ruszyło i
postanowiliśmy zapytać czy też możemy i wystąpiliśmy z motłochu. Jako, że nasz
grupka charakteryzowała się dość bujnymi fryzurami to jeden z psów rzekł „Co
sami długowłosi, ja chcę łysego” i poszedł szukać sobie łysego. Zrobiliśmy parę
przysiadów po wydurnialiśmy się i powróciliśmy na lekcję informatyki (buuuuuuuu).
Po lekcjach odbyła się druga część otrzęsin, po której nastąpiła dyskoteka.
Zaraz przy wejściu do szkoły poczęstowano nas jakąś mieszanką mleka z kefirem,
jakimiś przyprawami i z czort wie czym jeszcze. Niektórzy się bronili przed
zjedzeniem tego świństwa, lecz my wszyscy braliśmy nawet dokładki. Jeden kumpel
rekordzista zjadł aż dziesięć łyżek Potem pokłony przed pokojem nauczycielskim i
mały tor przeszkód. Jednym z elementów była walka na rękawice, z której
zwolnieni byli ludzie zgnębieni wcześniej, a szkoda. Następnie nasze kochane
pieski zaprosiły wszystkie koty na przedstawienie. Jednak nie było tak różowo.
Wyciągali ludzi na scenę i robili im różne świństwa. Najlepszy był konkurs o 10
zł. Posadzili kilka osób wokół i kazali im dmuchać, kto przedmucha papierek z
nominałem otrzyma go. To była tylko podpucha. Zawiązali wybrańcom oczy i zamiast
pieniążka nasypali bułki tartej. Efekt łatwo sobie wyobrazić. Wszystkie koty
chowały się, oczywiście oprócz mnie i moich kumpli. Wręcz przeciwnie,
zgłaszaliśmy się bardzo gorliwie. Ja sam byłem najwięcej razy, bo aż dwa...
Potem prowadzący machnął a nas ręką. Wyraz jego twarzy mówił wszystko „takich
durniów nie bierzemy”. Dyskoteka okazała się totalna porażką. Większą połowę
czasu siedzieliśmy i poznawaliśmy naszych oprawców, drugą mniejszą połowę
zgrywaliśmy się na sali. Dajmy na to pogowaliśmy przy hiphopie. Gdy się już
trochę znudziliśmy usiedliśmy na środku sali w kółku i pogowaliśmy na siedząco.
Aż dziw bierze ile nagle miejsca zrobiło się wokół. Paru starszych kolegów
zaczęło robić striptiz dla koleżanek, które dołączyły do kółka. A kiedy się
totalnie wkurzyliśmy utworzyliśmy kilku osobowe koło ( nie wiem jak określić ten
typ koła ale byliśmy bardzo ściśnięci). I wbiliśmy się w tłum, który nas
wypchnął. Po drugiej próbie zrezygnowaliśmy. Krążyły już pogłoski, że oberwiemy
od szkolnych dresów na szczęście wszystko samo się uspokoiło.
Jak widać nie zawsze lepsze jest chować się. Jest takie prawo „Jak coś ma się
spieprzyć, to i tak się spieprzy”. Tak samo i tutaj jak cię mają złapać to i tak
cię złapią. Czy nie lepiej wyjść wrogowi naprzeciw? Ja uważam, ze lepiej. Dzięki
moim działaniom najgorliwsi oprawcy są teraz moimi dobrymi kumplami. Uważam, że
dobrze postąpiłem zaznajamiając się ze starszymi kolegami. Co my na przerwach
wyprawiamy. „Wrogów należy trzymać bliżej niż przyjaciół” a wrogowie mogą się
okazać przyjaciółmi. Teraz jest już dawno po całych otrzęsinach, a ja ostrzę
sobie zęby na przyszłe koty:). Zaznaczam, iż wydarzenia wyżej opisane są jak
najbardziej prawdziwe. Prawdopodobnie większość ludzi po przeczytaniu tego
tekstu uzna mnie za chorego. Ale to jest sposób na przeżycie. I to by było na
tyle. Trochę przydługi tekst wyszedł, ale inaczej nie umiem. Wszelki uwagi
proszę kierować na (a)dres: lesio86@wp.pl.
Trolas