W pudełeczku: jawnogrzesznica |
| Kiedy szła
posiniaczona, nikt na nią nie patrzył. Wszyscy spuszczali oczy zakłopotani.
Wszyscy wiedzieli. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Nikt nic nie
mówił. Wszyscy szeptali. Cicho, za plecami. Ona już teraz nie była zakłopotana. Nie spuszczała oczu. Patrzyła dumnie przed siebie, wyprostowana, niosąc jedno ze swoich dzieci. I była sama. Nie płakała nigdy przy innych. Jej łzy widziały tylko dzieci. Pięcioro dzieci. Matka Polka. Nie wierzyła już w Boga, choć prowadziła dzieci w niedzielę do kościoła. Ona miała własnego boga w domu. Jej bóg miał silną pięść i butelkę w ręce. A ona nie miała nic. Wszyscy mówili, że to jej prywatna sprawa. Każdy musi sobie sam radzić. Nikt nie będzie się wtrącać. Ona nie radziła sobie. Była zbyt pokorna, zbyt cicha. Nie umiała się już śmiać. Nie umiała się już cieszyć. Nie cieszyła się, gdy dowiedziała się, że będą mieli kolejne dziecko. Z czego się miała cieszyć. Nie chciała go. Ledwo starczało im pieniędzy. Teraz miało być jeszcze ciężej. Wytrzymywała z nim, tylko dlatego, że nie bił dzieci. Nigdy się z nim nie kłóciła. Nie chciała by miał satysfakcję. Nie odeszła od niego, bo nie potrafiła radzić sobie sama. Nie potrafiła by nic zmienić. Była słaba. Zmiany przyszły same. Więc zaczęła krzyczeć. Krzyczała na niego, a on stał zdumiony. Krzyczała na niego, gdy zadawał ciosy. Krzyczała na niego, gdy usłyszała wesoły śmiech zza okna. Grupka wyrostków stała pod ich klatką, ciesząc się z awantury. Uznali za zabawne krzyki dwóch pieniaczy. Gorzej niż zwierzęta cieszyli się z tego, że ktoś ma od nich gorzej. Bo nie wiem co innego mogło im się wydać zabawne. I zamilkła. Płakała już tylko. Płakała, gdy najstarszy, dziesięcioletni syn, próbował odciągnąć od niej jej boga. Jej męża. Tydzień później po powrocie z miasta usiadła i wyła. Słyszałam jak wyje. Nie jak płacze, ale wyła. Jak zwierze. Jej męża nie było w domu. Może to lepiej. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Wszyscy szeptali. Nie było szóstego aniołka. Nie chciała go. Zabiła go. Kochała go. Wolałaby pewnie zabić siebie. Nic nie potrafiła zrobić. Patrzyło na nią pięć par oczu. Patrzyło jak ona płakała. Matka Polka o jasnej twarzy. I niewiele się zmieniło. Przecież to jej prywatna sprawa. Tylko już nie trzyma dumnie głowy. Zbyt jej ciężko, tak strasznie jej ciężko. Dziecko na jej ramieniu jest takie śliczne. Ma niebieskie oczy i prawie nie płacze. Takie śliczne. Święci splunęli za jej plecami. I tak nic się nie zmieni. |
| Novinha theprisoner@wp.pl |