Chwila refleksji - repolemika

Niejaki Gwyndhu polemizował był z moim tekstem, który nosi tytuł "Chwila refleksji". W związku z tym teraz pora na mnie.

Przede wszystkim dziękuję za ową polemikę. Każda wymiana zdań jest bowiem według mnie cenna. Postaram się odpowiedzieć na enuncjacje Gwyndha. Autor polemiki oskarża mnie przede wszystkim o agresywną formę wypowiedzi (a raczej o "agresywne pióro"). No cóż - przejrzałem jeszcze raz mój artykuł i nie wydaje mi się, żeby zionął on agresją. No ale niech Ci będzie, ja jako autor mogę tą sprawę widzieć inaczej. Natomiast po ponownym przeczytaniu "Chwili refleksji" nasunęły mi się dwie ... refleksje (ależ jestem refleksyjny). Otóż w istocie niektórymi fragmentami mego artu mogli poczuć się urażeni wyznawcy innych religii. A więc stwierdzam z całą stanowczością (co zresztą również napisałem w "Chwili refleksji") - wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga i ja nigdy nie ośmieliłbym się na siłę doprowadzać do przechrzczenia muzułmanina czy żyda. Chciałem tylko w swym artykule odeprzeć zarzuty ateistów w stylu "w kogo mamy wierzyć, skoro jest na świecie tyle religii". Otóż BÓG JEST JEDEN. A co do wspomnianych ateistów: napisałem następujące zdanie: "...rozpocznijcie nowe życie razem z Panem Bogiem! Do stracenia macie naprawdę niewiele: może paru kumpli, z którymi razem obśmiewaliście kler, i którzy nie są zapewne w stosunku do Was szczerzy." Ktoś po przeczytaniu tego zdania mógłby pomyśleć, że wszyscy ateiści są źli i nieszczerzy, a to przecież nieprawda. A więc (nie powinno się zaczynać zdania od "A więc") wszystkich urażonych przepraszam i proszę o wybaczenie.

No ale czas wreszcie przejść do repolemiki. Gwyndhu odpowiada na akapit, w którym piszę, że jestem szczęśliwym człowiekiem i nie boję się śmierci, ponieważ wiem, że jest ona tylko przejściem w następujący sposób: "Jeżeli jest tak pewny swojego, to niech da mi dowód na to (na życie po śmierci-dop. mój). Życie po śmierci jest sprawą, o której nie wiemy absolutnie NIC." A dlaczego absolutnie nic? Chrystus powiedział nam: "Bo w zmartwychwstaniu już się nie żenią ani za mąż wychodzą, lecz żyją jak aniołowie Boży w niebie." A więc coś jednak wiemy (że nie będziemy się żenić ani za mąż wychodzić), lecz to rzeczywiście niewiele. Pozostaje nam więc nadzieja i słowa Jezusa: "Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, we mnie mieszka, a ja w nim (...) ... kto pożywa ten chleb żyć będzie na wieki (J,6.56-59)."

Następna sprawa, do której przyssał się mój adwersarz: "Dalej: jeżeli ktoś nie wierzy w życie po śmierci (...) nie widzi według autora sensu życia. Wręcz przeciwnie: dla takiego człowieka życie na ziemi jest jedyną szansą i drugiej nie będzie. Stara się więc spędzić je jak najlepiej dla siebie. I nie użalają się nad sobą, bo takie zachowanie może im zabrać szansę na życie "na poziomie". Wie, że lepiej nie będzie i że jest kowalem własnego losu." Po pierwsze: chrześcijanin również wie, że ma tylko jedno ziemskie życie, i że musi je przeżyć ja najlepiej, aby zasłużyć na życie wieczne. Chrześcijanie muszą przede wszystkim czynić dobro w swym życiu. A cóż może prawemu człowiekowi sprawić najwięcej przyjemności w naszej szarej codzienności, jak nie czynienie dobra? Po drugie: piszesz, że człowiek twierdzący, że życie kończy się wraz ze śmiercią "wie, że lepiej nie będzie." Wiesz, jak ktoś spojrzy na dzisiejszy świat i zaraz potem stwierdzi, że lepiej nie będzie, to naprawdę może się załamać. I wielu się załamuje. Jak tu być szczęśliwym, gdy ktoś stracił bliską osobę bądź jest bezrobotny, jeśli nie mamy dystansu do naszej doczesności, nadziei na lepsze. Poza tym niektórzy żyjąc pełnią życia krzywdzą innych: kradną, zabijają, robią wszystko, aby tylko mieć dużo kasy. A wszystko to bierze się z myślenia: "Skoro mam tylko jedno życie i nikt mnie nie rozliczy z mojego postępowania, to dlaczego mam sobie czegokolwiek żałować?" Jest oczywiście również grupa prawych ateistów, którzy żyją uczciwie po to, by choćby móc na siebie patrzeć w lustrze bez obrzydzenia. Ale i im na pewno łatwiej byłoby przejść przez krytyczne momenty ich życia z Bogiem oraz ze świadomością, że jest Ktoś, kto potrafi docenić czynienie dobra. I jeszcze jedno: nie porównuj człowieka do maszyny, do pamięci RAM czy czegoś tam jeszcze. To jeszcze gorsze niż lansowane przez niektóre środowiska porównywanie ludzi do zwierząt, sprowadzanie naszej egzystencji do odruchów.

Dalej Gwyndhu zdaje się powątpiewać, że Pan Bóg opiekuje się mną w każdej chwili, gdziekolwiek jestem i cokolwiek robię, i że w ogóle opiekuje się on całą ludzkością: "to gdzie jest podczas zamachów terrorystycznych, wypadków itp., gdzie giną ludzie niewinni, którzy nie spieszyli się do spotkania z Bogiem? Dlaczego życie jest jednym wielkim "Grand Prix Pod Ostrzałem", gdzie przetrwają najsilniejsi, a nie najpobożniejsi?" Stary, zbyt dosłownie i zbyt docześnie rozumiesz ten problem. Ty, jak i każdy inny, dopiero pracujesz na nagrodę i jeżeli pokonasz wszelkie przeciwności, to ją otrzymasz. Powiedz mi: jak bez Boga, bez Chrystusa zrozumieć sens cierpienia? Można się na Boga obrażać, ale można też powiedzieć: niech się dzieje wola Twoja. To, że kogoś spotyka coś złego nie znaczy wcale, że Bóg go opuścił. Wtedy właśnie, jak człowiek jest sam, smutny i cierpiący, to powinien zwrócić się do Boga. I jeszcze dwie sprawy. Pierwsza: autor napisał, że na światem żądzą najpotężniejsi, a nie najpobożniejsi. A wyobrażasz sobie, co by było, gdyby najlepiej sprawy doczesne układały się ludziom najpobożniejszym? Odpowiem Ci: ludzie nie szanowaliby Boga, tylko robiliby z Nim interesy. "Boże, będę chodził w każdą niedzielę do Kościoła, tylko daj mi nowy samochód." Pan Bóg doskonale wie, że najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie. I druga sprawa: autor porusza kwestię istnienia zła, a w innym miejscu powątpiewa czy wiem, co to jest wolna wola. Otóż wiem, co to jest wolna wola i chciałbym ową wolną wolę połączyć z istnieniem zła. Otóż gdyby istniało tylko dobro to człowiek nie miałby wolnej woli. Mahatma Gandhi powiedział: "Dobro i zło muszą istnieć obok siebie, a człowiek musi dokonywać wyboru." Niestety, wielu ludzi wybiera zło, to człowiek czyni drugiemu najwięcej zła, a często nawet czyni zło sam sobie.

Oto, co dalej pisze do mnie mój szanowny adwersarz: "Uwierz, człowieku, nie ma nic gorszego niż nieśmiertelność. Wyobraź sobie, że parę najbliższych miliardów lat spędzisz z tymi samymi ludźmi. Przez kilkadziesiąt lat nie poznasz wszystkich ludzi. Ale przez wieczność..? Poznasz ich wszystkich na wylot, zanim komuś zadasz pytanie, będziesz znał już odpowiedź. Co wtedy będziesz robił? Chyba, że bardzo lubisz grać w szachy..." Nie ma nic gorszego niż nieśmiertelność? Naprawdę? Ktoś kto tak mówi według mnie na siłę chce odrzucić nawet największe dary od naszego Ojca. Nie wierzy, a więc neguje wszystko, co jest związane z wiarą. Według mnie w niebie będzie bardzo ciekawie. Gwyndhu zapomina przede wszystkim o tym, że mamy tam się zjednoczyć z Bogiem, mamy Go ujrzeć twarzą w twarz i z Nim obcować. I On z pewnością nie pozwoli nam się nudzić. A mój adwersarz wspomina tylko, że nie będzie miał o czym rozmawiać z innymi ludźmi. Ale i ta sprawa nie wydaje mi się tak tragiczna. Są przecież osoby, z którymi możemy przebywać naprawdę bardzo długo, nie nudząc się przy tym. Ponadto w niebie będzie zapewne wielu ludzi, a ze wszystkimi naraz się spotkać nie zdołamy. Moglibyśmy więc co jakiś czas zmieniać najbliższe otoczenie, a potem powracać do dawnego. Jakże przyjemnie jest spotkać starego kumpla po latach. Ileż jest ciekawych tematów do rozmów, zwłaszcza, że ludzie się zmieniają. A gdyby ktoś już był znudzony towarzystwem, to myślę, że mógłby się wybrać w samotną wędrówkę po niebiańskiej krainie. Po jakimś czasie z pewnością odezwie się tęsknota do ludzi.

Następnie Gwyndhu powątpiewa we wszelkie cuda: objawienia, uzdrowienia, twierdząc, że wyjaśnienie tych zjawisk przez naukę jest tylko kwestią czasu. A skąd ta pewność? Ja uważam, że pewnych rzeczy człowiek nigdy nie wyjaśni, nie ogarnie. A nawet jeśli, to, jak napisałem w chwili refleksji wierzyć znaczy ufać, kiedy cudów nie ma. Stanowisko Kościoła jest w tej kwestii jednoznaczne: można w takie rzeczy wierzyć, ale nie trzeba. Osobiście uważam, że coś w tym jest. No bo jeżeli są na świecie miejsca (Fatima, Lourdes) gdzie najwięksi grzesznicy nawracają się, decydują się zmienić całe swoje dotychczasowe życie. Następnie autor polemiki na moje pytanie: "Jak mogło powstać coś z niczego (chodzi o powstanie wszechświata czy też wielkiego chaosu oraz życia na Ziemi)" pisze, że czas jest względny. No dobrze, nawet jeśli tak jest, to nie jest odpowiedź na pytanie: "Jak mogło powstać coś z niczego?" Autor pisze dalej, że, jak to zwykle bywa, przypisuję wszelkie rzeczy niewyjaśnione jeszcze przez człowieka Bogu. A dlaczego piszesz jeszcze? A skąd wiesz, że kiedykolwiek rozwiążemy pewne zagadki dotyczące nas i wszechświata? Otóż warto, żeby wyznawcy nauki wbili sobie wreszcie do głowy, że pewne rzeczy zawsze będą dla człowieka niezgłębioną tajemnicą, nie do wyjaśnienia bez Boga. Bez Boga bowiem życie ludzkie nie ma ani korzenia ani sensu. No właśnie, ale tu jest problem. Jedni wierzą w Boga, a inni w naukę.

Dalej autor polemiki uzmysławia mi, dlaczego w mediach mówi się tylko o złych księżach: "Wielu księży żyje skromnie, pomaga parafianom, ale do telewizji trafiają pedofile i posiadający majątek z niepewnych źródeł. Dlaczego? A dlaczego w "Wiadomościach" mówi się, że na zachodnim brzegu Jordanu doszło do zamachu, a nie, że w Sydney do żadnego zamachu nie doszło? Taka jest natura ludzka." I myślisz, że tak jest bobrze, że do telewizji powinni trafiać tylko księża pedofile i złodzieje? Że w mediach powinno tylko mówić się przede wszystkim o tym, że gdzieś jakiś nastolatek zabił kilka osób, że ktoś napadł na bank, że był zamach terrorystyczny, a ktoś zgwałcił nastolatkę? A dlaczego w telewizji nie mówić, że ksiądz Arkadiusz Nowak poświęca się pracy z chorymi na AIDS, że inny ksiądz pomaga biednym i bezrobotnym, że świetnie działają ośrodki świętej pamięci Marka Kotańskiego, że ludzie dobrej woli wzajemnie sobie pomagają, że organizuje się wiele akcji, które mają na celu pomóc biednym i bezbronnym. Niech dzieciaki się uczą, niech wzorami do naśladowania będą dla nich ksiądz Arkadiusz Nowak czy świętej pamięci Marek Kotański, a nie nastolatek, który podłożył bombę w szkole czy bohater filmu, który kogoś zabił. Niedobrze jest również, gdy stwarza się wrażenie, że wyjątki stanowią regułę.

Dalsze sprawy dotyczyły mojego stanowiska (które jest, jak na Ciemnogrodzianina przystało, tożsame ze stanowiskiem Kościoła katolickiego) w sprawie aborcji i antykoncepcji. Co do aborcji, autor się zgadza, że powinna być zabroniona, ale... Zaraz. Jakie ale? Stary, piszesz, że jesteś praktykującym katolikiem, a więc mawa Twoja powinna być tak, tak, nie, nie, a co nadto jest od złego pochodzi. Nie ma żadnego ale. Zabójstwo jest zabójstwem, tak jak kradzież jest kradzieżą. I proszę mi nie tłumaczyć, że aborcja i tak jest w Polsce wykonywana. W Polsce też jest mnóstwo kradzieży, mimo zakazu, ale jakoś przez to nikt nie wpadł na pomysł, żeby je zalegalizować. To co dopiero, jeżeli chodzi o zalegalizowanie zabójstwa. A co do antykoncepcji. Autor straszy nas wizją modelu rodziny 2+15. Mam więc dla niego propozycję. Niech będąc na niedzielnej mszy badź na spacerze rozejrzy się dookoła. Ile jest wśród nas modelów rodzin 2+15? A ile choćby 2+10? Dalej autor polemiki pisze, że sprytnie pomijam kwestię eutanazji. No tak, wpadłem, obnażyłeś mnie, a przy okazji cały Ciemnogród, który wstydliwie milczy w tej kwestii. A tak poważnie, to pominąłem w moim artykule jeszcze wiele innych spraw z tego względu, że byłby on bardzo długi. Na przykład nie wspomniałem nic o kołtuństwie niektórych "postępowych" środowisk, które ludziom zarażonym wirusem HIV i chorym na AIDS wbijały bzdury w stylu: "Używajcie prezerwatywy, a wszystko będzie dobrze". No ale poczułem się wywołany do tablicy, jeżeli chodzi o kwestię eutanazji. Jestem oczywiście przeciw. A oto argumenty. Obecnie można w zasadzie zapanować nad każdym bólem, można zatem przeprowadzić człowieka na tamten świat bezboleśnie, spokojnie. Zdarzają się przypadki, że ludzie budzą się po kilku czy kilkunastu latach śpiączki i nic im nie jest. A więc dopóki pompka pika, dopóty jest nadzieja i trzeba o człowieka walczyć. Ludzie związani z ruchem hospicyjnym twierdzą, że człowiek umierający, który otoczony jest miłością i troską nie poprosi o skrócenie życia. Warto by więc chyba zamiast podawać śmiercionośny zastrzyk uczyć ludzi miłości, wrażliwości i szacunku do osób starszych. Dobrym przykładem jest porównanie eutanazji do tonącego okrętu, na którym zamiast wypompowywać wodę i walczyć zatapia się go. I na koniec zacytuję felieton Rafała Ziemkiewicza, który ukazał się w tygodniku "Najwyższy czas!": "Holenderska ustawa, legalizująca dobijanie nieuleczalnie chorych, to zła wiadomość dla każdego z nas. Chyba że ktoś chce kiedyś usłyszeć: no dziadku, daj już spokój, tyle kosztujesz państwo i rodzinę, jeszcze się męczysz, no chyba nie chcesz się męczyć, no chyba nie chcesz, żebyśmy ci znowu musieli zrobić lewatywę - no podpiszże wreszcie, uparta pierdoło! To zresztą i tak wizja optymistyczna. Bo ostatecznym skutkiem zalegalizowania eutanazji będzie raczej powierzenie decyzji o naszej śmierci innym... (...) Kilka lat temu przeprowadzono anonimowe badania wśród brytyjskich lekarzy, pytając, czy zdarzyło im się dobić nieuleczalnie chorego. Zdarzyło się to ponad połowie. Trzy czwarte z nich za główny powód podało chęć zaoszczędzenia dla innych drogich leków. Może trudno komuś w to uwierzyć - ale taka jest właśnie prawda o eutanazji".

Dalej czytamy: "... ten tekst napisałem po to, by uświadomić Jackowi Stojanowskiemu i innym, podobnym do niego ludziom, że wiara należy do sfery prywatnej, a Inkwizycja już minęła." Co? Inkwizycja już minęła? Jak to? Nie, no jestem załamany. I co ja teraz będę robił? A już miałem na oku kobietę z sąsiedztwa, którą podejrzewałem o czary i takiego jednego heretyka z sąsiedniej ulicy. Porównywanie ludzi o poglądach tradycyjnych do Inkwizytorów uważam za niestosowne. To tak, jakbyśmy my, Ciemnogrodzianie porównywali ateistów do zabójców chłopów w Wandei bądź do bolszewików. Wiara jest sprawą prywatną? No cóż, podobne teksty są nam wpajane przez laickie środowiska. Nie zgadzam się z nimi. Chrystus powiedział: "Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu (Mk,16.15-16)." Każdy chrześcijanin jest do tego zobowiązany. Nasza wiara nie ma się ograniczać do niedzielnego przedpołudnia spędzonego w kościele, do którego mamy iść bardzo szybko i cicho, żeby nie urazić uczuć ateistów. Mamy żyć według zasad, jakie podał nam Chrystus i w szkole, i w pracy, i na wakacjach, i w jakimkolwiek innym miejscu. Nie może być tak, że prywatnie jesteśmy wierzący, a publicznie niewierzący. Krzyż nad drzwiami w szkole czy w urzędzie to nie dyskryminacja niewierzących, ale brak tego krzyża to dyskryminacja wierzących. Dzięki Chrystusowi jestem szczęśliwym człowiekiem, dlaczego więc swoim szczęściem nie mam się dzielić z innymi, którzy może go potrzebują. Wiara jest łaską, dlaczego nie mam dzielić się tą łaską z innymi? Dlaczego wiara miałaby być tematem tabu. Uważam, że dyskusje wierzący kontra ateiści, choćby na łamach internetowego magazynu "No Name", to bardzo pozytywna sprawa. W dalszej części polemiki jej autor zwraca się do mnie: "Ten sam Bóg, do którego mamy powrócić, do którego każesz nam powrócić, dał nam wolną wolę." W tym miejscu przesadziłeś. Napisałem w swoim artykule następujące zdanie, w którym radzę, niczym wujek Dobra Rada: "Na koniec jeszcze tylko kilka rad: rozpocznijcie nowe życie, razem z Panem Bogiem!..." Gwyndhu natomiast twierdzi, że ja komuś każę powrócić do Boga. Chyba czytając mój artykuł nastawiał się on coraz bardziej negatywnie do niego.

Na koniec autor zwrócił się do większego grona osób w następujący sposób: "I jeszcze jedno: trwajcie w swojej wierze i w swoich przekonaniach; nie pozwólcie, by wasze zdanie było w rzeczywistości zdaniem innego człowieka, sprytnie wpojonym w wasze ego." Zgadzam się, choć częściowo. Ja bym raczej ujął to tak: "Nie wierzcie we wszystko, co mówią w radiu i telewizji, słuchając kogoś nie wyłączajcie myślenia, żebyście nie dali sobie wciskać ciemnoty." A co do fragmentu: trwajcie w swoich przekonaniach. Ja bym powiedział raczej: "Wyrabiajcie sobie swoje przekonania, nie bądźcie letni, bez kręgosłupa. Ale nie zamykajcie się na innych ludzi, dyskutujcie z nimi, wymieniajcie poglądy i nie trwajcie na siłę w swoich przekonaniach, jeżeli na przykład wierzycie w krasnoludki." No i to by było na tyle.

Jacek Stojanowski
Samozwańczy Sołtys Ciemnogrodu Polskiego