Dzień z życia świata
                                                                                                                             maya020@poczta.onet.pl
 
 

            Zaczęło się od tego, że.... budzik nie zadzwonił. Dziwne, przecież wieczorem go
nastawiłam.
Ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, byłam już spóźniona na pierwszy
autobus.
Czekał mnie ciężki dzień - miałam jechać do miasta , a później prosto z dworca do
babci.
Cudem zdążyłam na następny. Śniadanie kończyłam przy furtce a zapinanie paska
od spodni tuż po wejściu do autobusu. Na szczęście była dopiero 7 rano i każdego
mocno zaspanego pasażera niewiele obchodził mój pasek i niedojedzona kanapka
w ręce.
W autobusie było zimno… no cóż, początek grudnia dawał się we znaki.
Podczas gdy ludzie kulili się w swoich kurtkach i ponuro patrzyli w okno, ja spokojnie
kończyłam śniadanie, jak gdyby zupełnie mnie nie dotyczyła idiotyczna pogoda i
grobowy nastrój jaki panował autobusie. Zastanawiałam się, jak dalej potoczy się
tak "mile" zaczęty dzien.
Idąc po głównej ulicy mojego pięknego miasta KIELCE, przypadkowo natknęłam się
na stojące tam jak zwykle cyganki. Było ich trzy a każda cos trzymała w swoich
zmarzniętych kościstych dłoniach. Jedna wymiętą talię kart, druga mały portfelik z
koralików, a jeszcze trzecia (chyba najmłodsza) sztucznego narcyza.
Pierwsza dopadła mnie właścicielka portfelika:

- Daj pani monetę to powróżę, bo w oczach twoich czytam cos, co dla ciebie
  bardzo jest ważne, ja ci pomogę!
(zazwyczaj po takich słowach wybucham śmiechem w twarz "naciągaczki",
ale wtedy niewiadomo czemu nie odeszłam)

- Jeżeli masz dla mnie tak ważną wiadomość, że zatrzymujesz mnie na ulicy,
  zrób to za darmo - powiedziałam i wyzywająco spojrzałam jej w oczy.

Burknęła tylko cos pod nosem (zdaje się, że jakiś cygański urok, czy inne pieroństwo)
i odeszła do reszty wymachując rękami i paplając cos po cygańsku.
I wtedy stało się cos dziwnego. Podeszła do mnie najmłodsza z cyganek i podała
mi swojego narcyza. Nie zdążyłam nawet nic powiedzieć, bo nagle wszystkie trzy
zniknęly za rogiem wraz z swoimi kartami i portfelami.
W ręku został mi narcyz.
Niewiele wtedy myśląc schowałam go do plecaka i ze strachem stwierdziłam, ż
e spotkanie z cygankami zajęło mi 20 min. Co sił w nogach więc ruszyłam na dworzec.
Przechodząc przez ulice zauważyłam niskiego staruszka, który prowadził obdarty,
zielony rower.
Ubrany był w jakieś podarte ubrania a na twarzy, nie wiedzieć czemu, miał
wymalowaną trwogę. Przechodził właśnie przez ulicę, gdy z piskiem opon zatrzymał
się tuż przed nim srebrny Ford.
Ten biedny człowiek po prostu wolno przechodził przez ulicę, być może był chory ,
być może się źle czuł, ale w tym momencie kierowcę obchodziło tylko to, aby jak
najdobitniej zwyzywać biedaka, a ten przeszedł wolno przed kołami samochodu i
cicho powiedział "dziękuję"…
W chwilę potem z daleka usłyszałam nosowy głos dworcowej spikerki. Za kwadrans
miał podjechać mój autobus. Kupiłam bilet i usiadłam na dworcowej ławce, ciągle
poruszona zdarzeniem z biedakiem i bogatym kierowcą.
Które z nich miało w sobie więcej pokory i kultury ?
Z rozmyślań wyrwała mnie młoda matka z dwójką dzieci, którzy siedli obok mnie na
ławce.
Młodszy chłopiec miał może 4 lata, starszy wyglądał na 7. Matka usadziła synów po
bokach a sama zajęła się czytaniem jakiejś kolorowej gazety. W tym momencie
obok peronu przeszedł jakiś mocno wychudzony, szary kundel. Młodsze dziecko
natychmiast podbiegło do psa i z całej siły kopnęło zwierzę. Oburzona spojrzałam
na matkę, pewna że ta zaraz zareaguje i potraktuje bachora co najmniej tak samo.
Ale i tu czekało mnie dziś rozczarowanie. Kobieta spojrzała z za gazety i z
uśmiechem spytała:

- kopiesz pieska Kacperku? No kop sobie, kop...

- Niech nie kopie, bo się spoci! - wycedziłam

Mamusia Kacperka spojrzała na mnie wyniośle, po czym ostentacyjnie zajęła się
ponownym studiowaniem ambitnej gazety (spojrzałam co czytała: "101 porad dla
nowoczesnej babki " :))
Uratował mnie nadjeżdżający autobus. Zostawiłam tą "nowoczesną babkę" i jej
dwóch małych sadystów, którzy kiedyś zapewne zasiądą "za kierownicą Forda".
Jadąc do babci jeszcze długo ich wspominałam, ponurych ludzi z autobusu, chytrą
cygankę, biedaka z rowerem oraz młodą matkę i jej syna. Zastanawiało mnie jak
wiele takich scen pojawia się co dzień i jak bardzo jesteśmy do nich przyzwyczajeni.
Jak bardzo gubimy siebie wtedy, gdy nie oglądamy się za innymi...
I wtedy przypomniałam sobie o białym narcyzu, który zwinięty leżał w moim plecaku i
o młodej cygance, która chyba już na zawsze pozostanie dla mnie symbolem
nadziei...
Na koniec chciałam zaznaczyć, że wcale nie jestem i nigdy nie byłam szczególnie
czuła na wszelkie zło tego świata. Co więcej, zazwyczaj jestem postrzegana jako
osoba niezbyt miła i przyjazna.
Może właśnie dlatego tak wiele wtedy zrozumiałam....

M-a-Y-a