Upadły

Historia upadku smoka



   Środek nocy... Ostatnie spojrzenie na Ziemię i z uczuciem wielkiej ulgi wzbijam się w przestworza. Nie uciekam... Nie boję się bólu i cierpienia którego ten świat ma mi tyle do zaoferowania. Nie obchodzą mnie już wasze małe troski i problemy. Wznoszę się jeszcze wyżej...Chcę być jak najdalej od tego nędznego kawałka ziemi który dotychczas był całym moim światem. Unoszę się ponad chmurami. Nie muszę już patrzeć na miejsce które przez tyle lat było moim więzieniem... A ja nazywałem je domem. Jedyne co słyszę to szum wiatru... Staje się on coraz bardziej wyrazisty aż po chwili przeradza się w szept... "Ja ciebie też...". Krótkie zdanie. Nic nie znaczący zlepek dźwięków... Dla mnie znaczył więcej niż całe moje życie. Te kilka słów było w stanie rozbudzić we mnie potęgę. Stałem się tym kim teraz jestem. Mój anioł... Całą moją moc... Całe moje ŻYCIE zawdzięczałem osobie która je wypowiedziała. Spoglądam wyżej. Patrzę w gwiazdy. Piękne... Jednak nie robią już na mnie wrażenia. Jest już tylko jedno zjawisko które chciałbym oglądać. Nic piękniejszego już nie istnieje. Nie ma prawa istnieć.
   Zaczynam odczuwać przyjemne ciepło... Rozglądam się. Wiem co jest jego źródłem. Tak sądzę. Zamykam oczy i czuję piękny, ale bardzo delikatny zapach. Wiem że ONA jest przy mnie. Nie wiem czy powinienem teraz otworzyć oczy... Pragnienie ponownego zobaczenia tego piękna jest silniejsze ode mnie. Powoli rysują się przede mną barwy i kształty. Nie wiem jak mogłem kiedykolwiek zapomnieć JEJ wyglądu. Dotychczas każda próba odtworzenia tej twarzy kończyła się niepowodzeniem. Moja wyobraźnia po prostu nie sięga aż tak daleko. Teraz gdy stała przede mną stało się niemożliwe bym kiedykolwiek JĄ zapomniał. Staliśmy tak naprzeciw siebie, bez ruchu, słyszałem bicie własnego serca. Jakie to dziwne... Potężny smok... Mogłem wszystko... Jednak przy NIEJ stawałem się bezbronny niczym dziecko. Ale... Czy jest w tym coś dziwnego? Przecież to właśnie JEJ zawdzięczałem całą swoją potęgę. Czuję na sobie JEJ dłoń. Dotyka moich skrzydeł po czym mnie przytula. Wszechświat znika. Nie ma już gwiazd nade mną. Nie ma księżyca. Nie ma chmur i Ziemi. Nie istnieje już nic. Tylko ja i ONA. Niebo nie ma prawa istnieć. Jego błękit blednie przy blasku JEJ oczu. Słońce już się nie pokaże. Choćby wzeszło i tysiąc słońc to i tak niczym by były przy JEJ złotych włosach.
   Czuję nagle narastający chłód. Otwieram oczy i widzę jak ONA rozpływa się w moich dłoniach. JEJ obraz blednie przede mną i staje się przeźroczysty. Ostatnim ruchem próbuję JĄ chwycić, objąć... jednak jest już za późno. Zniknęła. Rozglądam się przerażeniu szukając czegokolwiek. Słyszę krzyk... Tysiące rozdzierających krzyków które łączą się w jeden i dobiegają z każdej strony równocześnie, nawet z wnętrza mnie samego. "...to koniec...". Echo jest wręcz nie do zniesienia. Staram się zasłonić uszy jednak nie mogę wykonać ruchu. Spostrzegam ją w oddali niczym światełko na końcu tunelu. Krzyczę... Wołam JĄ... Z daleka jednak dostrzegam na jej twarzy ledwie zauważalny okrutny uśmiech. Nadzieja powraca. Ginie jednak po kilku sekundach gdy ONA odwraca głowę i odchodzi w mrok. Właśnie... Mrok. Wszystko w jednej chwili stało się czarne. Poczułem że spadam. Rzeczywistość zaczęła powracać do stanu sprzed kilkunastu sekund... godzin... lat? Nie wiem... Nie obchodziło mnie to. Poczułem głuchy huk. Czerń otaczająca mnie rozproszyła się w jednej chwili ustępująć miejsca szarości we wszystkich odcieniach. Mój dom... Mój świat... Dostrzegłem wreszcie gdzie się znalazłem. Powróciłem do miejsca którym tak bardzo gardziłem. Chciałem znów oderwać się od ziemii. Nie chciałem by mnie zobaczyła. Nie chciałem by widział mnie ktokolwiek. Ostatnia nadzieja zgasła jak zapałka gdy spostrzegłem że nie mogę się wznieść. To było ostatecznym świadectwem mojej klęski. Powoli uświadamiałem sobie czym się stałem. Nie byłem już smokiem. Moja moc zniknęła wraz z NIĄ. A ja zrozumiałem kim teraz jestem. Otoczony głupcami do których byłem niegdyś podobny. Między nami była jednak różnica. Nigdy nie zaznali smaku takiej wolności. Mogłem im to wybaczyć. Być smokiem to znaczy... Być smokiem. Tego nie da się wytłumaczyć, to trzeba poczuć. Ja jednak skrycie im... zazdrościłem. Wolałbym żyć w słodkiej nieświadamości niż teraz widzieć własną słabość. Było jednak jeszcze coś, czego nie zauważyłem jako zwykły śmiertelnik. Teraz widziałem smoki. Widziałem *innych* w których była ta iskra. Widziałem ich anioły, które bledły przy moim... Mieli nade mną jednak tą przewagę, że *mój* anioł... wcale nie był już mój. Byli szczęśliwi i przepełnieni wolnością, która we mnie już wygasła. Śmiałem się z nich, choć tego nie rozumieli... Ja będąc *Upadłym* mogłem to dostrzec na pierwszy rzut oka. Smoki były... słabe. Były wręcz ślepe. Sądząc że ich kaprys może obrócić wniwecz wszystkie żywioły nie zauważali zagrożenia które było najbliżej ich samych. Niewinne anioły rzucały ich na ziemię... jednego po drugim. Zdolne do powalenia Smoka jednym szeptem. Oni mnie jednak nie interesowali. Bałem się... Bałem się ponownego spotkania z aniołem... nawet swoim własnym, gdyż wiedziałem że mimo wszystko i tak byłbym w stanie poświęcić życie na jedno JEJ skinienie, a mój drugi upadek, choć nieporównywalnie mniej bolesny nie byłby już metaforą.
   Przy życiu jednak trzyma mnie jeszcze jedna rzecz... anioły także mają skrzydła.

Niniejszy tekst dedykuję Natalii


PS. Jak nietrudno zauważyć inspiracją dla mojego tekstu był art Red_Like_Dragon_Fall pt.: "Lot Smoka". Chciałbym w tym miejscu bardzo podziękować autorowi, dzięki któremu dowiedziałem się, że nie jestem jedynym *upadłym*. Naprawdę wielkie dzięki.

Krillin (np. Requiem for a Dream SoundTrack: "Lux Aeterna")
Krilanek@wp.pl