Oczy znad obrazka
OOI: [0gr00d]
Dziwne, błękitno-szare - zapewne od kurzu - oczy przez ponad pół wieku patrzyły na codziennie jedzących ludzi. Przez 18250 dni czyli 438000 godzin, czyli 26280000 min, czyli 1576800000 sekund... Niewiarygodnie długi czas... Jednak pewnego dnia o pewnej godzinie, w pewnej minucie, podczas trwania jej setnej sekundy, egzystencja portretu czuwającej nad moją rodziną matki boskiej zakończyła się. Jej śmierć pochłonęła także umysł całego domu. Jego krwioobieg został przerwany. Kolejne żyły łączące pokoje wypełniły się bezradnym krzykiem bólu. Cierpienia, którego nie można ogarnąć, straty tak wielkiej dla ludzi tu mieszkających... Mój dom rodzinny płonął razem z moją rodziną... Ojcem, matką oraz ich ojcem i matką. Gorycz, która mnie wtedy ogarnęła trwa we mnie do dzisiaj, bulgocząc i czekając na nadejście upragnionego końca...
OOZ: [s2p1t4l]
Szpitalne ściany, wiecznie białe niczym płachta przykrywająca krzyki ludzkich cierpień, stały prosto, jakby czekały na skinienie lekarzy. Doktorów, pielęgniarek i całego tego personelu. Chwilę ciszy przerwał donośny, ostry i nieprzyjemny dźwięk, skrzypnięcie drzwi wejściowych. Z hukiem do szpitala wjechał na noszach młody chłopak poparzony na całym ciele. Jednak wewnątrz ogień zostawił jeszcze większe spustoszenie. Powiedzenie "zostawił" to za mało. Ten żywioł był w nim i tkwi tam do dzisiaj. Czekając z goryczą na jakąkolwiek możliwość wydostania się na zewnątrz... Chłopaka zawieziono na intensywną terapię, nie dlatego, że tak wskazywała diagnoza lecz dlatego, że to jedyny oddział jaki w tym szpitalu istniał. Osoby z lekkim przeziębieniem też wieziono na intensywną terapię. Cóż, taki kaprys dyrektora, który teraz jest gdzieś na delegacji w południowej Kanadzie...
OOE: [p0k00j]
Ból już minął, tak naprawdę to wszystko minęło... Czucie w nogach, rękach, zupełnie jak życie mojej rodziny wtedy, kiedy leżała pogrążona we śnie, zniknęło... Zniknęło niczym bańka mydlana dotknięta przez malutkie dziecko w wannie... Jestem sam, zarówno w tym pokoju szpitalnym, jak i na całym świecie. Jezu, nigdy nie było aż tak jasno. W końcu jest zima, śnieg, dni się kończą szybciej... A tu, mimo tego, jasno, to pewnie przez te ściany. I wtedy jedyna rzecz, którą do tej pory poruszał, jego błękitne oko, zamarło. Bardzo białe, nie dostrzegało już teraz szpitalnych ścian, lecz swoją rodzinę... Jedzącą obiad. Nigdzie nie widział jednak siebie. Ojciec, mama, dziadek, babcia, ale jego ani śladu.. I wszyscy tacy nienaturalnie młodzi.. Nagle czas przyśpieszył, rosły im włosy, później siwiały a oko stawało się coraz bardziej szare, aż kuchnia nabrała obrazu takiego, jaką ją pamiętał ostatnio... Zapadła noc i wtedy zobaczył siebie, zakradającego w nocy do kuchni, zapalił światło a później zgasił... Długa chwila w ciemności i nagle z oddali oko ujrzało mały płomień... Coraz większy i zbliżający się do chłopaka...
OOA: [0g13n]
Chłopak przebudził się wtedy z głośnym krzykiem. Cały spocony, lecz dookoła wszędzie ciemno. Kolejny krzyk, wołanie o pomoc i pustka. Nagle teren dookoła łóżka rozświetla się ogniem. Światło jest straszliwe, wręcz nie do zniesienia.. Coraz goręcej, temeratura podnosi się niemiłosiernie, kołdra staje w płomieniach. Mimo wysiłków młodzieńca jego głos nie przynosi żadnego rezultatu... Ogień zaczyna lizać jego bandaże, aż w końcu on sam staje w płomieniach. Ból na początku jest potworny, lecz powoli chłopak się z nim oswaja. I już nie czuje bólu, nie czuje nic a jego czaszkę wciąż przeszywają myśli: Dlaczego to zrobiłem? Źle mi było? Miałem kochającą rodzinę a teraz nic... I pustka... Ogień spalił doszczętnie głowę, ostatnią część ciała tego człowieka...
005: [powrót]
Mimo tego, że nie miał ciała, odczuwał dookoła pustkę. Nie widział jak, nie zastanawiał się nad tym, po prostu ją czuł... Nagle zobaczył sylwetki swoich bliskich zbliżających się do niego. Postaci były coraz bliżej. Chłopiec słyszał już ich nawoływania, zmusił się, aby wszystko trwało szybciej, by jak najprędzej znaleźć się blisko nich. Ojciec przemówił do niego: "Dlaczego?". Matka zawtórowała ojcu. Dziadek: "Jaki miałeś powód?". A babcia: "Dlaczego nas zabiłeś!?". Ojciec: "Masz teraz za swoje, poczułeś przed chwilą to, co my odczuwamy do tej pory. Jesteśmy martwi, a zmarli wiecznie będą odczuwać to co odczuwali tuż przed śmiercią"...
Obraz znikł tak nagle, jak się pojawił... Młodzieniec zbudził się czując dziwny zapach, a jego oczom ukazała się matka boska, która wisiała nad stołem jadalnym w jego domu. Czuł ból w kościach, w końcu przespał całą noc oparty o blat kuchenny. Wstał i wtedy zauważył mały pakunek tuż przy lodówce. Podszedł bliżej by przyjrzeć się i wybadać czym ten przedmiot może być. Był to prosty mechanizm - drut miał spaść na przewody w lodówce w chwili wybicia godziny ustawionej na budziku. Co miało powodować zwarcie. Chłopak wstał. "Ale po co zwarcie? Co ma się zapalić?" Dopiero teraz chłopak zrozumiał co poczuł tuż po przebudzeniu... Gaz. Ulatniał się z kuchenki... Niczym strzała rzucił się ku budzikowi i kopnął go ze wszystkich sił. Rozwalił go na kawałeczki. Rumor był okropny, obudził widocznie ojca, który zszedł na dół do kuchni, gniewnie wołając: "Co tam się dzieje??" Jego syn był jednak spokojny, dom nie wyleci w powietrze, nie spali się doszczętnie a rodzina jest bezpieczna. Tata wszedł do kuchni i powiedział: "Synu co się stało? Przestraszyłeś się? Pewnie tak, bo jest cholernie ciemno, wiem, korki wysiadły, zaraz je naprawię, tylko potrzebuję jakiegoś światła". I ojciec zapalił zapałkę...
Avatar