Neo-ninja
Part two: The Hunter
Mała iskierka nadziei na poprawę humoru.
Siedzę i przeklinam dzień, w który wszystko się zaczęło. Ponure miasto, ponurzy ludzie.
I jeden szary człowiek, który siedzi w McDonald'sie i popija kawę. Niedobrą kawę. I tym pechowcem muszę być ja.
Nigdy nie zapowiadało się, że kiedyś będę musiał jeździć po świecie i strzelać do ludzi, których nie znam. Niestety kot chodzi swoimi ścieżkami.
Miałem być lekarzem. Długie studia, dużo nauki. Zdobyty dyplom. Miałem plany, marzenia. Teraz popijam na wpół zimną kawę i lewą ręką sprawdzam czy broń jest w odpowiednim miejscu. Niewielu ich zostało. Trzech? Czterech? Mszczę się. Mszczę? Za co? Po prostu wybryk młodzieńczy i zawziętość przeciwnika.
Zabijesz jednego, reszta Cię nie lubi.
Są dobrzy. Są dobrzy, to im przyznam. Świetnie wyszkoleni. W starym, dobrym, brutalnym stylu. Wydają się być nieśmiertelni. Mają taki sam kolor krwi.
Jeden celny strzał. I kolejny kot leży w kałuży posoki na chodniku. Nie strzelam z daleka. Jestem profesjonalistą. Choć nikt mi nie płacił.
Noc. Jakieś radio w owej "restauracji" puszcza stare hity. Hity z lat mojej młodości.
Mam o dwadzieścia lat za dużo. I jeszcze tylko trzy lub cztery priorytety. I zasłużona emerytura. Tylko nie wiem za co. Żyję z tego, co ukradnę, co zdobędę. A kradnę dużo. Polska jest wspaniałym krajem. Pieniądze leżą na ziemi w asyście kilku słabo wyposażonych i źle szkolonych ochroniarzy. Podchodzisz, trzy razy naciskasz spust i odchodzisz. Kamera nie zobaczy twarzy. Nie mam twarzy.
Zapomniałem, jak tak naprawdę wyglądam. Chyba to ratuje mi ciągle życie.
Zimny przystanek, zimni ludzie. Polacy boją się nawet spytać o godzinę. Nie to, co my, Niemcy. Ale kiedyś wam opowiem.
Wiem, że tu jest. Nazywają go Crash? Kresz? Nie wiem. Niepotrzebne mi to. Wiem, gdzie mieszka. Teoretycznie mogę tam wejść i powystrzelać. Ale nie mam szans w tym starciu. Jest za dobry. W tramwaju tylko kilka osób. Jakaś starsza kobieta. I dziewczyna. I gość w granatowej czapce ciągle grzebiący w kieszeni. Wstaje i wysiada na następnym przystanku.
Broń odbezpieczona. To ważne. Mam jedną broń. Jedną jedyną i to nie pierwszej młodości. Luger. Tak, niemiecki, stary. Ale ciągle śmiertelnie niebezpieczny. Choć już nie tak skuteczny jak kiedyś.
Nie pobiegnę za nim. I tak nie mam szans.
Idę szukać innej nadziei.
Innego zarobku.
Granatowa czapka będzie leżeć na ziemi jeszcze przed świętami.