Neo-ninja

Part one: Beginning

      Wsiadam do tramwaju, patrzę w okno. Noc, odbicie mojej twarzy w szybie. Pstrykam temu odbiciu kilka fotek, co sobie będę żałował. Mam kontrakt na artystyczne zdjęcia, to zrobię. Będą pytać, jak je spreparowałem, a ja się tylko uśmiechnę. Moja twarz, szyja ukryta pod granatowym szalikiem, granatowa włóczkowa czapka, reszta ciała w czarnym płaszczu. Na nogach sztruksowe "bojówki", glany. Wyglądam jak członek paramilitarnej organizacji terrorystycznej. "Granatowe czapki - Radykalna Akcja W Obronie Wróbelków". W sumie, moze kiedyś coś takiego zorganizuję, głupota ludzka nie zna granic, znajdą się chętni. Wsiada ładna babka, chociaż nie w moim typie. Nosek spiczasty, nieduży. Na nim małe, owalne okulary. Wygląda jak intelektualistka. Ciekawe, jaka jest w łóżku. Znów w okno, przewijają mi się ledwo widoczne komunistyczne blokowiska. Odbicie zegara kasownika w szybie - 23:57
      Dworzec główny, kolejowy. Wyskakuję z gracją godną tancerki go-go, przytrzymując się jedną ręką rury - poręczy. Kilka kroków w mrozie i zanurzam się w śmierdzące wnętrze holu dworca. O tej porze są tylko bezdomni i dziwki. I ja. Nawet żebracy gdzieś zniknęli. Szybko podchodzę do jedynej czynnej kasy. Kobieta w okienku patrzy na mnie jakbym chciał ją zabić. Wzruszam w myślach ramionami. Nie moja wina, że mam taki pysk. Wyciągam rulonik używanych pięćdziesiątek i płacę. Na odchodne rzucam "Wesołych świąt". O dziwo, kobieta uśmiecha się. Popieprzony kraj.
      Wracam na przystanek tramwajowy. Tramwaj za minutę. Cud. Jednym krokiem pokonuje trzy zarzygane stopnie i jestem już w tramwaju. O żebra obija mi się z prawej strony Glock 17, a z lewej CZ 75. Dobrze, że mam zapięty płaszcz. Rozglądam się po tramwaju. Ludzi jakby więcej, same ładne dziewczyny i tylko jeden babsztyl. Dziwne, zwykle jest na odwrót. Może gdzieś w okolicy jest lesbian-party? Uh, nieważne. Siadam, znów patrzę w okno. Naprzeciwko mnie siedzi zbuntowana goth-girl - czarne włosy, czarne oczy, czarne myśli. Niebrzydka, tylko to spojrzenie. Co ona ćpała? Kilka fotek nie zaszkodzi. Cholera, muszę sobie ten plug-in ściągnąć, coby od razu w prawym dolnym rogu dodawał crash@my.own.hell.com. Nie chce mi się tych zdjęć wciąż edytować tylko po to. Wymacuję w kieszeni mały, obły przedmiot - pilot do odtwarzacza mp3. Play. U, "Guns of Brixton". Jak miło. "...When they kick at your front door / How you gonna come?..." Wciąż patrzę w okno, widzę swoje zbyt szeroko rozwarte źrenice. Cholerna matryca. Pięć megapikseli, mówił ten japoniec. Doskonała jakość, mówił. Czy ja mam w czoło wbudowaną lampę błyskową? Całe szczęście działa ta akomodacja, bobym ślepnął zupełnie po zmroku. "... His game is called survivin' / At the end of the harder they come..." Dziewczyny wysiadają zbiorowo, na ich miejsce banda "kwadratów" w skórzanych kurtkach i dresach. Któryś tylko spróbuje krzywo spojrzeć, wyciągnę CZ-kę i zrobię im z tyłków jesień średniowiecza! Kurde, za nerwowy ostatnio się robię. To przez te długie włosy. Kiedyś miałem krótkie, to nikt się nie czepiał, a teraz to mogą mnie za jakiegoś punka wziąć. ... You can crush us / You can bruise us / Yes, even shoot us / But oh-the guns of Brixton..." Ale musiałem zapuścić, mam za prawym uchem gniazdko USB, a na karku wszczepiony mały dysk twardy. Toshiba, 20 Gb, najlżejszy i najmniejszy model na rynku. Ale i tak jest widoczny jak cholera. Chciałem mieć przyśrubowany do łopatki, ale się okazało, że nie robią kabli tej długości. Albo 10 cm, albo pół metra. Po cholerę mi pół metra? 10 cm to za mało, a robiony na zamówienie kosztował tyle, że machnąłem ręką. Kij w oko japońcom, mam przyśrubowany do karku. Tuż powyżej akumulatorów. Też ładowane przez USB. Muszę się przez to częściej podłączać, ale ja i tak większość czasu spędzam przed kompem. Żeby było śmieszniej, prawie nie mam mikrochipów, większość jest kontrolowane software'owo, przez procesor. "...You know it means no mercy / They caught him with a gun..." Podobno to cholernie męskie, jak muszą Cię kroić, żeby wymienić oprogramowanie. Ja wolę praktyczniejsze rozwiązania. Na dysku mam zainstalowanego Linuxa, on wszystkim steruje. Jak już mnie wypuścili po operacji ze szpitala nosiłem przez jakiś czas koszulkę "Linux Inside". Wszyscy znajomi uważali to za świetny dowcip. Kretyni.
      I już mój przystanek, znów wyskakuję, idealna synchronizacja miejskiej komunikacji powoduje, że muszę biec do autobusu. Klik, zmiana muzyki, Fool's Garden - " Lemon Tree". Dżizas, trzeba coś zrobić z tym Glockiem, bo połamie mi żebra! "... I'm sitting here in a boring room / It's just another rainy sunday afternoon..." Ludzi sporo, aż dziw, w końcu jest środek nocy. Przechodzę do przodu, siadam, uśmiecham się do swojego odbicia w szybie. Shit, podbródek mi zamarzł. Przez chwilę masuję go, ogrzewając mięśnie. W lewym rękawie ciąży wakizashi. Ma jakieś pięćset lat, mogę nim ścinać uliczne latarnie. Ma nawet imię - "Oddech niszczycielskiego wiatru". Jest dla mnie cenniejsza od życia.
      Wysiadam, kieruję się w stronę pięciopiętrowej kamienicy. Obskurna klatka, zarzygane podwórko. Żuleria i szumowina. Wbiegam cicho po schodach, zatrzymuję się przed drzwiami prowadzącymi na strych. Wygrzebuję klucze, otwieram stare i skrzypiące drzwi, wchodzę. "... I'd like to change my point of view I feel so lonely I'm waiting for you..." Jestem w moim mieszkaniu, zrzucam płaszcz, siadam przy komputerze. Jak się nazywam? To nieważne, ważne, kim jestem. Jestem ochroniarzem, zabójcą, spluwą do wynajęcia. Jestem neo-ninja pierwszej rangi szkoły Neko-do, czyli Drogi Kota. Mów mi Crash. "... Isolation - is not good for me / Isolation - I don't want / To sit on a lemon tree..."

.::Crash::.