Dyariusz
Niech Panowie Gracze w karczmie przy piwie i horałce siedzą i wspominają dane czasy. Wtem do karczmy wpada dzid jakiś, co bez żadnego zdania siada przy ławie naszej szlachty. Niech zamówi on horałki wiele. I siedzi i pije. Jeśli waść któryś zechce zwady szukać - odmów tej przyjemności. Jeśli zaś pogadać, niech ów starzec powie grobowym głosem, iż gdzieś w okolicy jakaś mara zabit jego towarzyszy. Niech mówi, że przyjechał z daleka, że karczmy szukał. Jechał z pięcioma chłopa, gdy jakaś mara, duch zapewne zaczęła hulać tuż obok nich. I swoją metodą, który Ty, drogi Starosto, im dopowiesz, zabit jego towarzyszy. Zapytany jakim sposobem on przeżył, niech powie, że nie wie. Opisać go trzeba jako drobnej budowy ciała, z szablą husarką przy boku i krucyfiksem na szuji. Jeśli ktoś dobrze pokojarzy - to go właśnie uratowało.
Zainteresuj Panów Graczy, aby chętnie poszli w miejsce, gdzie zabito kompanię Tomasza Frąckowiaka, jak się ów dzid przedstawi. Na miejscu oprócz połamanych gałęzi nic nie znajdą. Ni krwi, ni tkanki. Jeśli to mara - ciała zjadać musi, poinformuj.
Spraw aby krucyfiksy na szyje wyłożyli, co by mara głowa nie urwała za wcześnie. Jeśli zechcą dowiedzieć się o miejscowych straszydłach - mogą karczmarza zapytać. Ten powie, że kiedyś na trakcie dwóch zawalidrogów mocno się pocięło wraz że swoimi zastępami. Trupa wtedy z pięćdziesięciu chowano. Dokładne dane na temat tych szlachciców od innego doznają. Od właściciela pobliskiej wioski, Ksawerego Radosławowskiego. Dowiedzą się, że to syn jego i obcy jakiś, z Mazowsza, pocięli się wtedy. Dowiedzą się, że to przeklęte miejsce, żeby w nocy tam nie jechać.
Spraw aby jednak pojechali. Gdy wreszcie tam się znajdą, po nawet całej nocy, niczego nie zaznają. Dopiero gdy jeden z jakiś powodów krucyfiksu się pozbędzie (zdejmie, zgubi), coś zacznie wyć, drzewa ruszać się zaczną. Liście gęsto na ziemię spadać. Zabit nagle jednego że sług waszmościów, tudzież kogoś, co im się podwinął i z nimi wziął.
Gdy rano wrócą, niech po gruntownym przeszukaniu znajdą niewyraźny napis na ziemi, jakby czymś ostrym wyszarpany:
"Kar ma p ęb m. Nad t s ę w aj"
Jeśli który mądry, zgadnie, że chodzi o próg w karczmie pod Dębem", miejscu gdzie to wszystko się zaczęło.
Pod progiem znajdą małą pożółkłą kartkę z datę sprzed lat trzynastu.
"Przeklęty przez Wacława Borowskiego zostałem. Zapewne do Nibios po śmierci nie trafim. Odpraw msze za mnie, jeśliś Syn Boży, sługa jego."
I tak najprawdopodobniej historia ta się zakończy.
Pozostaną tylko karczemne opowieści
Paweł H. Franzke
Podsędek krakowski