Biały brylant
Urodziłem się w Sharath leśnej wiosce nieopodal wielkiej wody: morza Rhun. Matką moją była elfka. Zginęła podczas epidemii w wiosce gdy miałem 5 lat. Zapamiętałem ją jako kobietę piękną, o jasnej, aksamitnej cerze i długich połyskujących blond włosach. Ojca pamiętam lepiej, to on wychowywał mnie od czasu śmierci matki. Był wspaniałym wojownikiem, uczestniczył w wielu bitwach i położył setki orków. Gdy Sauron został pokonany, nastał czas pokoju. Ludzie tacy, jak mój ojciec, parali się tylko wojaczką, więc w czasie pokoju nie mieli co ze sobą zrobić. Wracać memu ojcu do Gondoru nie było po myśli, dlatego po ostatniej bitwie zawędrował tu, nad morze Rhun. Sądził, że tu odnajdzie długo oczekiwany spokój. Znalazł go i nie tylko, bowiem jego los skrzyżował się z losem pewnej elfki imieniem Doroth.
Na początku Sharath było właściwie obozem, a nie wioską. Składało się z paru namiotów i palenisk. Z czasem jednak przybywali nowi ludzie, a nawet zaczęły pojawiać się elfy. Wszystko to wiem z opowieści ojca, gdyż mnie jeszcze nie było na tym świecie. Pamiętam, jak byłem jeszcze mały, Sharath była już sporą wioską. Wkoło można było dostrzec drewniane domy, a na pobliskich drzewach tarasy elfów. Było też coś na wzór rynku. Pośrodku stała studnia, od której odchodziły we wszystkich kierunkach ścieżki. Jedną z nich można było dotrzeć do kuźni Borana, naszego miejscowego kowala. Kiedyś służył w armii Rohanu, kując dla wojaków zbroje i oręż. Teraz wytwarza raczej ozdoby, bo broń mało komu potrzebna. Boran miał syna w moim wieku, Rafnara. Gdy byliśmy mali, zawsze razem się bawiliśmy, chodziliśmy razem łowić ryby, zbierać muszle, także za sprawą naszych ojców uczyliśmy się władać bronią. Nieopodal domu Borana stała mała chata zamieszkiwana przez Girheda, wędrownego kupca. Z naszej wioski wyruszał on zawsze wiosną i pojawiał się późną jesienią. To dzięki niemu wiedzieliśmy, co dzieje się na świecie. Oprócz wiadomości przywoził oczywiście swoje towary, które sprzedawał na rynku.
Trochę dalej od wioski mieszkała wraz z matką, Arin - elfka o niezwykle osobliwej i niepowtarzalnej urodzie, o włosach jasnych i promienistych niczym słońce i oczach błękitnych jak lustro oceanu. Przybyła do Sharath gdy miałem 15 lat. Opowiadała, że musiała uciec ze swego rodzinnego miasteczka, gdyż zostało napadnięte i spalone przez watahy wilków i goblinów. W wiosce nikt nie chciał jej wierzyć. Myślano że po pokonaniu Saurona złe stwory pochowały się w swoich jaskiniach i nie wyjdą już stamtąd nigdy. Wtedy nie wiedzieli, jak bardzo się mylili. Ja także, uspokajany przez innych, szybko zapomniałem o sprawie.
Arin rzadko pojawiała się w wiosce, wolała chodzić do lasu lub nad brzeg morza. Często widywałem, jak kąpała się w morzu bądź samotnie spacerowała jego brzegiem. Lubiłem siąść wtedy na pobliskim drzewie i słuchać jej śpiewu. Nie znałem wtedy dobrze sindarińskiego, lecz zdołałem zrozumieć, że zawsze śpiewa o umarłej ojczyźnie i zmarłych braciach. Musiała bardzo przeżyć masakrę w swej wiosce. Pewnego razu zauważyła mnie, gdy zasłuchałem się w jej śpiewie. Była lekko zaskoczona, lecz nie przestała śpiewać. Ja dalej słuchałem, a po skończeniu zszedłem do niej.
- Witaj, jestem Conrack. Przepraszam, że podsłuchiwałem, ale nie mogłem się oprzeć twemu cudownemu głosowi.
- Ja jestem Arin. Dziwię się, że nie znudziły cię jeszcze moje pieśni. Wszakże słuchasz ich już od miesiąca.
Zdołałem zrobić tylko strasznie głupią minę, bo na jej widok Arin wyraźnie się uśmiechnęła.
- Tak - odpowiedziała na pytanie, które zadawałem sobie w myśli. - Wiedziałam, że często mnie podsłuchujesz i podpatrujesz. Nie zawsze cię widziałam bo umiesz się dobrze ukrywać, ale zawsze czułam, że gdzieś jesteś.
- Dlaczego więc pozwoliłaś mi dalej to robić? - spytałem nieśmiało.
- To dziwne, ale cieszyłam się, że ktoś się mną zainteresował. W wiosce nikt nie zwraca na mnie uwagi, wręcz wszyscy odsuwają się ode mnie po tym, jak opowiedziałam swą historię.
- Może przejdziemy się po plaży? - zaproponowałem.
Odpowiedziała słodkim uśmiechem. Ślady naszych bosych stóp na piasku ciągnęły się stajami, słońce już powoli zachodziło, a my wciąż rozmawialiśmy trzymając się za ręce.
- Ta napaść na twą wioskę.....no, wiesz...ciekawi mnie, jak to się stało.- powiedziałem jąkając się. - Wiem że bardzo to przeżyłaś, ale w wiosce mówią, że potworów nie ma od czasu pokonania Saurona.
Arin siadła na kamieniu. Po długim oczekiwaniu usłyszałem.
- To był koszmar, niewiele pamiętam, a to, co pamiętam, wolałabym zapomnieć. - Jej głos zaczął się załamywać - W środku nocy usłyszałam alarm. Ktoś krzyczał, że nas napadnięto. Początkowo myślałam, że to ludzie nas niepokoją, lecz usłyszałam głośne wycie wilków i dziwne skrzeki. W tym czasie mój ojciec z napiętym łukiem zeskoczył z drzewa. Mnie sparaliżował strach, gdyż zobaczyłam jak wilki, niosąc na grzbiecie małe zielone stwory mordują kolejne elfy. - Głos Arin stawał się coraz bardziej niewyraźny, a w oczach pojawiły się łzy. - Słyszałam głos matki każący mi uciekać, lecz ze strachu nie mogłam się ruszać. Gdy zobaczyłam wilka przegryzającego gardło kolejnego elfa, zemdlałam. Kiedy się obudziłam byłam już w waszej wiosce.
Z oczu Arin płynęły po policzkach łzy. Przytuliłem ją do siebie.
- To już minęło. Jesteś teraz gdzie indziej, w bezpiecznym miejscu. - Było mi strasznie głupio, że doprowadziłem dziewczynę do płaczu. - Przyrzekam ci na wszystkich Valarów, że nigdy nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić.
Arin była silna, otarła łzy, wstała i ze spokojem oznajmiła, że powinniśmy już wracać. Gdy się rozstawaliśmy pod jej domem, słońce już schowało się za widnokręgiem. Przez kolejne tygodnie właśnie tak spędzaliśmy czas. Dużo spacerowaliśmy i rozmawialiśmy, przez co sporo dowiedziałem się o elfach i coraz bardziej się do nich przekonywałem. Chociaż w Sharath elfy były od zawsze, to jednak uznawałem je w pewnym stopniu za inne. Moją matką była elfka, lecz umarła, gdy byłem jeszcze młody. Chyba przez to miałem uraz do elfów, że nie mogłem się nacieszyć miłością matki.
Przez te kilka tygodni cały czas i uwagę poświęcałem Arin .Rzadko spotykałem się z Rafnarem, zaniedbałem trening, z ojcem także nie miałem czasu porozmawiać. Ale nie żałuję, chwile spędzone z ukochaną były najwspanialszymi chwilami w mym życiu. Gdy spacerowaliśmy przytuleni, cudownie było czuć jej ciepły i delikatny dotyk i subtelny zapach bzu, który unosił się za nią. Byłem przekonany, że nikt nie wie o mnie i o Arin.
Pewnego razu, jak zawsze, przechadzaliśmy się po lesie nieświadomi, że ktoś nas obserwuje. Nagle zza drzewa wychyliła się postać w szarym płaszczu z kapturem zasłaniającym twarz. Odruchowo sięgnąłem po miecz, a Arin skryła się za moimi plecami. Nieznajomy ściągnął kaptur, a ją zdjąłem rękę z trzonu miecza.
- Ach, to ty, Rafnar, przestraszyłeś nas. - powiedziałem uspokajając się.
- Witaj - odparł, dziwnie uśmiechając się. Szybko wyjął miecz z pochwy i z dzikim krzykiem zaczął biec ku nam. Ja także dobyłem miecza i gestem kazałem Arin trochę się oddalić. Odparowałem parę jego ciosów. Zamarliśmy na chwilę stając naprzeciw siebie i patrząc sobie w oczy. Zauważyłem, że oczy Rafnara były inne niż zwykle, takie złowrogie. Nie zdążyłem nic powiedzieć, gdyż znowu zasypał mnie grad ciosów. Musiałem zręcznie ich unikać, bo jego miecz był niezwykle ostry i wspaniale zrobiony. Ja nie atakowałem, gdyż nie wiedziałem o co mu chodzi. Gdy znowu na chwilę się zatrzymaliśmy, udało mi się zobaczyć jak z pożądaniem patrzy na wychylającą się zza drzewa Arin. Wtedy mnie olśniło. On po prostu mi zazdrości!. Obserwował nas i krew go zalewała, bo on nie znalazł jeszcze miłości. Wykorzystał moment mojego zamyślenia i ciął mnie przez pierś. Nie zdążyłem w pełni sparować, ale odbiłem jego klingę tak, że zdołała mi tylko musnąć ramię. Krew cieniutkim strumieniem ciekła mi po ręce. Pomyślałem: - On chce mi odebrać Arin!! To był ostatni raz gdy pozwoliłem mu zaatakować. Teraz on musiał wić się jak wąż by uniknąć uderzeń mego półtoraręcznego miecza. Tym razem mu się udało. Krew coraz bardziej ciekła. Wiedziałem, że zaraz zrobię się bardzo słaby, a wtedy "Żegnaj ukochana". To jednak potęgowało jeszcze mą złość i dawało mi siłę. Z berserkerskim krzykiem rzuciłem się na niego. Moje piruety i młyńce myliły go. Mimo iż podczas treningów zawsze ze mną wygrywał, to mi w tej walce sił dodawała miłość. Po chwili więc było słychać głośny jęk. Rafnar leżał na ziemi z raną zaczynającą się na lewym udzie i kończącą się na prawym barku. Na jego szczęście nie ciąłem głęboko, więc Markus - uzdrowiciel doprowadził go do zdrowia. Ja byłem nieprzytomny przez 2 dni z powodu utraty krwi. Gdy otworzyłem oczy, ujrzałem Rafnara. Wyjaśniliśmy sobie wszystko. Przeprosił mnie szczerze i przyznał, że kierowała nim zazdrość. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że nigdy powodem walki między nami nie będzie kobieta. Na drugi dzień śmialiśmy się z siebie mimo odniesionych ran. Arin, widząc to, uśmiechnęła się i spytała, czy warto było dla niej walczyć. Obaj kiwnęliśmy głowami. Tak oto, mając 17 lat stoczyłem swoją pierwszą poważną walkę.
Przez kolejny rok nie działo się nic ciekawego, poza tym, że razem z Arin snuliśmy plany naszej wspólnej przyszłości. Ona poznała mojego ojca, a ja jej matkę. Żyliśmy w spokoju, do czasu gdy przybył Girhed ze swą karawaną. Był cały roztrzęsiony i zdenerwowany. Pobiegł wprost do domu ojca. Przez okno widziałem jak mu coś opowiadał. Ojciec tłukł talerze jeden za drugim. Gdy skończyli, ojciec poprosił mnie do środka. Usiedliśmy i zaczął mówić:
- Synu, stała się okropna rzecz. Wygląda na to, że mój niegdysiejszy trud poszedł na marne.
- Wyjaśnij - odparłem domyślając się tylko o co chodzi.
- Girhed przyniósł wiadomość, jakoby ciągnęły w naszą stronę zastępy orków i goblinów.
- Niemożliwe - krzyknąłem.
- Mnie także się tak zdawało. Jednak wioskę Arin już trzy lata temu napadły demony. Teraz żałuję, że jej nie uwierzyliśmy. Poza tym, widzisz, w jakim stanie jest Girhed.
- No tak. Ale po co idą w naszą stronę? Przecież przez Sharath nie wiedzie żadna ważna droga. Gdyby chcieli iść do Gondoru lub Rohanu nie szliby tędy. - mówiłem zrozpaczony
- Nie wiem, jakie są ich cele. Wiem, że są niedaleko i trzeba się jakoś bronić, bo uciekać nie mam zamiaru. Podobno na czele tej całej armii stoi wielki, skrzydlaty potwór z niosącym śmierć biczem.
- Balrog? Czyżby? Czytałem kiedyś legendę Gandalfie Szarym - jednym z Istarich, który stoczył walkę z jednym z nich. Obaj spadli w otchłań Morii.
- Tak synu, to ponoć prawda. Także poddaję w wątpliwość istnienie tych stworów, lecz coś jednak każe mi teraz w nie wierzyć. Trzeba to ogłosić wszystkim. A ty doprowadź do porządku swój rynsztunek i zacznij ostry trening. Najlepiej z Rafnarem.
Ojciec wyszedł, a ja jeszcze trochę porozmyślałem. Gdy wyszedłem przed dom, ujrzałem ojca stojącego na podwyższeniu w otoczeniu tłumu ludzi. Wszyscy z zapartym tchem słuchali mego ojca. Gdy mówił o przygotowaniach do bitwy, widziałem, że wszyscy byli smutni, a zarazem na ich twarzach pojawiał się mały uśmieszek. Czułem, że przypominali sobie swoje dotychczasowe walki. Byli przecież zawodowcami, a teraz mieli znowu szanse się wykazać. Gdy ojciec mówił o dwukrotnej przewadze wroga, oni jeszcze bardziej się uśmiechali. Widać było, że lubią wyzwania, a chyba każdy z nich wolał zginąć w bitwie, niż umrzeć śmiercią naturalną. Po przemówieniu wszyscy rozeszli się. Zapłakane żony wojowników przeklinały Saurona, a mężowie wyciągali z kątów broń i zbroje. Przy moim ojcu zostało pięciu mężczyzn. Dwóch z nich miało jechać na zwiady. Zawsze lepiej się upewnić, gdzie znajduje się wróg. Trzech pozostałych ojciec wysłał z prośbą o pomoc do innych wiosek. Szczerze mówiąc, ojciec nie liczył na jakąkolwiek pomoc, bowiem w okolicy były tylko 3 małe wioski.
Zwiadowcy pomknęli prędko, a ja postanowiłem zajrzeć do Arin. W domu jej nie zastałem, poszedłem więc do lasu. Usłyszałem jej śpiew i tak, jak kiedyś, usiadłem i słuchałem. Oprócz mnie w lesie było sporo osób. Łucznicy ćwiczyli zaciekle. Po wysłuchaniu pieśni podszedłem do ukochanej i usiadłem obok niej. Siedzieliśmy tak chwilę w milczeniu.
- Kocham cię i nie chcę cię stracić - przerwała milczenie Arin - Ponadto, gdy pomyślę, że to wszystko przeze mnie, to chcę mi się płakać - mówiła dalej.
- Jak to przez ciebie? - spytałem zdezorientowany
Arin pokazała mi swą dłoń. Na serdecznym palcu ujrzałem przepiękny pierścień z dużym nieskazitelnie białym brylantem.
- Piękny - powiedziałem
- Tak, ale jest sprawcą wszystkich kłopotów.
- Wyjaśnij proszę!
- Otóż, to jeden z legendarnych pierścieni powierzonych niegdyś elfom.
- Ten sam, który według legendy nosiła Galadriela?
- Ten sam. Zdziwiony?
- Pytanie! Jesteś jego spadkobierczynią?
- Tak.
- Jakoś nie mieści mi się to wszystko w głowie. Legendy stają się prawdą, a wszystkie moje dotychczasowe przekonania okazały się błędne. Ech - westchnąłem
Tego wieczoru rozmawialiśmy jeszcze bardzo długo. Zrozumiałem, że na nowo może rozpętać się koszmar, który miał się skończyć dawno temu.
Zwiadowcy wrócili dwa dni później. Przywieźli ze sobą stu wieśniaków z cepami, widłami i kosami. - Każda pomoc się przyda - powiedział mój ojciec zaskoczony, że w ogóle ktoś chciał mu pomóc. Zwiadowcy donieśli także, że wróg za 3 dni będzie już w Sharath. Przygotowania właściwie dobiegały już końca. Boran kuł ostanie miecze i hełmy, a wojacy ostatni raz czyścili swój rynsztunek. W przeddzień bitwy kazałem Arin opuścić Sharath. Zgodziła się bez żadnego sprzeciwu. Zorganizowałem jej eskortę i najlepsze konie. Żegnaliśmy się krótko. Gdy odjeżdżała krzyknęła: "Do zobaczenia". Ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać.
Naszymi wojskami dowodzili: mój ojciec, Boran i ja. Utworzone zostały 3 oddziały. Ja stałem na czele 150 wojaków. Na miejsce do bitwy wybraliśmy rozległą nizinę znajdującą się milę od wioski. Dwie armie stanęły naprzeciw siebie. Nasza składająca się z 600 żołnierzy i ich potężna 1200 armia z wielkim, skrzydlatym demonem na czele. Nasza strategia była prosta. Pierwszy, największy oddział mojego ojca szedł prosto na wroga i miał się jak najdłużej utrzymać. Podczas gdy II i III atakowały ze skrzydeł.
Ruszyliśmy. Razem ze swym oddziałem skierowałem się na prawo, w stronę morza. Pędziliśmy coraz bardziej, aby na czas obejść przeciwnika, który całą siłę skierował na I oddział. Stanęliśmy na chwilę, przygotowując się do uderzenia. Usłyszeliśmy brzęk stali i jęki poległych. Naprzód!! - krzyknąłem wyciągając miecz z pochwy i wtulony w grzywę mego konia: Feniksa popędziłem w stronę wroga. Serce waliło mi jak młotem. Pierwszy ork, cięcie, krew na zbroi, krzyk i znowu. Nasz oddział szedł jak burza. Nie zdążyli się przygotować na nasz atak i po chwili byliśmy otoczeni trupami wrogów. Zauważyłem wtedy Balroga śmiejącego się głośno i płatającego kolejnego rycerza. Wróg ocknął się i uderzył. Teraz my straciliśmy kilku ludzi. Wśród tłumu ujrzałem Rafnara otoczonego przez dziesięciu goblinów. Od razu wydałem rozkaz, aby mu pomóc. Przecisnęliśmy się do niego, tracąc kolejnych żołnierzy. Mój koń dostał strzałę i zrzucił mnie. Podniosłem się i pobiegłem do Rafnara. Dwóch orków zagrodziło mi drogę. Po chwili stygli już wśród innych trupów. Gdy stanąłem obok przyjaciela, spostrzegłem, że zostałem sam z mojego oddziału, a wokół nas stoi już 20 orków.
- Czarno to widzę - powiedziałem z trudem
- Jakoś to będzie - odparł i skinął głową
Zrozumiałem - z wrzaskiem rzuciliśmy się na wroga. Gdy się zatrzymałem, ujrzałem kilka zadrapań na moim ciele i kilka trupów. Usłyszałem świst strzał. Jedna z nich otarła mi ramię. Krew ciekła. Rafnara też musnęło. Po trafieniu zrobiło mi się ciemno przed oczami. Gdy odzyskałem wzrok, zauważyłem klingę, która zamierzała mnie usiec. Pomyślałem - koniec. Wtedy jak piorun wpadła biała postać na gniadym koniu. Jej błyszcząca zbroja wręcz oślepiała wroga, a jej miecz niósł śmierć wśród szeregów wroga. Zauważyłem jasne włosy opadające na ramiona. Arin!! - krzyknąłem i zaraz znalazłem się obok niej. Nie wiedziałem, co mam myśleć, zresztą nie miałem na to czasu. Wróg nacierał, lecz nasza trójka była niezwyciężona. Po kilku odpartych atakach wróg zaczął się nas bać. Żaden ork już nie ważył się nas zaatakować. Dojrzeliśmy Borana, walczył dzielnie. Gdy nie mogli sobie z nim poradzić, posłali po łuczników. Nie miał szans. Rafnar, widząc śmierć własnego ojca, wrzasnął, że aż orkowie cofnęli się o krok. Wpadł w szał. Nikt nie mógł go powstrzymać. Nikt oprócz Balroga, który machnął skrzydłami powodując małe tornado, które rzuciło Rafnarem. Na szczęście w naszą stronę, więc mogłem go złapać. Znowu we trójkę staliśmy na brzegu morza i ze zdumieniem zobaczyliśmy, że zostaliśmy tylko my i Balrog. Swoimi tornadami przerzedził także swoją armię. Ojciec - pomyślałem - gdzie on jest? Usłyszałem krzyk. To on. Biegł wprost na demona. Ja i Rafnar popatrzyliśmy po sobie; krzykiem dodając sobie otuchy ruszyliśmy. Mimo iż demon miał 3 przeciwników nieźle sobie radził. Stracił jednak skrzydła. Myśleliśmy, że jest już bezbronny. Zlekceważyliśmy go. To był nasz błąd. Pierwszy zginął mój ojciec pod ciosami miecza. Następnie Rafnar uległ demonowi. Zostałem ja i Arin. Krzyknąłem: - Pierścień! - wyrzuć go do morza!
Chwilę potem błysk klingi, zastawa, brzęk łamanego metalu. Cios powalił mnie z nóg. Zdążyłem jeszcze zobaczyć Arin ciskającą pierścień w morze. Po chwili już nic nie czułem.
Dziwicie się pewnie, jak mogłem opisać swoją śmierć. Otóż miałem zaszczyt po śmierci przenieść się na wyspę Valinor. Tak Valarowie postanowili nagrodzić mnie za oddanie się dobru oraz chcieli, żebym był połączony na wieki z Arin, która też tu jest, bowiem nasza miłość przypominała im o Berenie i Luthien. Tu jest cudownie, lecz jestem na tej wyspie już jakieś 1000 lat, więc trochę mi się zaczęło nudzić. Postanowiłem opisać te chwile z mego krótkiego życia, które najbardziej utrwaliły mi się w pamięci. Kończę pisać, bo umówiłem się z Mithrandirem na szachy.
Tremere