"Ostatni z najpotężniejszych"
+++
Część pierwsza
"Od gór wroga do gór przyjaciół"
***
Rozdział pierwszy
"Tuż przed..."
Właśnie zachodziło słońce. Grupa podróżnych pospiesznie
zmierzała w kierunku miasta oddalonego o kilka mil.
Na szczęście zdążyli przed zamknięciem bram. Od razu wbiegli
do najbliższej gospody i zawołali "wojna!!!", po czym
znużeni poupadali na ławy. Jednak elfy i inne krasnoludy długo
nie dali im odpocząć - po chwili ciszy, zaskoczenia, rzucili się
do nich aby wypytać o szczegóły... A były one następującej
treści:
Armia goblinów wraz z wargami i trollami zbierała się od kilku
dni aby napaść na miasto, jednak ich liczba była tak duża, ze
nie mogli dojść do ładu, przez co wymarsz się nieco opóźnił.
Dowodzić nimi miał sam Garint - najpotężniejszy z władców
podziemi, krwawy i bezlitosny. Wszyscy go pamiętali z rzezi
Lifercji, miasta nad Wschodnią Rzeką Pustyni.
Po chwili wieść była już na murach, w każdej karczmie, wszędzie
gdzie kręciło się więcej ras. Elfy jak zwykle zaczęły sobie
stroić żarty "krasnolud przez brodę nie widzi, a z gnomów
szydzi", wkrótce jednak po niespodziewanym uderzeniu jeden
z bardziej wesołych wylądował na podłodze, aż deski
zaskrzypiały. Uderzył sam Pert - sławny ze swojej
nadkrasnoludzkiej siły wojownik z dolnego biegu Zimnego
Strumienia. Podobno swoja silę zawdzięcza wychowaniu pośród
ludzi, jednak po porwaniu i złupieniu miasta przez leśne elfy
znów trafił do swojego królestwa, stad jego nienawiść do
tych pyszałków.
Szkoda było mi ludzi i elfów i wielu innych ras gotujących się
do wojny, ponieważ po zwyciężeniu ostatniego smoka cała północna
półkula rozkwitała. Wytępiono prawie do cna pająki i inne
paskudztwa z Dzikiego Lasu. Ludzie znad jezior zaczęli powoli
wycinać las, odnowili drogi i trakty handlowe, i wszystko toczyło
się w dobrym kierunku. Na brzegu Rzeki Skrajów stróż pełnił
Rytan, mając do dyspozycji oddział trzech i bez mała połowy
tysiąca ludzi, samych weteranów wojen z orkami i trollami. To właśnie
oni byli potomkami, którzy oczyścili Mroczne Góry. Smoków
nikt już bardzo dawno nie widział, chociaż ja wiekowy widziałem
kilkadziesiąt lat temu kilka smoków podążających na północ,
za Mroczne Góry.
Miasto przygotowywało się do obrony, poruszono cały garnizon,
wysłano prośbę o pomoc do sąsiedniego Cepsu, jednak wciąż
coś groziło Pertowi i jego towarzyszom...
W samej rzeczy dziwne było, iż armia goblinow chce wojny tuz
przed zima. Zima na zachodniej półkuli to była śmierć w
bieli. Dlatego Pert wyczuwał niebezpieczeństwo, tak jak Harold,
podróżny mag, który się do nich przyłączył.
Po zaspokojeniu głodu i pragnienia postanowili udać się do
starszyzny miasta. Mieli problem z wyjściem z karczmy ponieważ
właśnie cały garnizon ruszył na mury, a cześć na zwiad.
Jednak po chwili zmierzali w kierunku placu miejskiego. Na czele
poruszał się Pert, z toporem i tarcza na plecach, obok po lewej
Mauv, po prawej Norb, za nim Cerg i Tret, uformowali się w klucz.
W środku jako najmądrzejszy poruszał się Harold. Jako magowi
należał mu się szczególny szacunek, ponieważ te zajęcie trąciło
zwolennikowi, a w miastach południa uznawano je za łamanie
prawa, i takie były czasy. Ogólne bogactwo doprowadziło do
odwrócenia się wszystkich od bogów.
Gdy doszli przywitała ich straż przyboczna konsula miasta, który
właśnie wychodził i zmierzał nad rzekę. Pomimo usiłowań
nie dało im się wymienić z nim nawet słowa. Zawiedzeni i wściekli
postanowili na własną rękę zbadać sprawę. W drodze
powrotnej trafili przez wypadek do doków nad rzeka.
Była to okropna dzielnica. Brudna, zagrzybiona i mokra niczym
dno jeziora. Ponadto kieszonkowiec próbował ukraść sakiewkę
Pertowi. W pogoni za nim trafili na pomosty nad mielizną, od
dawna nieużywane i niszczone przez biedaków, ktorzy robili to,
aby pozyskać opal.
- Do widzenia! - krzyczał kieszonkowiec, wskakując na łódź
zacumowana tuż przy końcu pomostu. Czekał tam na niego inny (zapewne)
przestępca.
Kiedy Pert i jego załoga dobiegli do pomostu oni już odbijali.
-Zrób coś! - krzyczał rozwścieczony krasnolud do Harolda. Ten
w odpowiedzi zrzucił z posiwiałej głowy kaptur i zaczął
krzyczeć wymachując swoja zaczarowana laską:
Niech pyszałek
Zstąpi z łodzi
Przyniesie tobołek
Wyzna na spowiedzi
Swe zachowanie
Tak się zaraz stanie
Nie pomoże nic
Nawet twój krzyk!
Następnie wyrzekł kilka sentencji w niezrozumiałym mi języku.
Łódź nagle się zatrzymała. Zaczęła się na niej krotka
szamotanina. Złodziejaszek został ogłuszony. Łódź popłynęła
dalej.
Pert wściekły, zaczął iść w kierunku z którego przyszli.
Nikt nie śmiał mu przeszkodzić. Ponieważ kiedy był
zdenerwowany każdy go się bał - niejeden nierozważny przypłacił
zębami, kilku złamaniami, a jeden elf swoja zniewagę okupił
życiem.
Właśnie, elfy. Pert ich nienawidził (to przez porwanie w
dzieciństwie), jednak miał litość, istniało w jego sercu
miejsce na zrozumienie. Chociaż rzadko to okazywał, miał
sumienie. Nigdy nie kradł i nie wszczynał bijatyki pierwszy.
Doszli z powrotem do karczmy ("Trzeszcząca ława"),
gdzie zostawili swoje bagaże. Po naradzie postanowili udać się
w góry Astyi, gdzie mogli znaleźć najwięcej ochotników do
walki z goblinami. Mieszkało tam dużo krasnoludów, pracujących
w kopalniach złota, zaprawionych w walkach o ziemie i w obronie
wydobytego kruszcu przed zapędami trolli i innych bezmyślnych
bestii.
Jeden taki krasnolud bez problemu mógł odeprzeć atak dziesięciu
goblinow lub dwóch trolli (pomimo ich przewagi wzrostu), dlatego
szczególnie im zależało na zjednaniu ich sobie.
Zaraz na drugi dzien postanowili wyjechać. Do gór było około
trzech dni drogi, a gobliny zapewne mogą dotrzeć za dwa, góra
trzy dni. Doliczając jeszcze czas na przygotowania i tak byli spóźnieni.
Pert i Norb poszli kupić cztery kuce i dwa konie, które w tej
okolicy ze względu na mnogość traw były bardzo tanie. Jednakże
ich powrót nieco się opóźnił, ponieważ po drodze w ich ręce
wpadł łotrzyk, który jak wiecie ukradł Pertowi sakiewkę. Mały
elf omal nie zmarł na miejscu gdy potężna dłoń krasnoluda
uniosła go do góry.
- My się znamy? - zapytał z ironią Pert.
- Nie sądzę - odpowiedział elf
- Pójdziesz z nami, żeby się rozliczyć
W tym miejscu elf zbladł, chociaż i tak jego cera nie mogła
wydawać się już bledsza.
Po powrocie do karczmy Norb mocno związał elfa, i rzucił go na
konia Herolda. Po chwili opuścili miasto, raz kłusem raz rysią
podążali na przód. Jednak Harold został nieco z tylu (zapewne
przez balast dźwigany przez konia na zadzie). Jednak po drodze
nie próżnował i postanowił się wypytać elfa o niektóre
rzeczy...
- Jak się nazywasz? - spytał jednocześnie wyjmując jabłko z
jego ust.
- Dzięki ci panie, uwolnij mnie z więzów a zapłacę ci dwa
razy tyle ile ważę! - odpowiedział w pól przyduszony elf.
- Jak się nazywasz! - ponownie spytał uniesionym głosem.
- Nazywam się Olen, jestem elfem szlachetnego urodzenia.
- Właśnie widzę - z wyraźną ironią powiedział Harold
- Naprawdę, ten oto pierścień, który dzierżę na dłoni jest
oznaka mojej godności - powiedział wzburzony Olen
- Słuchaj dam ci radę, widzisz tego krasnoluda na czele?
- Tego olbrzyma?
- Tak, masz dla niego być miły inaczej twoja skora będzie schnąc
najbliższym na drzewie za dwie, góra trzy mile. Uważaj co do
niego mówisz. Masz być skruszony. Zrozumiałeś?!
- Tak, oczywiście!
- A teraz zamilknij niczym lustro! - Elf wyraźnie chciał
jeszcze coś powiedzieć jednak Harold zrobił znak palcem i język
mu się wyrzaźnie jakby zaplątał. Była to stara formułka, która
dziłała tylko na elfy i krasnoludy. Sprawiała ona, że "ofiara"
milkła niczym lustro. Czar nie pozwalał w ogóle otworzyć ust,
co sprawiało iż czarnoksiężnicy używali go podczas więzienia,
aby więźniowie nie porozumniewali się między sobą. Często
taki więzień udusił się, gdy mag zapomniał o formułce. Tak
już działają formułki, zawsze jest efekt uboczny.
Rozdział drugi
"Sąd"
Wreszcie nadszedł ten czas. Przyszło po niego dwóch krasnoludów.
Byli to Norb i Tret. Obaj nic do niego nie mówili, tylko zerkali
jak wygląda elf, zapewne w ostatnich chwilach swojego życia.
Zawiedli go przed Perta, który właśnie pożywiał się.
-Ktoś ty? -zapytał donośnym głosem -Jednak niczym mu nie
odpowiedział, szarpał się tylko w sobie, jakby walczył w środku
ciała. Wtedy Harold przypomniał sobie o zaklęciu.
-Nic z niego nie wyciągniesz, to zwykły złodziej. Elf powoli
zaczął się żegnać z życiem. Jednak mag dodał jeszcze:
-Prędzej ci lustro odpowie niż on, i kiwnął przy tym dłonią.
Wtedy o dziwo Olen złapał oddech. Głęboki oddech, niczym
topielec.
-Panie wybacz mi -rzekł zwijając się z bólu w klatce
piersiowej- Jednak pomimo usiłowań nie udało mu się go
opanować wiec cały czas jęczał, charczał i wzdychał. A
wszystko przez leżenie na tym potwornym stworzeniu, koniu. Po co
oni się właściwie tak śpieszą? Pomyślał elf.
-Ktoś ty! -z wyraźnym gniewem krzyknął Pert- A trzeba wam
wiedzieć, że łatwo się unosił, zwłaszcza w sprawach takich
jak ta.
-Elf, Olen, szlacheckiego pochodzenia, bogaty, panie odpłacę ci
się, ile chcesz tyle dostaniesz! -wyrzucił z siebie jednym
tchem prawie obłąkany ze strachu elf-
-Nic nie chce, do czego była ci moja sakiewka?
-Panie wybacz, to był przypadek, wybacz to się nie powtórzy! -ze
strachem odpowiedział Olen-
-Do czego! -wrzasnął Pert podnosząc z ziemi swój ciężki topór,
który ważył zapewne więcej niż elf-
-Wybacz, kradnę, kradnę dla rodziny głoduje -wydusił z siebie
więzień, widząc w toporze swoja śmierć-
-Kłamiesz, mówiłeś że jesteś szlachcicem, co to za bajka,
jeszcze chwaliłeś się swoim bogactwem!
Widząc, że kłamstwem nic nie wskóra elf załamał ręce i
powiedział:
-Jestem złodziejem, kradnę sakwy, potrafię kraść wszystko,
ot nawet pierścienie -wskazując na palec, na którym był
wielki pierścień -od sakiewek przez pierścienie po poduszki
podczas snu. Powiedz panie co mam zrobić a zrobię to.
Wystarczy, ze powiesz co chcesz mięć a będziesz to miał.
Pert, widząc w oczach elfa strach i jednocześnie hardość
spytał się:
-Jak się nazywasz?
-Olen...
-Kłamiesz! -wtrącił krasnolud- mów prawdę bo... -wstając z
pnia, na którym siedział.
-Dobrze, nazywam się Hubert, byłem cyrkowcem, jednak zbiegłem
z stamtąd, i od tej pory trudnię się kradzieżą -twardo i
wyraźnie powiedział dumny z siebie elf-
-Wiesz co czeka za kradzież? Przyznajesz się do niej? -spytał
z uśmiechem Pert
-Wiem -z przerażeniem jęknął Hubert-
-A wiec Hubercie, podaj mi choć jeden powód aby cię nie ukarać
według prawa?
-Mogę ci pomoc panie!
-O a w czym możesz mi pomoc? -spytał z ironią krasnolud-
-Mogę zbliżyć się do konsula na 5 kroków, a on sam nic nie będzie
o tym wiedział, nie dowie się skąd go wołam, ani od kogo
jestem, jednak dowie się o wiadomości -dumnie wykrzyknął
skazaniec-
-Skąd wiesz, że chce przekazać wiadomość konsulowi?
-Kiedy próbowałeś się zbliżyć do niego ukradłem ci sakiewkę
-A wiec przyznajesz się do kradzieży?
-Tak!
-To ty?
-Tak! Tak ja! -odpowiedział zrozpaczony i przerażony Hubert-
-Dobrze przyznał się. Pert wstał, wziął topór, następnie
zaczął podchodzić do złodziejaszka. Elf widział gniew na
jego twarzy, jego ściągnięte brwi, czuł jak drżała ziemia
pod nim. Bał się, że nie wytrzyma...
Pomimo iż się śmiertelnie bał, a serce kołatało mu w
piersi, nie upadł, pomimo iż tak naprawdę nie był szlachcicem
postanowił nie splamić honoru. Klęczał z głowa uniesiona
wysoko patrząc na postać olbrzyma. Ten podszedł, przyjrzał się
mu.
-Wstań! -ryknął na niego z góry głos potężny niczym północny
wiatr na Lodowej Pustyni- Wstał, powoli z drżeniem serca,
chwiejnie i niepewnie. Zawiódł go przed pień, na którym
siedział. Położył jego głowę na szczycie byłego siedziska,
dał znak jednemu z towarzyszy aby położył szmatę z przodu
pniaka.
Elf wznosił wzrok ku gwiazdom, do których miał zaraz powędrować...
Pert wyprostował się splunął na rękawice, i powiedział:
-Do widzenia! Wtedy wziął zamach i...
Elf dalej nic już nie pamiętał...
Koniec rozdziału drugiego