Było to miasteczko, jakich jest wiele w naszym kraju. Brudne
ulice przedmieścia, zadbany zgrabny rynek, ratusz - siedziba
spasłych urzędników. Kościół pamiętający stare odległe
lepsze czasy. Szkoła podstawowa i jedno niewielkie liceum kształcące
światłą młodzież..... Komisariat policji wypełniony po
brzegi wszelkiego rodzaju aktami. Remiza z wiecznie pijanymi strażakami.
Dworzec autobusowy nie zasługujący na to miano. Odrapane mury i
popisane przejścia podziemne. Szarzy ludzie i szare ulice. Kilka
sklepów podupadających z powodu pojawienia się hipermarketu.
Kilku dresiarzy, skinów, skate i innych młodych światłych
ludzi. Każdy każdego nie tyle, co znał, ile przynajmniej
widział tzn. znał z widzenia. Zadziwiające, ale wydawałoby się,
że tu nie sięgają sprawy wielkiego świata, że tu nadal
panuje ten błogi stan nieświadomości. Nic bardziej mylnego.
Pod tą przykrywką sennej i powtarzającej się codzienności
rozgrywały się najcięższe dramaty, ale gdzież ich nie ma? Po
niedawnych wyborach pozostały jeszcze straszące przechodniów
plakaty z obietnicami uśmiechniętych wypudrowanych twarzy
polityków. I tak zwycięstwo odniósł tylko jeden i tylko ten
usunął swoje reklamy ze słupów, przystanków i wszelkich
innych budynków. Reszta pozostała niemymi obserwatorami, spoglądającymi
teraz swoimi martwymi i nienawistnymi oczyma na przemykających w
pośpiechu ludzi.
Pogoda nie zachęcała do spacerów. Siąpił lodowaty deszczyk.
Wiatr w porywach potrafił wywinąć parasol na druga stronę, co
dawało dość komiczny efekt, będący śmiesznym jedynie dla
tych, którzy mogli to wszystko obserwować z plakatów swoimi
nieżywymi oczyma. Właścicielom parasoli nie było wcale do śmiechu.
Wszystko było mokre. Wilgoć dosięgała najszczelniej zakrytych
zakamarków świadomości. Stawianie jej oporu było bezcelowe.
Sam fakt walki z wilgocią wdzierającą się do umysłu obezwładniał
ofiary. Po przegranych starciach z wrogiem pod postacią wilgoci
zarażeni obojętnością i zwątpieniem wędrowali wśród
mokrych i wilgotnych ulic miasta. Nawet reflektory samochodów
miały taki dziwny żółty chorobliwy poblask. Wszystko przytłaczało
w tym krajobrazie, nawet słońce nie miało ochoty na to spoglądać
i schowało się wysoko za chmurami.
Ludzie wędrowali w milczeniu, w milczeniu się porozumiewali,
bez słów rozmawiali. Może im się to wszystko wydawało, może
nie rozmawiali ze sobą tylko to był ten głos w ich głowach.
Szeptał coś w niezrozumiałym języku słowa nie były znane,
ale wyczuwało się intencję oratora. W każdej głowie mówił
to samo. Co mówił tego nie wiem, bo nie mogę tego powtórzyć,
musiałbyś to usłyszeć sam. Ale takie sytuacje nie dzieją się
zbyt często. Kto był właścicielem tego głosu, gdzie znajdowało
się źródło tego rozbrzmiewającego w zarażonej wilgocią świadomości
dźwięku?? Dlaczego kazał im snuć się codziennie po tych
samych ulicach z tymi samymi uczuciami? Jaki miał w tym cel, czy
to mu do czegoś było potrzebne. A może ten głos był
kierowany innym jeszcze głosem wewnątrz własnego jestestwa? A
może i z kolei ten głos głosu miał i swoją wilgoć??? Chorobę
niczym robak toczącą jego myśli, nakazującą mu postępować
tak, a nie inaczej.
Wyobraź siebie między tymi zarażonymi wilgocią. A może już
jesteś chory, a może i ja też? Możliwe. Wiem jedno, że
chodzenie z nimi w tym ich błędnym kole nie należy do rzeczy
przyjemnych. Na początku nie odczuwasz nic nie przeszkadza ci
to, znajdujesz nawet swoistego rodzaju przyjemność w błądzeniu
po zakamarkach rzeczywistości znajdując się w nierealności.
Potem przechodzisz w rutynę i staje ci się to chlebem
powszednim. Stajesz się jednym z wielu oddalających się od świata
zarażonych. Chcesz coś zmienić i jak zwierze złapane w sidła
rzucasz się na lewo i prawo. Rzucanie się nic nie daje, tylko
pogrąża cię bardziej w otchłani bagniska ludzkości. Chciałbyś
spojrzeć znów w słońce, ale w twojej duszy panuje niepogoda,
nie stwarzasz odpowiednich warunków dla słońca, sam
produkujesz bezwiednie chmury raniące je w samo serce, potem
pada deszcz.......
Wszystko spływa we krwi. To twoje ideały
umierają to ty sam się zatracasz w szarej codzienności,
toniesz i nie ma już pana ratownika z pomarańczowym kołem
ratunkowym. Próbujesz wołać, krzyczeć, ale w bezsilności
tylko otwierasz usta i nic nie słyszysz, ponieważ jesteś zagłuszony
tysiącami i milionami podobnych nawoływań, czekasz aż ktoś
wyciągnie rękę aż powie: chodź, powstań, to ja świat
realny.....
Nie bój się nie kryj się, uzdrów się sam.
Szukasz rozpaczliwie ciepła, szukasz swoimi przygasłymi od
zmartwień oczyma nikłych promieni słonecznych, ale jedyne światło,
jakie napotykasz na codziennej trasie wędrówki zarażonych to
światło chorobliwie żółtych reflektorów samochodów. Rwiesz
z głowy kępki włosów. Próbujesz przemówić do sąsiada podążającego
ta samą ścieżką i on próbuje odpowiedzieć, ale po chwili
wszystko się rozmywa w odbiciu wystawy sklepowej zroszonej
deszczem, krwią........
Nie rozumiesz sam siebie. Dumasz nad
tym, kim jesteś i jaki byłeś. Któż powinien znać odpowiedzi
na te pytanie jak nie ty sam. Tymczasem tak nie jest, ty nawet
nie znasz odpowiedzi na pytanie: jak masz na imię. Nie jesteś
nawet już tego pewien. Inni ludzie ci nie pomogą, bo oni sami
nie znają swoich odpowiedzi. To ta cholerna wilgoć.......
Twój
umysł już nie ma nadziei twoja dusza obumiera jak kwiaty
usychają przed nadejściem mrozów. Jedynie w sercu tli się
jeszcze malutki płomyk jasnego białego światła, płomyk
czysty i nieskazitelny, płomyk delikatny, przyćmiony ogromem
ciemności panującej wewnątrz. Płomyk chwiejny na wietrze, z
największą troską próbujesz go pielęgnować i podsycać,
kryjesz go przed smutnym wzrokiem innych. Ale nie jesteś w
stanie go uchronić przed wypaleniem czy zgaszeniem przez
porywisty wiatr i deszcz krwi.... Jesteś głupcem......... i wy
wszyscy zarażeni też. My wszyscy.........
Takie to zwykłe miasto, jakich wiele w naszym kraju............
Pełne nieżywych oczu, umysłów, nieświadomości, obumarłych
jestestw, krzywych zwierciadeł...........
A Ty wiesz jak masz na imię? Wiesz kim i czym jesteś?? Masz
ratownika z pomarańczowym kołem???