[Małe wyjaśnienie: Opowiadanie pojawia się w kąciku raz jeszcze, tyle że tym razem niepocięte i (mam nadzieję) bez tzw. robaczków. Przyjemnego czytania - R.]
Rano obudziłam się, jak zwykle, bez pomocy budzika. Jacek
jeszcze spał, więc skierowałam swoje ciche kroki do łazienki.
Po kilku minutach usłyszałam pogwizdywanie dochodzące z kuchni.
Wychyliłam się przez drzwi.
- Wstałeś już? - Głupie pytanie, oczywiście, że wstał.
- Tak, Kochanie.
- Czy mógłbyś zrobić mi kawę?
- Jasne, Kociaku.
Jego dobry nastrój dało się łatwo wytłumaczyć, tym, co
robiliśmy wieczorem. Koszula, w której sypiał była
pognieciona a na twarzy królował nieco głupawy uśmiech.
Śniadanie zjedliśmy prawie w milczeniu. On delektował się
swoją jajecznicą, ja jogurtem wiśniowym i razowymi bułeczkami.
Od czasu do czasu spoglądałam na niego z uśmiechem, żeby nie
pomyślał, że coś jest nie tak. Był bardzo inteligentnym
facetem i dobrze mnie znał, więc w większości przypadków
potrafił po minie odczytać mój stan ducha. Tym razem jednak
udało mi się go oszukać.
Do pracy wyszłam o czasie, miałam ze sobą wszystko, czego
potrzebowałam, czteroletnie auto było czyste i zatankowane. Odkąd
Jacek zaczął mnie zdradzać moje życie stało się niezwykle
uporządkowane i zaplanowane. Łudziłam się, że jeśli
wszystko będzie tak, jak trzeba, on wreszcie się opamięta i
nawróci na monogamię.
W biurze zajmowałam się tworzeniem projektów, prowadzeniem
rozmów oraz robieniem dobrego wrażenia. Nadawałam się do tych
rzeczy idealnie, byłam wykształcona, ułożona i taka
przewidywalna. Po wypełnieniu swoich służbowych obowiązków,
na które składało się przesiedzenie siedmiu godzin w
sztucznie oświetlanym, nudnym i frustrującym pomieszczeniu,
postanowiłam zrobić mały spacer po rynku. Kupiłam sobie jaśminowy
olejek do kąpieli i nową szminkę. Odwiedziłam też fryzjera.
Moje włosy były teraz krótsze i przeplatane słonecznymi
refleksami. Niestety, te działania nie były wynikiem mojej
kokieteryjnej natury, lecz rozpaczliwą chęcią zwrócenia na
siebie uwagi.
Po powrocie do domu nastawiłam obiad, jednak bez nadziei, że
Jacek zjawi się nań bez spóźnienia. Nie pomyliłam się.
Przyszedł wpół do siódmej, tłumacząc, że miał dużo zajęć.
Z początku nie zauważył zmiany, jego myśli wciąż jeszcze krążyły
wokół ciała tamtej kobiety. Gdy w końcu spostrzegł, zaczął
obrzucać mnie komplementami ("uroczo, Skarbeczku"), na
koniec zaś powiedział, że to dobrze się składa, bo jesteśmy
zaproszeni na pewną uroczystość w przyszłym tygodniu.
Uroczystość, na której zapewne będą wszystkie jego znajome,
a ja będę się musiała z nimi grzecznie witać i (O Boże!)
rozmawiać, także o tym, jakim to Jacek jest cudownym mężczyzną.
Nie cieszyłam się na tę imprezę, lecz nie mogłam przecież
puścić go samego. Kupiłam więc niezwykle seksowną, czarną
"kreację" i postanowiłam zrobić konkurencję tym
jego wywłokom. Ogólnie, to mój plan wypalił, pomijając te
kilka tańców z koleżankami z pracy, które mogły być rzeczą
zupełnie naturalną, gdyby Jacek nie szeptał niektórym
partnerkom terminów kolejnych spotkań. Co prawda, nie miałam
pewności, że tak było. Ale takie rzeczy się czuje. No i doszła
do tego podsłuchana rozmowa, w trakcie której Jacuś przyrzekał
jednej ścierce, że jest jedyną jego miłością. Żałosne.
Musiał je tak okłamywać, żeby z nim sypiały.
- Dobrze się bawiłaś, Słoneczko? - zadał pytanie, na które
praktycznie istniała tylko jedna poprawna odpowiedź.
- Tak, było bardzo przyjemnie. Poznałam wielu twoich znajomych
z pracy. To świetni ludzie.
- Też tak sądzę. Tworzymy naprawdę zgrany zespół.- hm...
zgrany?
- Chciałabym ich bliżej poznać. Nie zapomnij mi, proszę,
powiedzieć o następnym takim spotkaniu.
- Oczywiście, Skarbie. A teraz jazda do domu, bo jestem
strasznie zmęczony. Zrobimy sobie kąpiel z dużą ilością
piany. Wiesz, ta dwuosobowa wanna to był jednak wspaniały pomysł.
- Od początku tak twierdziłam. Ruszaj, masz zielone.
W nocy śnił mi się bankiet. Jacek znów tańczył z koleżankami.
Tym razem jednak nie było to takie niewinne. Jedna z nich objęła
go nogami w pasie i namiętnie się o niego ocierała. Gdy to
zobaczyłam nie wpadłam jednak w furię. Byłam już
przyzwyczajona do takich sytuacji, do wyobrażeń jego z tamtymi,
nagich. Zdenerwował mnie jednak ten taniec i w ramach
wynagrodzenia sobie jego niewierności pojechałam na rolkach
kupić kiwi.
Obudziłam się zmęczona. Nie z powodu niewyspania, lecz tej całej
sytuacji. Można by spytać, czemu jeszcze z nim jestem.
Odpowiedzi było kilka. Po pierwsze nie miałam dowodów, ale na
co ja głupia czekałam, że zastanę go z jakąś w naszym łóżku?
Dowody były, lecz ja bałam się je uznać. Po drugie kochałam
go i byłam z nim mocno związana. Parą byliśmy od czterech lat.
Zdążyłam się już przyzwyczaić do nawet najśmieszniejszych
jego nawyków, do tej jego dbałości o szczegóły i do
perfekcjonizmu. Po trzecie bardzo lubili go moi rodzice i
przyjaciele (wróżący nam rychły ślub, byliśmy przecież tak
zgraną parą). Poza tym bałam się odejść. To by oznaczało
zaczynanie wszystkiego od początku, szukanie faceta, bez którego
życie wydawało mi się niemożliwe. Nawet samo rozstanie budziło
we mnie grozę. Nie byłam pewna, czy dam radę powiedzieć mu w
oczy co myślę i nie ugiąć się przed jego błaganiami. Musiałabym
też wytłumaczyć się przed znajomymi, chociaż znając mściwość
Jacka nie miałoby to sensu. Rozpowiedziałby wszystkim, że
jestem bardzo przemęczona lub po prostu stuknięta (burzyć tak
idealny związek? Nonsens) i "że on nie chce być z wariatką,
która go i tak podobno zdradzała".
Tak więc nie szykowało mi się rozstanie. Szykował mi się za
to służbowy wyjazd do Monachium. Termin - 24 lipiec (za dwa
tygodnie!). Postanowiłam wypocząć i dobrze się zabawić. Nie
miałam jednak w planie zdradzenia Jacka dla zemsty. Wiedziałam,
że to nie przyniesie ulgi, za to sprowadzi nowe kłopoty i
poczucie poniżenia. Swoją drogą dziwne było, że Jacek do tej
pory nie czuł się jeszcze jak dziwka. Sypiać z tyloma
kobietami (naliczyłam sześć etatowych i dodatkowo kilka "jednorazówek",
nie na raz oczywiście) i nie czuć do siebie wstrętu. To chyba
sprawa bardziej odpornej męskiej psychiki, a może po prostu łajdaczy
charakter.
Nadszedł dzień wyjazdu. Jacuś mój kochany zawiózł mnie na
lotnisko i ze łzami (szczęścia) w oczach się ze mną żegnał.
Lot minął w miłej atmosferze, ponieważ okazało się, że na
to sympozjum leci ze mną kilku dawno nie widzianych znajomych.
Zakwaterowani byliśmy w czterogwiazdkowym hotelu, do dyspozycji
duża sala konferencyjna, sala balowa, bufet, centrum odnowy
biologicznej i sauna. W tej ostatniej nigdy nie byłam, więc
zaraz po przyjeździe udałam się na seans. Był to jednak
poroniony pomysł, bo przy mojej niewydolności oddechowej musiałam
dochodzić do siebie półtorej godziny.
Pierwsze zebranie o 12.00. Później czas na zwiedzanie miasta, o
siódmej uroczysta kolacja, w trakcie której odbędą się
prezentacje firm. Nuda przeogromna, do tego trzeba było siedzieć
prosto, ładnie się uśmiechać i jeść z gracją, ponieważ
byliśmy filmowani. Siedziałam przy stole z jeszcze siedmioma
osobami, w tym mój szef, który bezlitośnie kazał nam wysłuchiwać
swoich dowcipów.
- A znacie to o blondynce i buldogu?
- Daj spokój, Janusz. Nie zanudzaj swoich najlepszych pracowników.-
Żona pana Gadomskiego wielkodusznie się nad nami zlitowała.
Wymknęłam się przedwcześnie, przytłoczona takim tłumem. Szłam
dumnie i pewnie. Nagle spostrzegłam wysokiego mężczyznę,
zamykającego drzwi od pokoju, który znajdował się nieopodal
mojego. Mężczyzna wyprostował się i obrócił w moim kierunku.
"Tomek!!!" krzyknęłam w myślach, moje serce zaczęło
bić mocniej. Zachowałam jednak zimną krew i z lekkim uśmiechem
na twarzy podeszłam, by się przywitać. Był zaskoczony tak
samo, jak ja.
- Cześć!! Nie spodziewałem się ciebie tutaj - Tomek
zainicjował rozmowę.
- Słyszałeś o tej firmie, która prowadzi negocjacje z Morass
Corporation ?
- Tak, chodzi ponoć o duży kontrakt.
- Pracuję w niej - ale za mnie ważniak - A ty czym się tu
zajmujesz ?
- Moja firma zorganizowała to sympozjum na potrzeby takich, jak
twoja.
Rozmawialiśmy jeszcze kilka minut, aż doszliśmy do wniosku, że
pójdziemy do baru na drinka pogadać o przeszłości. Na
prezentacje i tak nie mieliśmy zamiaru wracać.
Tomek podobał mi się kiedyś. Widać nie przeszło mi jeszcze,
skoro zareagowałam na jego widok tak emocjonalnie. Był wysokim,
śniadocerym szatynem i miał nieodparty urok osobisty. W liceum,
bo tam go poznałam, podobał się wielu dziewczynom. Miał opinię
kobieciarza, co nie było jednak do końca zgodne z prawdą. Uśmiech
Tomka był niezwykle szczery i ujmujący; miało się ochotę pogładzić
palcami jego silną szczękę i czerwone usta. Rozmawiało się
nam bardzo przyjemnie, nie byliśmy niczym skrępowani, nie mieliśmy
się czego wstydzić. W barze siedzieliśmy prawie godzinę, zdążyliśmy
jednak wypić tylko po jednym drinku (likier kokosowy z sokiem
ananasowym i wódka). Zaczęło robić się tłoczno, więc
wyszliśmy. Miałam szczerą nadzieję, że to jeszcze nie koniec
wieczoru i nie mam na myśli seksu w moim lub jego pokoju. Chciałam
z nim jeszcze porozmawiać, miałam też ochotę na coś
szalonego. Nagle zdałam sobie sprawę z własnej dorosłości, a
do głowy przyszedł mi pomysł spędzenia reszty nocy.
- Tomek, jeśli chcesz, proponuję ci nocne zwiedzanie Monachium.
- Jasne, czemu nie.
- Przebierz się. Spotkamy się za dwadzieścia minut.
- Ok., zapukaj, jak będziesz gotowa.
Ubrałam się w wygodne jeansy , bluzkę i rozpinany sweter po
dziadku. Zaczesałam włosy w kucyk i w osiemnaście minut po
rozmowie z Tomkiem zamykałam już drzwi. Mój "towarzysz"
właśnie wyszedł z pokoju. Zaoszczędził mi tym samym
konieczności pukania do jego drzwi i decyzji, jak się zachować,
gdy powie "Wejdź". Uśmiechnęłam się
porozumiewawczo i kiwnęłam, by szedł za mną.
- Gdzie idziemy ?- spytał zdziwiony.
- Nie możemy raczej wyjść przez główne wyjście. Będziemy
musieli zgłosić gdzie idziemy i na jak długo. Nie chcę być
pod obserwacją.
- Więc ? wykradniemy się przez kuchnię?
- Nie, przez duże okno męskiego kibla na parterze. Nie pytaj,
skąd wiem, że tam jest duże okno.
- Ok., nie spytam.
- Dobra, to tu. Chodź.
Pociągnęłam go za sobą na koniec łazienki. Jakiś facet, który
właśnie wyszedł z kabiny zmierzył nas podejrzliwym wzrokiem.
Sądzę jednak, że podejrzewał nas o coś innego, niż
zamierzaliśmy zrobić. Stanęłam na sedesie i z gracją wspięłam
się na okno. Tomka, przy jego wzroście i sile, kosztowało to
jeszcze mniej. Wyskoczyłam, nie mając pewności, co jest na
dole. Była trawa. Znajdowaliśmy się na tyłach hotelu, była
pierwsza w nocy. Najpierw zrobiliśmy sobie spacer po oświetlonych
neonami monachijskich ulicach, później wstąpiliśmy do pewnego
baru, gdzie poczęstowano nas pasztecikami z nadzieniem
niewiadomego pochodzenia i piwem. Później znów spacerowaliśmy,
podziwiając przepiękną architekturę miasta. Cały czas
rozmawialiśmy i to w taki sposób, w jaki rozmawia się z
najlepszym przyjacielem. On zwierzył mi się z kilku nieudanych
znajomości, ja opowiedziałam mu trochę o Jacku, nie wspominając
jednak o jego zdradach. Napomknęłam tylko, że zdarzają nam się
zgrzyty.
Tak zeszło nam do trzeciej. Wpadłam na kolejny tej nocy pomysł,
by mianowicie skierować swe kroki nad rzekę. Po drodze mijaliśmy
stację benzynową, więc wstąpiliśmy tam po "zapasy",
to znaczy piwo, chipsy i fajki. W miejscu, które wybraliśmy
rzeka miała charakter zatoki. Usiedliśmy na pobliskim trawniku.
Od Tomka dzielił mnie prawie metr, ot tak, by nie kusić losu.
Rozmawialiśmy, piliśmy, głośno się śmialiśmy. Czułam, jak
alkohol coraz bardziej uderza mi do głowy, mimo to starałam się
nie stracić nad sobą panowania. Jezu! Jak on mi się podobał!
Przez moment miałam nawet ochotę się na niego rzucić, wiem,
że by mnie nie odtrącił. Wręcz przeciwnie, czułam, jak pieści
mnie w myślach, spełnia wszystkie swoje i moje pragnienia,
nawet te najmniejsze, najbardziej nieśmiałe, te z okresu liceum.
Do niczego jednak nie doszło. Zachowaliśmy się jak świadomi,
dorośli ludzie. Wśród śmiechów i wrzasków zastał nas świt.
To było piękne przeżycie, jedno z ważniejszych, tych, które
będę długo pamiętać. Wiem, że zachowałam się wtedy tak,
jak chciałam. I zachowałam godność. Udowodniłam sobie, że
nie muszę ulegać najgłupszym popędom, że jestem lepsza od
Jacka, który tego nie potrafi.
Był w pół do piątej, gdy postanowiliśmy wracać. Ciągle
rozbawieni pozbieraliśmy puste puszki i ruszyliśmy w stronę
parku. Ja szłam pierwsza, Tomek poszedł wyrzucić śmieci. Słyszałam,
jak do mnie podbiega, lecz nie odwróciłam się. Nagle poczułam
jego ręce obejmujące mnie w pasie. Przytulił mnie. Obróciłam
się twarzą do niego, on, nie zwolniwszy uścisku, oparł mnie
delikatnie o drzewo. Uśmiechnął się i spojrzał mi głęboko
w oczy. Czułam się bezpieczna, wiedziałam, że mi nic nie
grozi. Nagle poczułam jego rozpalone usta na swoich. Pocałunek
trwał kilka sekund i był bardzo namiętny. Znów spojrzał mi w
oczy: nie byłam zdziwiona ani zła. Z mojej twarzy można było
wyczytać szczęście. Tomek oparł głowę na moim ramieniu,
jeszcze chwile trwaliśmy w takim uścisku. Można by rzec, iż
ten pocałunek był wszystkim, na co było nas stać, dorosłych
ludzi z niemałym bagażem życiowym. Jednak byliśmy zadowoleni
i tylko to się liczyło. Dla mnie było to niczym jazda na
rolkach po kiwi.
Gdy wróciliśmy do hotelu, do śniadania zostały dwie godziny.
Zdążyłam wziąć prysznic, ubrać się i odpocząć. Po śniadaniu
spotkałam się z Tomkiem. Podziękowaliśmy sobie za miło spędzony
czas i umówiliśmy się na kawę po powrocie do Polski.
Zdarzenie w Monachium zmieniło mój pogląd na życie. Zrozumiałam,
że ja także mam prawo być szczęśliwa. Zostawiłam Jacka nie
wyjaśniając bliżej powodów. Sam dobrze wiedział czemu. Od
tego czasu minęło pół roku. Mieszkam teraz w uroczym
mieszkanku w centrum miasta, dostałam podwyżkę. Pierwszy raz w
życiu jestem naprawdę wolna i co najważniejsze - SZCZĘŚLIWA.