*** Jak kształtował się mój gust muzyczny... ***



To bardzo ciekawe tak popatrzeć z perspektywy czasu na to jacy kiedyś byliśmy, jak się zachowywaliśmy i jakiej muzy słuchaliśmy. Jedni może nie chcą sobie tego przypominać, inni może nie pamiętają jacy byli jeszcze nie tak dawno temu (lub nie chcą pamiętać:-). Ja, jako że ostatnio zrobiłem się bardzo sentymentalny (i mam troche czasu), postanowiłem udać się w podróż do przeszłości...
Gdy byłem małym dzieciakiem i jeszcze nic nie wiedziałem o muzyce słuchałem Michaela Jacksona (którego lubię do dziś- szczególnie "Bad"). Fascynacja tą muzyką trwała dość długo. Pamiętam jak przez mgłę, że za czasow pierwszych dwóch klas podstawówki słuchałem go naokrągło. Najpierw dostałem kasetkę "Dangerous" potem "Bad"(trochę niechronologicznie ale to nic). Dziś to takie poozerskie, aż wstyd sie przyznawać he he.
Później przyszedł taki dosyć dziwny okres (tylko bez skojarzeń!) czasu. Przez kilka lat słuchałem takiego syfu, że dziś by uszy więdły. Nie miałem wtedy swojego idola... nieraz włączałem kasetki Jacksona... Nie potrafiłem dopasować się do żadnego stylu (ale nie było to znowu aż tak bolesne bo ile ja mogłem wtey mieć lat?12 może 13...).
Kolejny etap mojej muzycznej edukacji przypadł gdy miałem ok. 14-15 lat. Już jako tako orientowałem się w Wielkim Świecie Muzyki. Ale wciąż nie miałem idola, za którym szalałbym i kupował wszystkie jego kasety. Najpierw byli to The Offspring i ich "Americana", na którą jedni mruczeli a inni kupowali... ja byłem tym drugim... Teraz już wiem że ta pozycja im niezbyt wyszła, że byli zbytnio pozerscy i wogóle. Potem pojawili się "The Bloodhoundgang" z "Hooray For Boobies". Już sam tytuł albumu dał mi wiele do myślenia (dla nieznających angielskiego "Wiwat Cycki"). Okładka też była niezła i w pełni oddawała klimat tytułu. Po kilkakrotnym przesłuchaniu stwierdziłem, że nawet wporzo jest. Teraz już tego nie słucham, kaseta kurzy się na półce.
Tak mniej więcej minęła mi podstawówka i zaczęło się L.O.!!! Nowe otoczenie, więcej nauki (jasne), więcej obowiązków (jasne) i wzsechobecny bunt przeciw światu... Tak to wygląda. Od kumpli zaraziłem się hip hopem polskim. Najpierw były to aktualne numery typu WWO, lecz potem zacząłem sięgać do historii typu Molesta (te starsze np.ewenement taka płyta) czy ZIP Skład (Powszedni Chleb). Musze przyznać że mnie to kręciło. Strugałem kozaka, stawałem się innym człowiekiem, takim jakim nie byłem w rzeczywistości. Zacząłem udawać kogoś kim w rzeczywistości nie byłem. Kiedyś myślałem, że tak trzeba, że trzeba być cool i wogóle...
W międzyczasie słuchałem 2Paca, ale nie tak często jak teraz. Z czasem jednak "olalem" polski hh bo zauważyłem jak bardzo pozerscy są niektórzy słuchacze (wiem, że nie mi to oceniać i że to ich sprawa). Nie chciałem być z nimi identyfikowany i w całości przerzuciłem się na Paca. I jestem z tego dumny. Pac 4 life! Makaveli lives on! Dopiero wtedy zrozumiałem co to jest MUZYKA i co to znaczy mieć IDOLA. Teraz słucham go naokrągło i jest cool. Jego muza pozwala mi się uspokoić kiedy tego potrzebuję, wprowadzi w zadumę kiedy mam doła...
To by było na tyle. Nie chcę się zbytnio rozpisywać. Mam nadzieję że nie narobiłem trzody. Nawet nie wiecie jak bekowato jest przypomnieć sobie jakimi byliśmy kiedyś...
Ps1 Podczas pisania słuchałem...Michaela Jacksona "Bad"
Ps2 Dziś jest niedziela 17 listopada 2002
Ps3 Tupac rulz!


© The Rebel Of The Underground-----trotu17@wp.pl