PEARL JAM - "RIOT ACT"
"Riot Act" jest siódmym albumem studyjnym Pearl Jam. Skład zespołu jest taki jak na "Binaural", czyli: Eddie Vedder- wokal i gitara, Stone Gossard - gitara, Mike McCready - następna gitara, Jeff Ament - bas i Matt Cameron - perkusja. Pomaga im także producent albumu - tym razem Adam Kasper (pianino), oraz Boom Gaspar - organy Hammonda.
Książeczka dołączona do płyty jest niezła, chociaż czegoś takiego jak z "Vitalogy" (poradnik zdrowego życia) chyba na razie nie powtórzą. Są w niej texty piosenek plus kilka zdjęć.Szczególnie polecam obejrzeć Eddiego (chodzi o wokalistę, a nie maskotkę Ironów:)) z irokezem na głowie.
Płytę otwiera "Can't keep"- utrzymany w średnim tempie utwór z fajnym refrenem, w ogóle ciekawy. Następny jest już szybki "Save you" - jeden z najlepszych na płycie. Trzeci i jeden z najważniejszych to "Love Boat Captain". Są w nim odniesienia do tragicznego koncertu Pearl Jam w Danii w 2000 r., na którym zginę ło 9 fanów zespołu: " It's an art to live with pain,... mix the light into grey,.../lost 9 friends well never know,... 2 years ago today."- słowa mówią same za siebie. Następne dwa dobre utwory: "Cropduster" i "Ghost" . Dobra perkusja, solówki - duży plus dla albumu. Szósty to wybrany na singla "I am mine", przyjemna ballada zakończona fajną, ale krótką solówką. "Thumbing my way" to ballada typowa dla Pearl Jam, klimatyczna i bardzo dobrze komponuje się z resztą piosenek. Następny jest " You are" - fajny i ciekawy utwór, taki nie "pearljamowy", dziwne brzmienie gitar- po prostu kolejny plus. Kolejny jest "Get right" - dobry, choć krótki utwór z solówką przywodzącą na myśl te z "Vs". Potem "Green disease" - prosty utwór, chyba najbardziej przystępny na płycie. Potem utwór Jeffa - "Help Help", dobrze i miło się go słucha. Dwunasty jest "Bushleaguer", chłopaki z zespołu wyrażają tu swoje (niezbyt pochlebne) opinie o znanej postaci z USA. Spójżcie jeszcze raz na tytuł i zgadnijcie o kim mowa:). Potem mamy "1/2 Full", który przypomina mi "Red Mosquito" z "No Code". Przedostatni jest "Arc", właściwie to nie piosenka, ani nawet utwór instrumentalny. To porostu coś pomiędzy krzykiem i śpiewem, oparty trochę na indiańskich motywach. A text do niego brzmi "AaaaAAaaaAAA"- i tak przez minutę:P. Ale pozostaje w pamięci na długa. Przyszła pora na finał w postaci "Al or None". Smutny i bardzo klimatyczny utwór, świetny na zakończenie.
Ogólnie płyta wypada bardzo dobrze, widać (i słychać) że zespół się nie sprzedał, a muzyka "rozbitków z Seattle" (jak ich nazwał niejaki Kuba Wojewódzki we "Wprost") jest wciąż pełna pasji. Można się tylko przyczepić do długości piosenek, średnio 3 min 50 s, najdłuższy - " All or None" trwa 4.37. Przydałby się chociaż jeden dłuższy.
Ocena: 9+
Sagittarius
PS. Mam nadzieję, że konto działa, dopiero je założyłem. Ale możecie pisać, choć nie gwarantuję, że odpiszę (do sieci mam dostęp tylko w szkole i to rzadko).