Elysium - "Dreamlands/Eclipse"



Elysium - ta nazwa długo krążyła po mojej głowie, a to za sprawą wielu pochlebnych recenzji w prasie i w Internecie. I wreszcie stało się - zostałem posiadaczem dwupłytowego splitu "Dreamlands/Eclipse". Zaczne może od tej nowszej płyty czyli "Eclipse". Muszę powiedzieć, że nieco się zawiodłem, ale po kolei. Album zawiera 8 utwórów, jednak po wnikliwszym zapoznaniu się z materiałem, stwierdziłem że jest ich dziesięć.

Inaugurujący płytę "Welcome Millenium" pełni rolę intra, ale nie do końca, bo w drugiej połowie (ok. 6 minuty) zaczyna się utwór właściwy. Intro przesycone jest masą elektroniki, jakichś dziwacznych dźwięków nie z tej ziemii. Trwa trochę za długo, skracając tym samym przyjemność ze słuchania czysto gitarowej muzyki. W drugiej części mamy już klasyczne, metalowe granie. No właśnie "klasyczne", niczym nie zaskakujące, może nieco brutalne i szybkie (lecz takich schematów mamy w Polsce wiele). Jednak na plus przemawia ciekwa solówka, która świadczy o dobrym warsztacie muzyków.

Drugi w indeksie "Solar Spectacle", jednoznacznie kojarzy mi się ze szwedzką szkołą. Mordercze tempo, odrobina melodyjności i poprawne wokale Maćka Miśkiewicza to z pewnością zalety tego kawałka. To jest właśnie ten wielce wychwalany melodyjny death metal. Jak dla mnie bomba!

Ultra melodyjne gitary towarzyszą nam przez cały czas trwania kolejnej kompozycji - "Timebomb". Tu również jest szybko i czadowo - idealny na koncerty.

Nieco oddechu przynosi nam "In Memoriam", ale nie dajmy się zwieść pozorom, akustyczny początek może każdego wprowadzić w błąd. W dalszej części brniemy poprzez ścianę ostrych dźwięków, "produkowanych" przez uwydatnioną perkusję, następnie całość płynnie przechodzi w galop, podczas którego gitary wymiatają iście heavy metalowo.

Ostatnio częste staje się używanie sampli z filmów lub z zapisem dziwnych dialogów. Elysium również postanowili skorzystać z tego urozmaicenia i z krótkiego fragmentu "Virgin Suicide" dowiadujemy się o najgorszym dniu w życiu pewnego człowieka. Utwór jest zdecydowanym faworytem albumu. Możemy pośpiewać razem z wokalistą przy akompaniamencie świetnych riffów. No i na dodatek ta solóweczka - arcydzieło na miarę skandynawskich mistrzów. Po prostu słysząc ją człowiek nie ma wyjścia musi odlecieć.

O ile wcześniejsze utwory kojarzyły mi się z In Flames to "Eclipse" zdecydowanie przypomina Arch Enemy zwłaszcza z albumu "Wages Of Sin". Co prawda wokal na pewno nie ten, ale riff przewodni bardzo podobny.

Kapitalny początek w "Youth Is Forgotten" to zasługa "odpływającego" riffu. Tu również, tak jak w przypadku "In Memoriam", możemy nieco zbłądzić, ponieważ nic nie zwiastuje nagłego wybuchu. Już po chwili zostajemy zaatakowani potężnym gitarowo/perkusyjnym brzmieniem. Utwór obfituje w liczne tego typu zmiany tempa. Na wyróżnienie zasługuje gra basisty, który w tym kawałku jest bardzo wyraźnie słyszalny. W końcówce typowy szwedzki akustyk i klawisze.

Ostatnia kompozycja to "Elysium", która z pewnością jest oryginalniejsza niż sam tytuł. Tak jak to miało miejsce w pierwszym utworze, również składa się z dwóch części. Pierwsza tym razem jest gitarowa, nieco psychodeliczna z wyeksponowanym klawym riffem. Jest bardzo energetyczna niczym wulkan - nie wiemy kiedy dokładnie wybuchnie. Przypomina nieco hardrockowe patenty, zwłaszcza ta długa solówka. W czwartej minucie gitary zanikają, a do naszych uszów zaczynają docierać dziwne, z czasem popieprzone! (czarnym pieprzem;-) industrialne dźwięki, które bezlitośnie wwiercają się w nasz mózg.

Gdy zalega cisza to znak na podsumowanie całego albumu. Minusy nie są aż tak znaczące, ale jednak i są to: czas trwania albumu (bez elektroniki), wkurzające 'intro' i 'outro'. Na plus z pewnością oceniłbym profesjonalną produkcję, niczym nie odbiegającą od przyjętych standardów, bardzo dobre wyszkolenie muzyków, no i chyba sam fakt, że to nasi rodacy. Nie tylko Skandynawia może się pochwalić jakością. Elysium ze swoim "Eclipse" to swoisty ambasador szweckiego grania w Polsce.

Ocena: 8/10



Rzadko zdarza się aby zespół w pełni dał świadectwo swoich umiejętności już na debiucie. A jednak to "Dreamlands" w skromnej, jak na razie dyskografii Elysium, jest według mnie najlepszą pozycją. Bije swojego następcę na głowę, głównie za sprawą niesamowitego klimatu i całej tej otoczki, którą zdołali stworzyć na tym wydawnictwie. Nie ma co ukrywać muzyka wypełniająca ten krążek jest magiczna i w znacznym stopniu różni się od tego, co grają obecnie wrocławianie. Otóż rzadko mamy doczynienia z przyśpieszeniami, brak tego polotu, feelingu, ala za to mamy połączone ze sobą style takie jak death, doom, gothic oraz black. Połączenie to jest doskonałe pod każdym względem. Minusem jest jednak to, że każdy potrafiłby wskazać od kogo zaczerpnęli niektóre z pomysłów. Nie jest to błąd, bo przeciez każdy ma swoich idoli i trudno jest ustrzec się porównań do bardziej znanych kapel. I tak doszukamy się tu wpływów Moonspell, Opeth czy Katatonii oraz In Flames z pierwszych płyt. Jednak to nie psuje nam przyjemności słuchania, gdyż Elysium znalazł własny sposób na odegranie tych przytłaczających lecz niejednokrotnie pięknych dźwięków. Wszystko wydaje się takie świeże i pasjonujące - album pełen arcydzieł i perełek.

Weźmy chociażby taki "Sister Moon", w którym głos wokalisty do złudzenia przypomina Frenando z Moonspell. W refrenie mamy nieco melodii, nie wspominając już o urzekających klawiszach, które kreują mistyczny nastrój. Jestem pełen podziwu dla muzyków, ponieważ potrafili wykrzesać tyle cudownych dźwięków, wpadających w ucho melodii i cudownych gitarowych motywów vide utwór tytułowy, który jest chyba wyznacznikiem całego albumu i kojarzy się ze starym, dobrym Moonspell.

"Swallow Her" jest równie wyróżniającą się kompozycją, gdzie ciężar gitar i piękne klawisze zostały równomiernie rozłożone. A pod sam koniec dochodzi ta przecudna solówka przynosząc potężny ładunek pozytywnej energii, całość nabiera wyrazistości i sprawia, że chce się żyć - to jeden z piękniejszych fragmentów na płycie.

"Suicidal Angels", to poprawny kawałek i chyba oprócz kontrowersyjnego tytułu nie wiele mający do zaoferowania, zdecydowanie najsłabszy na płycie.Warta uwagi jest tu solówka, która nieco urozmaiciła ten dosyć jednostajny utwór.

Wyraźnie zauważalna jest rozpoczynająca "Edenfall" partia basu. Struktura tej kompozycji jest bardziej blackowa, głównie za sprawą "zagęszczonej" perkusji, apokaliptycznych klawiszy i wokalnych wyziewów. Jednak nie do końca jest to numer blackowy, jak w każdym utworze występują elementy progresji, obserwujemy tu nagromadzenie przeróżnych dźwięków, co sprawia, że nie możemy jednoznacznie określić gatunku muzycznego.

"Starguardians" podobie jak "Suicidal Angels" również niczym szczególnym nie zachwyca - nie jest to kompozycja wyróżniająca się.

"Our Love Is Eternal" rozpoczyna się tajemniczymi klawiszami, później z wielkim impetem wkraczają gitary i cała reszta. Za każdym razem kiedy rozbrzmiewa solówka mam wrażenie, że to nie gitara, a jakaś kobieta śpiewająca operowym głosem. Trwa to tylko chwilę jednak wystarczjąco długo abym dał się zwieść.

Dosyć ciekawie zazczyna się pozycja numer dziewięć - "Farewell". Wita nas motorycznym riffem, przepuszczonym przez jakieś filtry. Potem jest już standardowo, czyli bardzo ciężko (znowu perkusja), jest również mroczny syntezator i brutalne wokale.

Na koniec mamy kawałek o skomplikowawnej strukturze - "April Rainy Night". Mimo iż jest to już końcówka nadal nie wiemy czego możemy się spodziewać. Zaczyna się bardzo ciężko, mrocznie jak na doom metal przystało. Potem obserwujemy pojawiające się zmiany tempa, lecz to co pozostaje bez zmian to klimat - ten sam duszny, ciemny i tajemniczy. W drugiej części tej niemal dziesięcio minutowej suity docierają do nas dźwięki, które spokojnie mogły by się znaleźć na "Dusk... End Her Embrace" Cradle Of Filth. Podobny skrzek, ta sama szaleńcza, niemal opentańcza szybkość. Jednak już po chwili mamy doczynienia z typowym death metalem.

Album zaskakujący, poruszający, wstrząsający, piorunujący - takie epitety cisną mi się na usta po chyba 10 z rzędu! przesłuchaniu tej płyty. Co dziwne krążek nie męczy jak niektóre tego typu produkcje po kilkukrotnym odsłuchu, wręcz przeciwnie coraz bardziej stajemy się jego niewolnikami. Ale skoro tak wygląda niewola, to ja od razu zakładam kajdany posłuszeństwa i bezgranicznie oddaje się tym dźwiękom.

Ocena: -10/10

Pozostaje mi omówić sprawy związane ze sposobem wydania tego splitu. Otóż od zwykłego "Eclipse" różni się tym, że standardowe opakowanie zastąpiono podwójnym i jakby na siłę wciśnięto debiutancki krążek. Z jednej strony to dobrze, bo płacimy za dwie płyty tak jak za jedną. Z drugiej natomiast dosyć dużym mankamentem jest brak dokumentacji do "Dreamlands", a sam spis utworów na tylnej okładce nie wystarcza. Dziwna jest polityka Metal Mind, ale to nie jest odpowiedni moment na takie dyskusje, w końcu mamy doczynienia z jednym z najbardziej obiecujących zespołów nad Wisłą, choć wypadało by raczej powiedzieć nad Odrą...


© kaReL jotun@terramail.pl † † www.INFLAMES-web.prv.pl