I Call It Techno...
Poniższy tekst powstał po części jako riposta do „Techno
- szeroko pojęte dziecię muzyki” Perez’a, a także jako zbiór przemyśleń,
które od dawna zamierzałem przelać na słowo pisane.
Na początku może trochę historii. Muzyką techno i elektroniczną
zainteresowałem się w 1997 roku. Na początku jedynym źródłem informacji była
stacja Viva, z tego co pamiętam bardzo się „jarałem” programem Club
Rotation.
Jednak dość szybko – po żmudnych i skrupulatnych poszukiwaniach – natrafiłem
na audycję w lokalnym radiu. Muzyka
w nim prezentowana różniła się diametralnie od propozycji Vivy, z początku
nie spodobała mi się lecz po kilku kolejnych audycjach coś zaczęło się we
mnie zmieniać. Dostrzegłem płytkość, jednobarwność i tandetę (ale to
patetycznie zabrzmiało) pojawiające się w każdym clipie (zarówno od strony
audio jak i video). Zacząłem bardziej interesować się historią tego
gatunku, stylami oraz sceną niezależną. Odkryłem wspaniały świat, świat
pełen fantastycznych dźwięków, sekwencji i zupełnie odmiennego sposobu
konstruowania utworów. Już nigdy celowo nie włączyłem Vivy na programie
Club Rotation,
a te przypadkowe „wpadki” jeszcze bardziej utwierdzały mnie w przekonaniu o
„debilności” pop’owego techno (a fachowo nazywanego dance). W ogóle
przestałem oglądać komercyjne telewizje muzyczne, o radiu nie wspominając
(no może poza poszczególnymi programami późno w nocy). Podróż w ten
magiczny świat trwa nadal i nigdy się nie skończy.
Wracając do tekstu Perez’a. Czytając go miałem chwilę nadziei - konkretnie w miejscu gdy autor (ka)
stwierdza,
że Gigi czy Eifel to nie techno - że w końcu ktoś coś rozróżnia, jednak
chwilę potem nastąpiła głęboka konsternacja
(w dosłownym tego słowa znaczeniu). Nie
wiem jak on (ona), ale ja NAPRAWDĘ nie widzę różnicy pomiędzy Gigi
D'Agostino a Brooklyn Bounce. Wszystko prezentowane przez stacje Viva czy MTV to
jest jedna wielka ogłupiająca sieczka, przeznaczona dla szanujących się dresów
(czyli podążających za modą, bo są też tacy co się nie szanują, a ci słuchają
disco polo) i polskiej złotej młodzieży faszerującej się co piątek koksem
(no bo to jest kultura techno). Od kilku lat nic
w komercyjnej muzyce nie zmienia się, ciągle tylko łubu dubu, bum bum, te
same schematy, napierdalanka bez sensu. Także wywód na temat elektroniki nieźle
mnie ropierdolił, a chyba w ogóle to najbardziej, bo autor w życiu na uszy
nie słyszał muzyki elektronicznej. Po prostu sam sobie sklasyfikował jedno do
drugiego. Nie mogę, a potem chodzi taki bażant i co to nie on, wielki znawca.
Sorry za te bluzgi, ale bardzo irytuje (i coraz bardziej męczy) mnie ignorancja
ludzi opisujących muzykę dance jako techno.
Dla zainteresowanych prawdziwą muzyką techno
i elektroniczną (czyli stojącą w opozycji do komercji orazi wymagającą co
nieco od odbiorcy) podaję adresy wytwórni, sklepów i innyh miejsc w sieci
gdzie można posłuchać w/w muzyki:
polecam również lekturę Kaktusa
no_fucking_way
(nfw@tlen.pl)