|
ROAL DAHL - PRZYJEMNOŚĆ PASTORA |
|
A witam Czytelnika! Fajnie, że wpadłeś. Siadaj, siadaj. Otwórz piwko, weź pierwszego łyczka i nastaw się do tekstu pozytywnie. Inaczej Ci się, psia mać, nie spodoba. Ok, teraz Ci się trochę zwierzę, roślinka. Otóż, mniej więcej w połowie wakacji rozstałem się z moim coachem angielskiego. To znaczy, mówiąc szczerze, on zerwał ze mną (wszystkie panie które zechciałyby pocieszyć biednego, smutnego, mizernego Unionka proszę o kontakt. Szybciutko! :) Miał on bowiem w zwyczaju wakację spędzać u Angoli, a potem, około wrześnie wracać w ojczyste pielesze. Tym razem w Londynie narodziła się jednak nowa świecka Tradycja: mojemu coachowi wrócić się zapomniało. Teraz wiem, jak cierpi porzucona kobieta... Ale, jak to mówi stare wielkopolskie przysłowie: ni ma tego złego, co by kurza pięta, na dobre nie wylizło. W wyniku bowiem naszego wymuszonego rozwodu dostały mi się w moje zwinne, wścibskie łapki (wszystkie panie...) liczne opowiadania, tak świetne, jak i wprost przeciwnie. Z tym, że tych pierwszych była znacznie większa połowa (błąd zamierzony: na złość matematyczce odmrożę sobie uszy!). Wśród nich znalazła się i "Przyjemność Pastora". O czym jednak jest książeczka pod tak zachęcającym i chwytnym ostatnimi czasy tytułem? Przestań się Czytelniku lubieżnie uśmiechać! Brzydki Czytelnik! :PPP Rozwieję Twe nadzieje! Ni słowa o klerykach i arcybiskupach - widać w Anglii też cenzura. Teraz, kiedy marzenia Czytelników potraktowałem a la Wojewódzki, jest nas już mniej o połowę, możliwe że większą. Czas zatem, w takim małym rodzinnym gronie (ach te więzienne wspomnienia...) zająć się postacią Bohatera (fanfary, hejnały, surmy pochwalne). Bohaterem (fanfary, hejnały, surmy pochwalne) jest niejaki pan Boggis. Trzeba Ci wiedzieć, Czytelniku, że pan Boggis to Człowiek Interesu. Nie jakiś tam Bagsik, Gates, czy inny Berlusconi: on zna się na tym co robi. Jest bowiem Ekspertem! I ponownie: nie jakimś tam ekspercikiem od elektroniki radiolokacyjnej, czy od badania "cyklu rozwojowego z mejozą postgamiczną u współczesnych haploidalnych protistów jednokomórkowych" (cytat AUTENTYCZNY, moja książka od biologii). On jest ekspertem od sztuki! Pan Boggis bowiem szuka starych krzeseł, stolików i z drewna klęczników. (Cholera... znowu się ze mnie tekściarz robi... jeszcze ewenementem zostanę, obaczysz Czytelniku!). W celu tym (szukania mebli... nie bycia ewenementem) pan Boggis niestrudzenie włóczy się po swojskim krajobrazie angielskiej wsi (krowa, owca, Audi A5 {droga na Ostrołękę ;) - PP}). Na angielskiej wsi zachowały się bowiem najbardziej poszukiwane zabytkowe, dajmy na to, komody. Owe na ten przykład komody pan Boggis wyłudza perfidnie od nieświadomych wieśniaków (motyla noga, bohater pozytywny nam się trafił! :), a następnie sprzedaje za pieniądze centralnie generalnie nieporównywalnie większe. Ze starociami jest bowiem jak z niemieckimi autobusami: po 10 latach Niemcy sprzedają je Czechom za 1000 Euro, my odkupujemy je po dalszych 15 latach za 500 Euro i po dziesięciu latach sprzedajemy Kazachstanowi za 250 E. Tam autobusy jeżdża jeszcze lat 30, a potem, za 1500 Euro trafiają do niemieckich muzeów. Polacy zaś, podobnie jak wieśniacy z książki Dahla, nie wiedzą co tracą... Coś mi cholera realistyczne porównanie wyszło... Pan Boggis wie, co tracą wieśniacy. Co bowiem oni tracą, on zyskuje (nic w przyrodzie nie ginie). Tym razem jednak pan Boggis odkryje coś zupełnie niezwykłego. Z jakże niezwykłym, kurde blaszka, skutkiem. (w tle muzyczka z Archiwum X). Opowiadanko można swobodnie określić mianem dość sympatycznego. Czyta się je przyjemnie lekko, bo styl jest prosty jak drzewce włóczni, co zresztą opowiadaniu tylko na dobre wychodzi. Zakończenie zaś jest całkiem zaskakujące i odkrywcze, a i mile ironiczne. Ogólnie jest miło i sympatycznie. Bardzo miło... Jak to u pastora ;))) Cholera, kończę, bo mnie ekskomunikują. Tym razem protestanci. UnionJack
|
|