|
KSIĄŻKI MAJĄ DUSZĘ |
|
Pewnego wietrznego i deszczowego przedpołudnia szedłem sobie po moim Rzeszowie ulicą Lisa-Kuli. Nie miałem zbyt dobrego nastroju, byłem smutny z jakiegoś powodu. Na pewno nie dlatego, że zapomniałem indeksu, wskutek czego miła jak zawsze pani z dziekanatu nie wystawiła mi zaświadczenia do WKU o kontynuacji studiów. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że muszą zobaczyć wpis na trzeci semestr, żeby mi wypisać ten durny papier. Ale nie dlatego nie było mi za wesoło. Nie czułem się tak również z powodu tego, ze leje i wieje. Po deszczu zawsze przychodzi słońce i każdy to wie, więc nie ma powodu do smutku. Czemu więc dostroiłem mój nastrój do pogody, jeśli nie ze względu na nią? Może dlatego, że zobaczyłem kilka uschniętych kasztanów. Zaatakowało je jakieś dziadostwo, może się zdarzyć że za kilka lat już nie zakwitną, nie polecą "pod stopy par roześmianych". Od dziecka lubiłem kasztany, lubię rzeczy które cieszą widokiem. Jako małemu brzdącowi kojarzyły mi się z ludzikami, później ze spacerami, teraz przyszedł na nie koniec. Mam szczerą nadzieję że coś wytępi to robactwo, może mroźna zima. Moją uwagę przykuł wreszcie stojak z napisem: "Kiermasz książek - najlepsze tytuły sprzed lat już od 40 groszy za sztukę". Biblioteka wyprzedawała stare książki, których od lat nikt nie wypożyczał. Wszedłem zobaczyć co mają ciekawego. Dlaczego to zrobiłem, nie wiem do końca, może dlatego że nie miałem się gdzie spieszyć. Ostatnio nie czytałem za wiele, a już na pewno nie jestem bibliofilem żeby kupować jakieś tytuły, o których nie mam pojęcia. Od razu uderzył mnie w nozdrza zapach starych kartek a moim oczom ukazała się masa książek leżących bez większego ładu na stolikach. "Skoro już jestem" - pomyślałem - "to przynajmniej je obejrzę, zobaczę co mają". Potem zatliła się we mnie nadzieja, że może znajdę jakieś stare wydania "Przygód Sherlocka Hol- mesa", których nie mam w domu. Moje zainteresowanie tą postacią odżyło, odkąd latem tego roku pospacerowałem sobie po Baker Street i zrobiłem sobie zdjęcie pod statuą detektywa. Na tej ulicy można było wręcz się przekonać, że Holmes żył naprawdę, był wszędzie, na oknach, drzwiach restauracji. Ale książek o Sherlocku nie było. Spotkałem za to kilka znajomych osób, których w nigdy bym się tam nie spodziewał. Też nie szukali niczego konkretnego. Książki były przeróżne, od rocznika statystycznego na rok 1987 począwszy, poprzez stare Harlequiny, na jakichś poradnikach jazdy samochodem kończąc. Otworzyłem kilka z nich na pierwszych stronach, żeby zobaczyć, kiedy po raz ostatni je wypożyczono... osiemdziesiąty ósmy rok, dziewięćdziesiąty pierwszy... Jedna książka nie była wypożyczana od 1980 roku. Zdążyłem się urodzić, pójść do szkoły, skończyć ogólniak, zacząć studia, schodzić Tatry, odwiedzić Anglię, a ona cały czas leżała w tym samym miejscu, może ktoś ją prze- niósł raz czy dwa podczas jakiegoś przemeblowania. W moim domu zawsze szanowało się książki, obchodzono się z nimi jakby miały duszę. Kiedy w wieku siedmiu lat się przeprowadzałem, mama spakowała masę książek do pudełek i wyniosła je do piwnicy, żadnej nie wyrzuciła. Ostatnio je przeglądałem. To niewypowiedziana radość znowu przeglądnąć bajki na których się wychowało. Znalazłem nawet jedną o której myślałem, że zgubiła się kiedy miałem trzy lata... Ucieszyłem się jak małe dziecko. W pewnej chwili zrobiło mi się trochę żal tych wszystkich pożółkłych woluminów. Leżały tak, nikomu niepotrzebne, kiedyś ktoś napisał je z nadzieją, że ludzie będą je czytać, może cieszyły się powodzeniem, ale teraz ich czas się skończył. Byłem jednym z ostatnich na kiermaszu, gdyż trafiłem tam pod koniec drugiego dnia. Ludzie kupowali książki dziesiątkami, wynosili je w pudełkach, ale wciąż dużo zostawało. Ktoś mniej sentymentalny powiedziałby, że teraz książki nie są już potrzebne, mamy komputery, nikt już nie czyta. Możliwe, ale na złomowisku komputerów czułbym się o niebo lepiej niż w tym książkowym hospicjum. Niech ci "nowocześni" pozostaną sobie takimi robotami jak te komputery, które uwielbiają. Postanowiłem, że kupię kilka. Tylko jakich? I nagle na jednej z półek zobaczyłem książkę z czerwoną gwiazdą na okładce. Tak!!! Mój świr na punkcie ZSRR! Znakomity pomysł, na pewno coś znajdę, przecież te książki mają po kilkadziesiąt lat! Z nową energią i dzikim błyskiem w oczach zacząłem przekopywać się przez pożółkłe stosy w poszukiwaniu czegoś o Stalinie, Rokossowskim czy Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Znalazłem wspomnienia radzieckiego lotnika z drugiej wojny światowej. Czemu nie? Lubię drugą wojnę, może będzie się rozpisywał jaki to Stalin był dobry albo jak to w Związku Radzieckim rzekami płynęło mleko i miód, pośmieję się. Jakaś książka Bondariewa? Toż to czołowy pisarz radziecki, który lubił wychwalać potęgę swojego kraju, bierzemy! Opowiadania o partyzantach? Już do pudełka. Coś o utrwalaniu władzy ludowej w Polsce, jak fajnie! Szkoda że nie mieli jakichś pamiętników generałów radzieckich albo propagandowych biografii, to by dopiero była gratka. Faktem jest, ze wyniosłem trochę książek za śmieszne pieniądze. A chociaż ta, którą zobaczyłem pierwszą, z gwiazdą, była o pierwszej wojnie, też ją wziąłem. Do domu szedłem szybko, żeby zaraz je przeglądnąć i zacząć którąś czytać. Po drodze cieszyłem się, że trafiłem na ów kiermasz, gdzie czas zatrzymał się w miejscu i mogłem sobie kupić coś z poprzedniej epoki, którą uwielbiam. Czasy odeszły, a książki zostały. I niech mi ktoś teraz powie, ze nie mają duszy! Żadna książka nie zżółknie w zapomnieniu dopóki na świecie będzie chociaż jeden taki świr jak ja. DonaldPS1: Zaglądnijcie do Rzeszowa 9-10-2002 (rocznica urodzin Johna Lennona)
|
|