|
GRAHAM MASTERTON: "KOSTNICA" |
|
Na tę książkę szykowałem się bardzo długo, lecz nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Wreszcie, po miesiącach mozolnego poszukiwania, wypożyczyłem ją z biblioteki szkolnej (niech żyje!) i jeszcze na przerwie zabrałem się do czytania. Nie będę ukrywał, że oczekiwałem naprawdę bardzo dobrej książki, żeby nie powiedzieć dzieła! Co się okazało? O tym poniżej. Na początek trochę fabuły. Do Johna Hyatta - pracownika sanitarno-epidemiologicznego - przychodzi staruszek, który deklaruje, że jego dom oddycha. Z początku John myśli, że ma do czynienia z wariatem, lecz gdy przychodzi z wizytą do owego domu - zebrawszy uprzednio ekipę w postaci swojego kolegi Dana - jego zdanie na ten temat diametralnie się zmienia. Ten dom rzeczywiście oddycha. W dodatku Dan ulega poważnemu wypadkowi, w efekcie czego doznaje wstrząsu mózgu. Gdy John przychodzi do Dana odwiedzić go w szpitalu, rozgrywa się tam iście szatańska scena: oczy Dana dosłownie płoną wściekłą czerwienią, a on sam oddycha tak samo jak nawiedzony dom. Gdy kolejną ofiarą pada następny przyjaciel Johna (zerwano mu z głowy wszystko - skórę, mięśnie), nasz bohater postanawia zasięgnąć rady pewnego Indianina: Georga o Tysiącu Imion. Ten po profesorsku wyjaśnia zainteresowanym, na czym stoją i jaka jest sytuacja nie tylko ich, ale i całego świata. Wspólnie postanawiają walczyć ze Złem... Tak, historia jest niewątpliwie bardzo ciekawa i interesująca. Z początku jednak niezbyt przekonałem się co do "oddychania domu", jednak po przeczytaniu kilku następnych stron spodobał mi się ten pomysł. Sceny zabójstw są tu wyjątkowe. Już sam Dan Machin z gołą czaszką wygląda niesamowicie (uwierzycie, że on nie umarł?!), a Wallis cały napęczniały od krwi (11 litrów) nie odstępował go w tej "kategorii" ani na krok. Dla rozluźnienia dodano tu także naprawdę przekomiczne dialogi niektórych osobników występujących w książce. Szczególnie zapadła mi w pamięci wymiana zdań między Johnem a taksówkarką oraz jedno zdanie, które wypowiedział Innocenti: (chodzi o ptaki) "Siedzom i nawet nie srajom" (orygin. pisownia). Kończąc tę recenzję stwierdzić muszę, że książka nie spełniła pokładanych w niej nadziei na przebicie "Wyklętego". Jest tu narracja w pierwszej osobie, są zabójcze sceny strachu i śmieszne dialogi (zabrakło seksu! To pierwsza książka Mastertona, w której nie ma seksu!) {Rzecz to doprawdy niewiarygodna! Po cóż-li czytać takie książki, w których ani krzty seksu nie uświadczysz? Toż to normalne marnotrawstwo czasu! - Phnom Penh}. Jednak czegoś tu brakuje, tego złotego środka, który występował w "Wyklętym". Książce brakuje jaj, że tak powiem. Mimo wszystko jest to godna polecenia pozycja. A zatem - polecam:). Devil, Łódź |
|