|
anatomia
Uwaga, psze państwa! Za pięć minut seans się zaczyna, a ja siedzę w fotelu z zapasem Coli, chipsów, mając pod ręką długopis i kartkę wysokiej jakości papieru zeszytowego "W Kratkę". Tak oto mam zamiar napisać pierwsze w świecie sprawozdanie z horroru. Podmiotem mojego zdawania spraw będzie film "Anatomia". Podobno fajny. Koledzy mówili. Zaczyna się. Niezła czołówka, lista płac i... co to, kurde? Niemiecki film? Błeeee.... Spokojnie jednak, bez ekscesów - jest angielski dubbing. Z tego, co słyszę, to aktorzy grają głosami na poziomie dinozaura Barneya, ale postaram się skupić na akcji. I oto mamy fabułkę - gdzieś, kiedyś, po coś jacyś faceci łapią ludzi, paraliżują ich i kroją na żywca. Sekcja się to zwie fachowo. Dalsze poczynione obserwacje utwierdziły piszącego te słowa w przekonaniu, że chodzi o jakąś gigantyczną organizację, która łapie ludzi, paraliżuje ich, kroi na żywca i robi eksponaty muzealne. Nie ma bata, dzieło pod względem fabularnym. I tak jestem gdzieś w połowie filmu. Przyzna, że na początku nawet dobrze się bawiłem, ale teraz... Akcja zwolniła, i to w nie byle jaki sposób, bo nie dość, że mało ofiar pada, to jeszcze klimat się niemal beverlyhillsowy robi. A to wszystko w niemieckich realich. Aktorzy teraz. Znowu Nimce. Oczywiście, znajdzie się kilku blondasków z kwadratową żuchwą, na dodatek jeden nosi biały, wełniany sweter i ma lukę między zębami (brat Arnolda?). A ten, co to usiłuje grać "tego złego"... fatalny. Film zbliża się ku końcowi, a notatki marne... Nic to, ostatnie minuty nawet, nawet, ale zbyt podobne do innych filmów, i... Nie wiem, czy to pisać, bo być może "zaspojleruję", ale skoro film jest cienki, to napiszę. Jest taka scena, w której widać zebranie całego tego bractwa lekarzy inaczej. Siedzą w długich, powłóczystych szatach i myślą. A wygląda to jak rada Jedi z ostatnich Star Warsów. Tyle, że tam Nimców nie było. Scena zupełnie chybiona, jak większość innych zresztą. A zapowiadało się tak dobrze... Przelatują przez ekran litery końcowe, a ja się zastanawiam, jak podsumować uprzednie półtorej godziny. Nawet się nie nudziłem, ale równie dobrze mogłem pooglądać Monster Trucki na DSF. Krótko mówiąc - jeśli możecie darmowo zafundować sobie seans - nie widzę przeszkód, żeby skorzystać. Jeśli każą wam płacić... Cóż, te dwie sceny z krojonymi ludźmi nie są warte więcej niż dwa złocisze.
dog soldiers
Las. Młoda para. Namiot. Zsumujcie to, a jaki będzie wynik? Właśnie. I tak też zaczyna się nowa szkocka produkcja filmowa "Dog soldiers". Tyle tylko, że do przewidywanego zdarzenia nie dochodzi, gdyż panienkę porywa z namiotu jakaś brudna, niewychowana ręka. DOG SOLDIERS
W dzisiejszym artykule, recenzując film pierwszy w życiu raz wystawię mu ocenę. Nie lubię tego robić, ale moim zdaniem ta produkcja zasługuje na naprawdę sumienne potraktowanie. Jak wiadomo, na notę składa się wiele odrębnych czynników, więc przejdźmy do kolejnych akapitów, gdzie się owymi czynnikami zajmiemy. Wpierw fabułka, chociaż według mnie to nie ona jest w horrorach najważniejsza. Co mamy? Dobra, nie będę tym razem robił wielkiej tajemnicy i "zaspojleruję". Mamy komandosów tłukących się z wilkołakami. Przyznam, iż o podobnym pomyśle nigdy nie słyszałem, a jest on całkiem ciekawy - parę razy pozwoliło to pokazać swoistą parodię "Szeregowca Ryana", kiedy to żołnierze prują z automatów do adwersarzy. Podobny sposób kadrowania, latająca kamera i latające wokół pociski - a to wszystko w zestawieniu z biegnącymi pół-ludźmi, pół-wilkami. Rewelka. Wspomniałem o parodii... Dog soldiers jest filmem niskobudżeowym, i domyślam się, że twórcy doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Dlatego też wszystko jest zrobione z przymróżeniem oka, niepoważnie. Więc nie przestraszycie się raczej, ale to nie jest ważne. Nie w tym przypadku. Dlaczego? Choćby ze względu na scenę, w której żołnierz o ksywie Spoon zostaje rozpruty, a szukający go koledzy krzyczą "Where is Spoon?!". Co może powiedzieć pierwsza osoba, która znajdzie zwłoki? Oczywiście - "There is no Spoon". Ubaw po pachy, a takich scen jest więcej (dla przykładu - nasze komanda idą skuleni, wypatrujący wroga, a w następnym ujęciu maszerują raźno, pogwizdując niczym krasnoludki z "Królewny Śnieżki"). Za takie numery ocena podskakuje minimum dwa punkty. Aktorstwo... Niezbyt dobre, ale też nie jest złe. Oczywiście, gwiazd nie uświadczymy, ale - znowu - to w niczym nie przeszkadza. Jedyne, co mi nie przypadło do gustu, to to, że film jest szkocki, a więc wszyscy mówią ze szkocki akcentem. Krew zalewa. Minus. Zajmijmy się efekciarstwem, czyli tym, co widać, a co być widać powinno. Na początek co niektórych zaszokuję - w cały fimie nie ma ani jednego efektu komputerowego! Są tylko kostiumy, prawdziwe wybuchy, gumowe odcinane kończyny i stwory kryjące się w cieniu aż do ostatnich minut. CHWAŁA WAM, TWÓRCY! Na coś takiego czekałem już od dawna! Mogę mieć pewne zastrzeżenia co do projektu kostiumów wilkołaków - trochę chude toto - ale to kwestia gustu. Na ekranie komediowa jatka, w tle coś tam pobrzdękuje... Szczerze mówiąc, z muzyki nie pamiętam nic. Efekty dźwiękowe znośne, ale muzyka?!? Cóż, skoro nie przypominam sobie, to pewnie mnie nie zniesmaczyła, więc zarzutów brak. Ostatnia rzecz - klimat. Nastrój. Feeling. Kiedy oglądałem film, bawiłem się wyśmienicie. I wy też będziecie, o ile nie oczekujecie ekstra-efekciarskiego, poważnego horroru. Ten tutaj powstał, ażeby rozerwać znudzonych widzów, co znakomicie mu wychodzi. Więc jeśli seans będzie się zaczynał, rozluźnijcie się i zaopatrzcie w popcorn, jeśli lubicie. Oglądanie z pełnym żołądkiem niczym nie grozi (nie to, co "Martwica mózgu"!). Na koniec obiecana ocena: 9+/10. Dychy nie dam ze względu na ten koszmarny akcent...
duch vs duch
Były sobie filmy dwa... Jeden zły, drugi gorszy, ale każden jeden - horror. Oba wyprodukowane przez Roberta Zemeckisa, filmowca szanowanego przeze mnie za "Powrót do przyszłości". Oj, tak, panie i panowie, Bob się stoczył prsto w dół, a nawet w głęboką jamę, co widać po poziomie sygnowanych jedo nazwiskiem filmów. Mowa oczywiście o "13 duchach" i "Domu na nawiedzonym wzgórzu". Wpierw kilka słów o fabule. W zasadzie obie produkcje są zbudowane na podstawie jednego, utartego schematu - mamy dom, duchy w nim mieszkające i grupkę bohaterów, na których życie owe zjawy nastawają. Co prawda historie rezydencji są skrajnie odmienne, ale - pal licho, takie detale w horrorach się nie liczą. W każdym razie, nasi herosi mają przerąbane jak Tarzan wśród wyposzczonych goryli. Kiedy już nieboraki wejdą do bijącego złem i nieczystością lokalu, zaraz blokuje się jedyne z jego wejść/wyjść i... jest strasznie, krwawo i ponuro. Przynajmniej w założeniu jest, bo z wykonaniem to zupełnie inna sprawa. Ale tutaj należy już zacząć rozgraniczać odrębne obrazy. Zacznijmy więc od przyjrzenia się "Trzynastu duchom". Pierwsza rzecz, jaka się narzuca naszym zmysłom, to przeważnie muzyka i aktorzy wymienieni w liście płac. I "duchom" w tym kwestiach nic nie można zarzucić. Muzyka porządna, z początku przypominała mi utwory genialnego Alana Silvestri, a to nie lada komplement. W rolach głównych obsadzono, znanego z rewelacyjnego sitcomu "Zakręcony", Tonego Shalhouba, oraz towarzyszącego mu Matthew Lillarda. Co tu dużo mówić - lubię tych aktorów, więc narzekać nie będę. Jeśli chodzi o "Dom...", to muzyka jest o wiele gorsza, choć z początku mogłoby się wydawać przeciwnie. A aktorzy? Nikt szczególny, a nawet paru kiepściutkich, poza oczywiście przekomicznym facecikiem znanym z "Nocy w Roxbury". Świetna sprawa, ten pan to urodzony komik. Pozwólcie więc, że zapytam - co on robi w horrorze? Osobny akapit należy się krytyce tzw. klimatu, oraz wpływającego nań poziomu efektów wizualnych. "13 duchów" od początku zapowiada się na film przeznaczony dla młodszej widowni - i tak też jest. Mimo kilku brutalnych scen, fabuła jest wręcz disneyowska. Efesty specjalne są porządne, ale mam do nich ten sam zarzut, co do wszystkich nowoczesnych horrorów - czemu maszkary od początku przedstawione są w pełnym świetle? Że można pokazać aż tyle, to nie znaczy, że trzeba... Ginie cały element zaskoczenia. Ponadto niektóre sceny pozwalają przypuszczać, że mamy do czynienia z filmem akcji; taki "Matrix" z duchami. A później standardowa bieganina po korytarzach. Źleeeeee... "Dom na nawiedzonym wzgórzu". Po sekwencjach początkowych sądziłem, że mam do czynienia z czymś w rodzaju "Evil Dead", a parę następnych minut utwierdzało mnie w przekonaniu. Ten sam, straszno-luźny, klimat, podobny sposób filmowania - zapowiadała się rewelacja. Ale zawsze jest jakieś "ale". Po pierwsze: w okolicach połowy film zwaaaalniaaa... Duchy stają się cosik opieszałe, wychodzą na jaw jakieś niedorzeczne fakty, nic się kupy nie trzyma. W sumie, gdyby nie kiepściutki scenariusz, reżyser zrobiłby świetny film, bo sam sposób przedstawienia akcji jest bardzo dobry. A tak wychodzą takie kwiatki jak to, że przepotężny duch, siejący śmierć niczym Arnold w peruwiańskiej dżungli, był przez lata więziony za rachityczną ścianką z ledwo stojących cegieł. A kiedy już dojdzie do siły nieczystej uwolnienia (oczywiście przez przypadek, a konkretnie przez przypadek upuszczenia jakiegoś młotka na tą super-wytrzymałą barierę na duchy), grzmoci on przez całą chatę, że grube na cal drzwi go nie powstrzymują. A samiuteńka końcówka, czyli sposób, w jaki ratuje się główny bohater... Nie, psze państwa, takiej głupoty nigdy wcześniej żaden scenarzysta nie wymyślił. Podsumowując, oba filmy w gruncie rzeczy da się obejrzeć, a w szczególności "Dom...", który przez pierwsze pół godziny jest równie dobry, co najlepsze filmy sprzed lat (Radzę zwrócić uwagę na sposób poruszania się pewnego ducha - istny geniusz animacji!). Jednak, jeśli już chcecie coś wrzucić na wideo, polecałbym raczej "Evil Dead", lub nadspodziewanie świetnego "Rycerza złych mocy", utrzymanego w podobnej do omawianych filmów konwencji. Albo zróbcie sobie maraton filmów z Freddym Kruegerem. Rozrywka gwarantowana.
[military]
|
|