Wiedziałem, że to nastąpi. Co nastąpi? Inwazja Marsjan, oczywiście, bo cóż by innego. Skąd wiedziałem? Tego już nie jestem w stanie wytłumaczyć. Po prostu wiedziałem, że jeszcze tylko inwazji Marsjan nam tu brakuje. Mówiłem o tym innym, ostrzegałem, nawoływałem do przygotowań. Ale oni zamiast mnie posłuchać, w najlepszym przypadku śmiali się ze mnie. W najgorszym musiałem sobie w domu przyłożyć lód do czoła. Mówicie, że jestem wariat, tak!? No dobrze, będę wariatem. Ale przynajmniej będę żywym wariatem.
Ponieważ doskonale wiedziałem, że ONI wkrótce przylecą, zacząłem intensywne przygotowania. Zaciągnąłem pożyczkę na bandycki (tzn. jeszcze bardziej bandycki niż zwykle) procent i poczyniłem poważne zapasy żywieniowe. Wybudowałem schron z generatorem prądu. Moja największa troska teraz to dostęp świeżej wody. Ale kilka dużych zbiorników powinno wystarczyć do czasu nadejścia posiłków ze strony NATO, sił zbrojnych USA czy kogoś tam jeszcze, ktokolwiek będzie w stanie udzielić nam pomocy. Wierzę przecież w ostateczne zwycięstwo ludzkości; gdybym nie wierzył, to w ogóle nie budowałbym tego schronu, tylko wyszedł na ulicę i rzucił się pod ciężarówkę (albo poszedłbym na dyskotekę i zaczął zaczepiać dziewczynę pijanego osiłka, który przyszedł tam właśnie ze swoją ekipą).
Ludzie przychodzili sobie popatrzeć na moje starania uratowania cywilizacji w tym regionie przed Marsjanami; widziałem nawet jeden czy dwa autokary wycieczkowe z Krakowa i Tarnowa, jakby u siebie nie mieli dosyć rzeczy do zwiedzania. Robili zdjęcia, nagrywali na wideo. Bardzo dobrze - niech utrwalają starania jedynego wizjonera próbującego ich ocalić, podczas gdy traktuje się go jak zwierzę w ZOO. Po inwazji poproszę ich o kopię, jeżeli będzie kogo prosić (hehe).
Dzisiaj przyjechała telewizja. Będę w dzienniku! Może przemówi to komuś do rozumu w tym kraju. Następnego dnia reportaż został wyemitowany, z komentarzem: "Wariatów u nas nie brakuje. Dlaczego takimi nie zainteresują się odpowiednie służby!?" No fajnie. Nie dość, że nikt nie będzie się chciał przyznać, że ma jakikolwiek wspólny mianownik ze mną, to na dodatek niechybnie ściągną mi na głowę rosłych panów trzymających w rękach biały kaftanik i paralizator.
Myślałem, że ten dzień przyniesie kolejne obraźliwe telefony i wizyty dziennikarzy, którzy poszukują tematów do rubryk typu "dziwactwa ludzkości", a tu taka niespodzianka! Odwiedził mnie pewien profesor. Przedstawił się jako były wykładowca Uniwersytetu Marsjanologicznego w Bałtożycach. Nigdy o takiej uczelni nie słyszałem, ale co ja prosty człowiek będę się kłócił z osobnikiem, co wykładał na uniwersytecie. Ale to nieważne! Przede wszystkim pochwalił mnie za moje działania; jak to wyraził: "Za brnięcie w poprzek prądu ludzkiej niewiary i głupoty, za wstrzemięźliwość przed zgniciem i degradacją ludzkiej otwartości na nowe idee i teorie" i tak dalej. Ciężko było mi to zrozumieć, ale brzmiało nieźle. Obiecał odwiedzić mnie jutro, abyśmy przedyskutowali NASZE dalsze działania. O rany! Z wrażenia zapomniałem go zapytać, jak się nazywa! Ale w obliczu wielkiego zagrożenia, takie szczegóły stają się nieważne.
Nowy dzień, nowe rozczarowanie. Profesora zgarnęli do karetki sanitariusze zakładu psychiatrycznego. Uciekł im dwa dni temu, a znając jego chorobę przeczuwali, że zawita do mnie. "I na ciebie przyjdzie kolej!" - rzucił mi na odchodne jeden z sanitariuszy. "Nie lubię pociągów!" - odgryzłem się umiejętnie. Poza tym ten profesor to rzeczywiście był wariat. Chciał nas bronić przed Marsjanami, którzy już dokonali inwazji i zasiedli w rządach wszystkich większych państw świata. Przecież Marsjanie mają dopiero wylądować!
Dzisiaj będzie krótko. Ukończyłem budowę schronu i jestem już w stu procentach przygotowany na inwazję. Marsjanie, czekam!!! Ehem.
I wreszcie się stało. Pojawiły się w mediach doniesienia o zaobserwowaniu tajemniczych wybuchów na powierzchni Marsa. Naukowcy zastanawiają się nad przyczyną tych "fascynujących zjawisk". Mógłbym im powiedzieć, że to startują marsjańskie statki; mógłbym im polecić lekturę H. G. Wellsa, który już dawno temu podobnie jak ja przewidział inwazję Marsjan, ale tego nie zrobię. Za te wszystkie szydercze telefony i maile które dostałem, powinienem jeszcze podać Marsjanom ich adresy.
Inwazja! Wielki meteor uderzył w ziemię niedaleko mostu 700-lecia i SP 20, na szczęście nie powodując ofiar. Na razie, myślę sobie, bo ten meteor to nie jest zwykły kawał skały, tylko statek Marsjan. Spodziewam się, że wkrótce wyjdą z niego wielkie machiny bojowe w kształcie trójnogów plujących na wszystkie strony ogniem, siejąc śmierć i zniszczenie. Mogą mieć też kształt spodków.
Zamknąłem się w schronie. Na szczęście mam w nim urządzenia do odbioru i nadawania. Na razie zamiast nadawać sygnały pomocy i próbować rozszyfrować komunikaty Marsjan, zadowalam się odbiorem "Kroniki" w TVP. Właśnie nadawana jest relacja na żywo z miejsca lądowania. Biedacy! Zaraz wszyscy zginą! Ale to jest ich zapłata za niewiarę. Później wystawią im pomnik. Obok mojego. Właz statku zaczyna się otwierać! Zaczyna się inwazja! Cały dotychczasowy porządek świata legnie w gruzach! (czy to źle?)
Inwazja trwa na dobre. Jest jeszcze straszniejsza, niż w moich najgorszych wizjach. Świat już nie walczy. Cały poddał się najeźdźcy. Marsjanie okazali się zielonymi, śmierdzącymi starą kiełbasą pokurczami, chodzącymi od drzwi do drzwi i żebrającymi o pieniądze.
Dzisiaj kilku zapukało do mojego schronu. Otworzyłem im. "Piniendze dasz ty nam?" - zapytał mały łobuz. "Macie tu pięć złotych i spadać z powrotem na Marsa, zielońce" - powiedziałem, kładąc monetę na zielonej, lepkiej rączce. "Czo to ża szajs, dolarów ty nie masz?" "Nie mam! Spadać kurduple!" Na odchodne jeszcze mnie opluli i zwyzywali.
Na taką inwazję nie wymyślono jeszcze schronu.
Info: tekst ten powstał po zapoznaniu się z antologią "Echa wojny światów". Zacząłem tedy rozmyślać, cóż by było, jak by taka przygoda zdarzyła się w moim miejscu zamieszkania (tu: Nowy Sącz). Powyżej jest wynik owych rozważań.
Jeżeli podczas lektury powyższego tekstu nasunęły Ci się jakiekolwiek refleksje, to z łaski swojej prześlij je do mariuszsaint@interia.pl.
Napisał:
Mariusz Saint