Spodobała mi się płyta.
Dziwne. Tak po prostu stwierdziłem, że
pierwszym, co zrobię po powrocie do domu
będzie wygodne rozłożenie się na łóżku
z kubkiem gorącej, parującej jeszcze
mocnej herbaty w jednej dłoni i szarym
nieco zaokrąglonym na brzegach pilotem w
drugiej. Potem wygodne oparcie ciążącej
głowy o twardą, chłodną ścianę,
skierowanie pilota w stronę szafy grającej
i kciuk prześlizgujący się po
przyciskach...
Podobnie czułem się kilka tygodni temu.
Gdy jadąc do domu, znudzony kierowaniem
wzroku na żółknące klony za oknem,
wyciągnąłem z plecaka dopiero, co
zakupione plastikowe pudełko. Zdrapałem
jaskrawożółtą nalepkę z ceną.
Otworzyłem je i uśmiechnąłem się sam
nie wiem czy do swoich myśli czy do
pokrytego dziwacznymi pomarańczowo
srebrno różowymi bohomazami krążka.
Wtedy jednak błoga radość uleciała
gdzieś w chwilę po tym, gdy pierwsze dźwięki
zaczęły nieśmiało wydobywać się z głośników.
Przecież to w ogóle nie ich styl, nie
ten klimat. Poprzednie albumy były takie
melodyjne, psychodelicznie balladowe, pełne
życia, a to ... to im chyba nie wyszło.
Kilka razy przesłuchana na full volume,
szeptem, z słuchawek, czy głośniczków
komputerowych, wciąż nie wyzwalająca
emocji, nie rozlewająca strumienia myśli
po nietkniętych jeszcze rejonach,
podsumowana stwierdzeniem - 'nic
nadzwyczajnego', odstawiona na bok...
czeka...
I ten wieczór gdy na kilka minut przed północą
brak snu dał o sobie znać, pochylając
ciążącą głowę coraz niżej na
spotkanie otwartego na liczeniu
pochodnych podręcznika z matmy. Rzędy
liter, cyfr, wzorów, rozwiązań, przykładów
zlewają się powoli w chaotyczną całość.
Desperacka próba przeciwdziałania
ogarniającej niemocy. Lewa ręka
szerokim zamachem chwyta słuchawki i
naciąga je na uszy, podczas gdy prawa po
omacku szuka żółtego pudełka na
stojaku, znajduje je, mija, wyciąga drugie
stojące obok. Krążek ląduje z
charakterystycznym dźwiękiem, znajomy
skrzypiący warkot ze środka ... dopiero
dostrzegam pomyłkę. Zamiast
dynamicznych, pobudzających rytmów
spokojne syntetyczne dźwięki i ten
mruczący szept.
Leniwe przeciągnięcie wzrokiem po półce
z płytami, po bałaganie w kącie, po
ciemnozielonych żaluzjach i ten mruczący
szept i poduszka przyciągająca coraz
silniej... miękka.. idealnie miękka...
myśli które tracą sens.. w stereo...
palce powoli zaciskają się na... seria
pulsujących elektronicznych...
Ciemność...
Następnego dnia cisza nie istniała.
Ciszą były te elektroniczne dźwięki,
mruczący głos przybierający co jakiś
czas na sile by po chwili znów zaniknąć.
Pierwszy raz. Pierwszy raz w życiu czułem
się jakby gdzieś w zakamarkach jaźni
odcisnęła mi się ta muzyka. Idealnie
harmonizowała z jesienią, z tym chłodem
w powietrzu i ciężkimi chmurami i wodą
z kałuż tryskającą spod kół na
chodnik. I wszędzie był ten głos. W
warkocie silnika na końcu autobusu śpiewał
"I see today with a newsprint fray / my
night is colored headache gray /
daysleeper". Stukotowi butów dwóch
klas mijających się na schodach
towarzyszyło "I'll trip, fall, pick
myself up and walk unafraid". A z
nerwowego skrobania długopisów o kartki
na sprawdzianie z historii dobiegało "if
I have a bag of rocks to carry as I go /
I just want to hold my head up high"
I to potęgujące się z każdą chwilą,
z każdą zanuconą piosenką pragnienie
by te dźwięki nie były jedynie odbijającym
się gdzieś po głowie echem, żeby w końcu
popłynęły z dużych, niewygodnych,
philipsowskich słuchawek otaczając,
przenikając, nasycając...
Spełnienie gdy wraz z ostatnim przepełnionym
silną esencją herbaty łykiem zabrzmiało
"does she know I sing / that song? /
sing along /sing alo~o~ong / si~i~ing
alo~o~o~o~o~ong" mocnym, ale spokojnym
głosem, z nastrojową gitarą w tle i
takim dziwnym szumem...
I wiedziałem. Od tego momentu, że
kocham tą płytę. Nie jest może
najlepsza jaką w życiu słyszałem. Co
z tego? Kocham ją. Ten nastrój, ten
klimat, tak różny od atmosfery innych
albumów, a przez to jedyny, wyjątkowy,
niepowtarzalny, wspaniały.
I znów zapomnieć o sobie nie daje
ciekawa wszystkiego strona natury
ludzkiej. Plącze myśli pobudza do wysiłku.
Nie daje beztrosko upajać się melodiami
zawieszonymi w stereofonicznej
przestrzeni. Przez nią w głowie pączkują
podświadome pytania, pomysły.
Wspomnienia. Jak w uruchomionej
wyszukiwarce. W mgnieniu oka, wyskakują
nowe niezrozumiałe nazwy , dziwne
obrazy, bez związku... skąd?... po co?...
urywki rozmów, czego szukam?... jest...
czy to aby...
Boisko szkolne. Gdzie przez setki WF-ów
ganialiśmy za łaciatą. Choć było
ostatnim miejscem w okolicy nadającej się
do tej gry. "Ruchome piaski" i "burze
pyłowe" wiosną a teraz "grzęzawiska'
(od razu widać kto się wywrócił) I
niweczące wszystko rykoszety od drzew. A
gdy mieliśmy grać "międzynarodowy
mecz wszechczasów" stwierdziliśmy, że
tylko tutaj. Na własnych, kochanych śmieciach.
"Chwilowe" przerwy w dostawie prądu.
Tak wpisały się w rytm życia. Nikogo
nie dziwi gdy odruchowo pstrykając światło
przy wejściu przestępuje próg wciąż
mrocznego przedpokoju. Złośliwość
rzeczy martwych. Chociaż któregoś dnia...
Wypiętrzający się stos problemów
czekających na zmierzenie się z nimi odłożonych
na później, bo szkoła, zaległości,
chciałoby się czegoś posłuchać, coś
obejrzeć w TV. Cyk. I elektryczność na
dziś mamy z głowy. Noc przy powoli
topniejącej świeczce. Cała noc wolna.
Tylko dziękować przypadkowi.
I ta łajba. Stara wysłużona,
niesterowna, nieostra. Zdecydowanie nie
na regaty. Ale po przetarciu nią Śniardw
wzdłuż i wszerz, po trzech nocach
przespanych na twardych deskach pokładu
powstaje swoisty sentyment. Powoduje, że
leząc na dziobie potrafię odczuć każdą
falę uderzającą o burtę. Sterujesz
prawie że siłą woli...
Takich rzeczy są dziesiątki,
mniejszych, większych... Autobusy kursujące
co dzień there and back again. Banery
wyskakujące w necie denerwujące, irytujące,
śmieszne, rozluźniające, przyjemne,
cieszące oko. Ulica z mojego osiedla do
centrum posty od Archiego przy których
kiedyś wysiadałem około 8-10 linijki i
zupełnie od niechcenia dorwana pewnego
wieczora historyjka o Stawonogu przy której
musiałem złapać się parapetu, by nie
zlecieć z krzesła, taka genialnie
absurdalna, kultowa od momentu ukazania
się.
Znaleźć gdzieś we wspomnieniach coś,
cokolwiek, co nagle zaczęło się podobać,
nie było już zwyczajne, nieprzyjemne.
Nie. Właśnie niesamowicie wręcz
niespotykanie w każdym calu piękne, ze
wszystkimi swoimi wadami... wadami.. czy
o jeszcze wady?
We wspomnieniach... czasem trudno
sprecyzować... jak dawno... miesiąc, a
może wcześniej, w ostatnich dniach czy
raczej dzisiaj... Kiedy w moje spojrzenie
wdarło się coś więcej niż ciekawość,
jakby ślady... fascynacji. Czy gdy po
raz pierwszy skrzyżowało się z jej
wzrokiem na ułamek sekundy dłużej, dłużej
niż zwykle w przepełnionym, hałaśliwym
korytarzu, gdzie z dziesiątek niewyraźnych
twarzy przewijających się przed oczami...
jej wzrok, uśmiech....
Ułamek sekundy dłużej... wystarczyło.
Ona jedna. Dziewczyna z tłumu.
Plecak zwyczajnie przerzucony przez ramię,
typowa czarna koszulka założona na bluzę,
zwyczajnie śmiejąca się, rozmawiająca
z koleżanką na przerwie, jakoś dziwnie
opalizujące czarne oprawki okularów, długie,
ciemne włosy, rozpuszczone, łagodnie
opadające na plecy tak zwyczajnie, zupełnie
naturalnie, swobodnie, nieskrępowanie,
tak lekko, nieco chaotycznie, finezyjnie,
zwyczajnie?... Uśmiech taki radosny,
szczery, nie tylko na ustach, śmieje się
cała ona, od stóp do głów, przenika,
zaokrągla rysy twarzy, falujące włosy,
oczy. Te oczy. W których dostrzegam coś,
coś pięknego, cos czego choć trochę
już żyję nie widziałem nigdy wcześniej.
I wtedy do mnie dociera. Jak długo miesiąc,
dwa... Te wszystkie spojrzenia. Rano, na
przerwach i już po wyjściu ze szkoły.
Gdy miałem wrażenie, że gwar rozmów
nagle cichnie. Te zerknięcia na
przeciwną stronę placu, które na
moment się spotykały. 'Zdaje mi się'
- mówiłem, choć gdzieś w głębi
duszy coraz mniej skrycie pragnąłem, by
mi się nie wydawało. By to była prawda.
Zwyczajna dziewczyna?... w jej oczach coś, czego nie
widziałem nigdy przedtem...
I to dziwne nowe uczucie, które przepełnia
mnie od końcówek włosów po opuszki
palców, gdy odprowadzam ją wzrokiem do
drzwi i patrzę jak w nich znika. I to z
dnia na dzień coraz silniejsze
pragnienie by zniknąć w tych drzwiach
zaraz za nią. Rozpocząć rozmowę...
Życie jest bardzo ciekawe.
#Rainman#
10-19 X 2002
shappy_rainman@gazeta.pl
PS.Tytuł arta jest zarazem tytułem piosenki z pomazanej dziwacznymi pomarańczowo srebrno różowymi bohomazami płyty. Teraz zgadujcie czego słuchałem
PS.2 A "~" w "si~i~ing alo~o~o~o~o~ong" to miała być nietypowa modulacja głosu. PS3. Miałem kogoś pochwalić... Kto to miał... Już wiem - Donalda. Za bardzo dobre, ciepłe, optymistyczne arty. Oby więcej takich.
|