HO, HO, HO! MERRY CHRISMAS EVERYBODY! 

Haloł wszystkim! Ufff... mam nadzieje, że zdążyłam... Bo tak sobie siedzę właśnie w domu i myślę, co by tu ciekawego porobić. Lekcje - powiedziała mama. Ale bez przesady. Poza tym mówiłam - coś ciekawego. Może by  skrobnąć do AM...? Ale co? No i tak sobie myślę i myślę i... o qrde! Niedługo święta!! A ja nic nie napisałam jeszcze o Świętym Mikołaju!!! Oby tylko udało się Qniowi, czy tam Eddiemu to zamieścić w grudniowym numerze. Jak się nie uda, no cóż, temat okaże się trochę przeterminowany, ale trudno.

Zacznę od roku pańskiego 1987. Byłam wtedy małą dziewczynką, ale dobrze pamiętam tamten dzień. Był to 6 grudnia - Mikołajki. Za oknami śnieg. Był wieczór, choinka roztaczała wokół siebie kolorową poświatę, a ja z utęsknieniem czekałam na Świętego Mikołaja. Mojej mamy nie było w domu, gdyż, jak zostałam poinformowana przez tatę, "mamusia poszła do sąsiadki po masło". Także siedziałam w domu z tatą, babcią i dziadkiem i czekałam na tego białobrodego staruszka, który miał mi przynieść masę prezentów. Żebym nie wyszła na materialistkę dodam, iż nie tylko na prezentach mi zależało, również na samym spotkaniu z Mikołajem, gdyż miałam o nim wyrobioną opinię miłego starszego pana, przy którym nic złego stać mi się nie może. W końcu zabrzęczał dzwonek w drzwiach. Nareszcie! Babcia go wpuściła, ja poprosiłam, żeby usiadł w fotelu, a on mnie wziął na kolana. I wtedy TO się stało. Wtedy spostrzegłam u niego białe rękawiczki. Nic by w tym nie było złego, (w końcu Mikołaj, wolny człowiek, może nosić rękawiczki, jakie chce), gdyby nie fakt, że to były BIAŁE RĘKAWICZKI MOJEJ MAMY. Tak, to były napewno one, byłam o tym przekonana. Na próżno dziadkowie i tata próbowali mi wmówić, że to przypadek, zbieg okoliczności. Ja po prostu wiedziałam, że jest to bezczelna ściema, że to rękawiczki mojej mamy, a co za tym idzie, że Mikołaj albo jest złodziejem, albo... moją mamą. Ta druga ewentualność wydała mi się, nie wiem czemu, bardziej prawdopodobna... Wtedy też na pewien czas przestałam wierzyć w Świętego Mikołaja.

Na pewien czas, gdyż w roku 1990, kiedy poszłam do przedszkola, uwierzyłam w niego ponownie. Tyle, że inaczej. Otóż pani w przedszkolu nam to wszystko wytłumaczyła. Mikołaj istnieje, ale mieszka w Laponii i przez cały rok wraz z zastępami elfów, produkuje tam zabawki. Jest, niestety, zbyt zajęty, żeby te zabawki rozwozić po świecie, tudzież latające sanie to jedna wielka bujda, także rozdawaniem prezentów zajmują się inne osoby do tego niejako upoważnione (rodzice, fałszywi Mikołajowie itp.). Śpoko. Taką wersja była do przyjęcia i nawet mogłam mamie wybaczyć to zajście sprzed kilku lat...

Niestety wszystko się zmieniło dwie wiosny później, w pierwszej klasie podstawówki. Wtedy to przedstawiłam swoje zdanie na temat Mikołaja koleżankom i kolegom z klasy, a oni... bezczelnie mnie wyśmiali! Poczułam się głupio i dziecinnie, gdy stwierdzili, iż moje poglądy są nieadekwatne do mojego wieku. No cóż...? W takim wypadku, aby nie stanowić czarnej owcy na tle rówieśników (byłam wtedy mała i głupia), przyjęłam ich wersję wydarzeń, która była krótka i treściwa: Mikołaja nie ma, wierzą w niego tylko przedszkolaki.

Jednakże w 1994 roku bodajże, na lekcji religii dowiedziałam się prawdy prawdziwej i, jak uznałam, jedynej. Święty Mikołaj istnieje! Tyle, że nie żyje. Został po śmierci uznany za świętego i tyle. Za życia bardzo kochał dzieci i obdarowywał je prezentami i tak to się przyjęło, wciskać dzieciakom kit, że Mikołaj je odwiedza w każde święta. No to znałam nareszcie prawdę... Tylko, nie wiem czemu, ta prawda wcale mi się nie podobała!

Z upływem lat rozwijała się we mnie moja własna teoria na ten temat. W końcu, na podstawie słów Mickiewicza "tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam czego rozum nie złamie" utworzyło się we mnie przekonanie, iż, wbrew wszelkim pozorom, Święty Mikołaj istnieje, żyje sobie w Laponii i lata tymi swoimi saniami, rozwożąc prezenty. Do dzisiaj moja opinia się nie zmieniła i głoszę ją śmiało każdemu, kto chce mnie wysłuchać. A, że w AM każdy może śmiało wygłaszać swoje opinie, toteż właśnie moją wygłosiłam:).

Na koniec chciałam jeszcze przytoczyć fragment gazetki szkolnej z roku, jeżeli się nie mylę, 1998 , w której przeczytałam rzecz następującą:

ŚWIĘTY MIKOŁAJ JEST ALKOHOLIKIEM!

Jak ostatnio donosi prasa, widziano tego miłego starszego pana w pewnym barze, popijającego napoje wysokoprocentowe. Barman zdradził, że ostatnio jest on tam stałym klientem. Elfy potwierdzają nasze przypuszczenia, że pan św. Mikołaj ma drobne problemy z alkoholem. To wszystko wyjaśnia... Zarówno ten wieczny, głupkowaty uśmiech, czerwony nos i policzki, to, że potrafi wybełkotać jedynie "ho, ho, ho", jak i fakt, że starcza mu sił na to całe rozdawanie prezentów.

Nie ukrywam, że bardzo dał mi do myślenia powyższy artykuł. Czyżby Mikołaj nie był taki, za jakiego go uważam? Czyżby to była prawda?? Nie... Uznałam, że jednak to wina tych z redakcji gazetki, że to po prostu idioci i puszczają takie plotki w świat, w celu uzyskania większej popularności swojego pisma. Ale nie, ja się nie dam na to nabrać. Mikołaj istnieje, jest dobry, kocha dzieci i nie pije!

Takim optymistycznym akcentem kończę moje wywody. Jeżeli ktoś się nie zgadza z moją opinią, to proszę bardzo, może mi przedstawić swoją, używając do tego poczty e-mail. Ale uprzedzam, że żadne argumenty nie są w stanie zmienić mojego zdania na ten temat:).

agi
agi.k@wp.pl