Kilka stron puszki z farbą
Witam Serdecznie! Jako bądź co bądź zatwardziała grafomanka do czasu do czasu muszę coś napisać. Tym razem pretekst dał mi Baton swoim tekstem pt.: "Skazani za puszkę farby" z 31 numeru AM. Ten tekścik to krótkie preludium do ewentualnej dyskusji o grafficiarzach i ich twórczości. Skoro jest już jakieś preludium to może napiszmy pierwszy akt... Ostrzegam tylko lojalnie, że ten pierwszy akt to istny tasiemiec.
Wszystko odbywać się będzie starym jak wynalazek koła sposobem - gdzieniegdzie zacytuję Batona i do powyższych się ustosunkuję, ale i tak proponuję tekst Batona przeczytać, tak dla rozjaśnienia obrazu. No, ale przejdźmy do meritum.
"Artykuł ten piszę w dniu 30 sierpnia 2002. Dnia poprzedniego, czyli 29 sierpnia 2002 oglądając Wiadomości na pierwszym kanale TVP dowiedziałem się, że złapano grupkę grafficiarzy, którzy działali na terenie swojego miasta (niestety, nie pamiętam już jakiego). Oka, to się zdarza, ale owej grupce ponoć grozi do 5 lat pozbawienia wolności! Przyznam się, że sam maluję i pytam się, czy ja także zasługuję na 5 lat odsiadki? Za poważniejsze przestępstwa inni dostają o wiele łagodniejsze wyroki. Ten kraj staje się powoli coraz gorszy." Być może moja odpowiedź może kogoś zdrowo zdziwić, ale jest możliwe, że ci ludzie zasługiwali na to co dostali. Może spróbuję to jakoś umotywować.
Po pierwsze tak naprawdę nie wiemy nic konkretnego o tej sprawie, nie wiemy ani czym Ci ludzie chcieli swoje miasto upiększyć, ani jakie konkretnie budynki upiększali. Na tej podstawie jaką daje nam ta informacja trudno budować jakikolwiek porządny obraz sytuacji. Może podam analogiczny przykład (przy okazji ładnie pasuje do zarzutu o gorszych przestępstwach i niższych wyrokach): "W nocy w jednym z Polskich szpitali żołnierz służby czynnej próbował udusić pielęgniarkę gołymi rękoma. Pomimo niezbitych dowodów na zajście przestępstwa postępowanie umorzono, a były oskarżony wciąż odbywa służbę w Wojsku Polskim." Bulwersujące, nieprawdaż? Tyle tylko, że po zapoznaniu się ze szczegółami może się okazać, że wyrok jest sensowny (tych co chcieliby się o ewentualnej sensowności wyroku przekonać, zapraszam na sam koniec tekstu).
Jedźmy dalej i spróbujmy uzasadnić czemu ci goście mogliby pójść do więzienia na pięć lat (w końcu nie wiemy przecież czy zostali na te pięć lat skazani). Otóż istnieje takie stareńkie powiedzonko, że cudza własność jest święta. Prawo nie zezwala nie tylko na kradzież cudzej własności, czy jej dosłowne niszczenie, ale także na "modyfikację" tejże - np. jeżeli kupię sobie lazurowy żakiet, to ktoś kto bez mojej wiedzy przefarbuje go na kolor ostrej zieleni, więc nie zniszczy dosłownie, lecz doprowadzi do jego "modyfikacji" popełnia przestępstwo, za które mogę go pozwać do sądu. Logiczne? Analogicznie sprawa ma się z budynkami i malowaniem tychże - zakłada się, że jeżeli właściciel postawił budynki z wielkiej płyty to NIKT bez jego zgody nie ma prawa ich przemalować choćby miał najlepsze chęci.
Na dodatek nie tylko nasze Polskie prawo podchodzi do tego w ten sposób - podobnie jest w wielu innych krajach - w Singapurze na przykład złapany grafficiarz jest skazywany na publiczną chłostę, a w Niemczech taki delikwent obciążany jest kosztami renowacji elewacji takiego budynku (jeżeli nie ma pieniędzy odsiaduje wyrok w więzieniu).
Następny proszę! "Denerwuje mnie to, że ludzie mówią o nas jako o wandalach. Zdarza się, że ktoś nabazgra coś sprejem po murach, ale czemu od razu winę zrzuca się na prawdziwych grafficiarzy?"
Tak już w życiu jest, że stosuje się tzw. zasadę zbiorowej odpowiedzialności. Mówi się, że ludzie myślą ogólnikami, a żyją szczegółami, dlatego jest właśnie tak jak jest. Zresztą zasada zbiorowej odpowiedzialności nie dotyczy wyłącznie grafficiarzy, a także wielu innych grup. Zauważ, że ty także stosujesz uogólnienie mówiąc, że ludzie mówią o was jak o wandalach. Przecież nie wszyscy ludzie, prawda?
"Naszym celem nie jest zabazgranie murów czymś czego wogóle nie da się oglądać. My chcemy, jak wcześniej powiedziałem upiększyć miasto. Poprzez malowanie na murach możemy wyrazić samego siebie, dać upust własnym emocjom."
Cóż, nie wszyscy z tych "prawdziwych" grafficiarzy uprawiają graffiti tylko ze względu na walory estetyczne. Wielu z nich poza wyrażaniem swoich emocji szuka jeszcze w tym wszystkim adrenaliny związanej z robieniem czegoś zabronionego. Nie zajmuję się co prawda malowaniem graffiti, ale się o to środowisko otarłam i wiem, że tacy też są. Ale załóżmy że, mówimy tu o tych artystach z prawdziwego zdarzenia. W takim wypadku można całą sprawę załatwić tak, żeby ludzie i prawo nie traktowali tego jak wandalizmu. Trzeba się mianowicie dogadać z władzami miasta. Wiem, że nie jest to proste, ale bynajmniej nie niemożliwe - w wielu miastach władze oddały jakiś teren na pastwę grafficiarzom np.: w Warszawie taki los spotkał mury Służewca, które prezentują się teraz nad wyraz ciekawie.
Oczywiście Ci artyści nie dostaną do dyspozycji wszystkich ścian budynków w całym mieście, ale jakaś legalna enklawa graffiti może spokojnie powstać - a tam grafficiarze mogą choć spróbować przekonać ludzi, że grafiti może być prawdziwą sztuką. Żeby była jasność sytuacji - ja nie mam nic przeciwko graffiti i nie chcę go wcale zamykać w getcie, ale działając przeciw prawu nie uda się wyrobić sobie powszechnie dobrej opinii.
Poza tym grafficiarze chcą upiększyć miasto, ale trzeba pamiętać, że co dla jednego jest piękne, dla drugiego może być ohydne - trzeba umieć szanować ludzką rozbieżność gustów i warto pamiętać o tym, że być może mieszkańcy danego budynku (lub jego właściciel) wolą wygląd oryginalny - jakkolwiek dziwne mogłoby się to wydawać. Dlatego warto dowiedzieć się gdzie i kto nie pozwala malować graffiti, w końcu każdy budynek ma jakiegoś właściciela, nawet takiego bezosobowego jak spółdzielnia.
"Ktoś kiedyś powiedział takie fajne zdanie: "Moje miasto, moją kolorowanką". Zdarza się, że niektóre wrzuty to prawdziwe dzieła sztuki."
Co do tych dzieł sztuki, to się akurat zgodzę (przynajmniej częściowo, bo jak już wspomniałam nie dla wszystkich ta sama rzecz jest piękna), ale "kolorowanka" budzi już pewne wątpliwości.
Wyobraźmy sobie, że w jakimś mieście gdzie jest milion mieszkańców pięć procent stanowią grafficiarze z prawdziwego zdarzenia. I ta grupa pięćdziesięciu tysięcy ludzi rusza w miasto żeby wcielić w życie maksymę "moje miasto moją kolorowaną". Malują wkrótce całe miasto, ale tak się składa, że jeden nie patrzy za bardzo na to co robi drugi (w końcu MOJE miasto, to MOJA kolorowanka, więc czemu miałbym się przy jej tworzeniu przejmować kimś innym?), ani czy ludziom się podoba to co oni malują (ten sam argument). W efekcie całkiem możliwe, że mieszkańcy otrzymają tak niestrawny miszmasz, że w "kolorowym" mieście, będzie równe nieprzyjemnie żyć jak w szarym. Dlatego może lepiej by było gdyby nasze miasto było nasz WSPÓLNĄ kolorowanką?
Podsumowując, osobiście uważam, że graffiti może być tak samo dobrą sztuką jak rzeźba czy typowe malarstwo, ale na każdą rzecz jest odpowiednie miejsce i odpowiedni czas - malowidła też wiesza się w galeriach, a nie w publicznych wychodkach...
Nadszedł wreszcie koniec pierwszego aktu, kurtyna opada i mamy antrakt. Publiczność może spokojnie pójść do bufetu i czegoś się napić. A dla ciekawskich obiecane wyjaśnienie sprawy tajemniczego żołnierza dusiciela:
Jest to przypadek autentyczny (wyroku niestety nie znałam więc go sobie sfabrykowałam na potrzeby tekstu, ale tak właśnie najprawdopodobniej było). Pewien żołnierz był wielokrotnie budzony w nocy by pomagać pielęgniarkom związywać niebezpiecznych pacjentów - za którymś razem z kolei żołnierz w stanie tzw. "upojenia przysennego" (jest to stan, w którym znajdujemy się zaraz po przebudzeniu, zanim jeszcze odzyskamy pełną świadomość) zaczął dusić pielęgniarkę. Potem całego zdarzenia nie pamiętał, uważał za rzecz niesłychaną i szczerze żałował. Biegły psychiatra po analizie uznał, że żołnierz nie był świadom tego co robi i nie może być w związku z tym ukarany za ten czyn. (wygrzebałam to wszystko z Magazynu "Gazety Wyborczej" z dnia 17 V 2001, a konkretnie z wywiadu z Dr Jerzym Pobochą, biegłym psychiatrą - to dla tych ekstremalnie ciekawskich).
To wreszcie koniec. ;-)
Pozdrawiam
Boginka
Kontakt z sekcją artystyczną ds. tego przedstawienia: divinity@go2.pl