Obcy
Arta tego napisałem ze dwa miesiące przedtem, nim wysłany został do AM. Miałem zamiar pozostawić go niczym w "wirtualnej szufladzie" tylko dla siebie, traktując jako wprawkę. To chyba błąd. Gdybym wysłał go od razu, znalazłby się najprawdopodobniej w AM 12/2002 wraz z artykułem Faramira pt. "Czy istnieje życie pozaziemskie?" i stanowiłby doń kontruzupełnienie. Faramir podjął temat, niech więc art mojego autorstwa ujrzy światło dzienne. Żyje sobie ludzkość na trzeciej planecie od Słońca, a pewna część populacji wypatruje z zapałem istot z zewnątrz. Istnieją nawet ludzie przekonani o istnieniu innej inteligencji - zbierają wątłe jak na razie dowody bytności Obcych na Ziemi (nie chodzi tu oczywiście o filmowych Alienów). Inni patrzą na nich z przymrużeniem oka lub nawet uważają za niespełna rozumu. Ja, jako człowiek na najlepszej drodze do stania się fizykiem, jestem niejako zawodowo zobligowany do trzeźwego spojrzenia na świat. Oczywiście brak dowodu nie jest dowodem braku, zatem mogę równocześnie wierzyć w istnienie Boga (co czynię), jak i nie zaneguję istnienia kosmitów. W świetle faktów możliwe jest zarówno przekonanie takie, jak i zupełnie przeciwne - dla naukowca kwestia istnienia pozaziemskiego życia i w szczególności rozumu jest na dziś dzień nieoznaczona; niektórzy mają nadzieję i szukają, inni nie zawracają sobie głowy. Pomijając kiepskiej wiarygodności "dowody" zbierane przez różnych zapalonych Mulderów, istnieje pewien naukowy sposób rozumowania: większość naukowców wierzy, że miejsce Ziemi i Człowieka (wielka litera użyta z premedytacją) we Wszechświecie nie jest pozycją szczególną, lecz reprezentatywną. Kosmos jest tak wielki, że zawiera dużo podobnych Ziemi planet. A skoro na jednej (tzn. na Ziemi) rozwinęło się życie i inteligencja, dlaczego zatem inne mają być inne? Ergo: na niektórych z nich bytują obce rozumy. Trochę innymi słowami: jeśli powstanie życia i inteligencji jest choć trochę prawdopodobne, to mając bardzo dużo przestrzeni i czasu natura stworzy je więcej niż raz; a prawdopodobne być musi, skoro zdarzyło się tak na Ziemi. Tak. Całkiem logiczne. Jednak tutaj ujawnia się pewien szkopuł naukowego myślenia. Powyższe rozumowanie odrzuca sytuację "Ziemia - jedyne źródło inteligencji we Wszechświecie" jako skrajnie nieprawdopodobną: "bo dlaczego mielibyśmy być uprzywilejowani?". Ale to jest jak z grą w totka - określona kombinacja liczb jest mało prawdopodobna, a gdyby losować np. sto liczb z miliona, to trafić byłoby jeszcze ciężej. Jednak po losowaniu mamy pewną kombinację pomimo tego, że prawdopodobieństwo jej uzyskania było bardzo (bardzo, bardzo, bardzo...) małe. Jest już po losowaniu i wcześniejsze prawdopodobieństwa wcale się nie liczą. Wylosowana kombinacja stanowi fakt, którego nikt nie zaneguje nawet argumentując: "bo prawdopodobieństwo było prawie zerowe". Ziemia i jej mieszkańcy istnieją - to fakt, wynik skomplikowanego losowania jakim była cała przeszłość Wszechświata (nawet jeśli ten proces był w pełni deterministyczny, nie losowy; chodzi o to, że dał pewien wynik). Jeśli Ziemia jest jedyną zamieszkaną planetą, to nie pomoże argumentacja "bo to tak nieprawdopodobne". Tak jest i już. Oczywiście nie wiemy czy jest tak w istocie, ale argument "kosmici istnieją, bo inna możliwość jest bardzo, bardzo, bardzo nieprawdopodobna" traci moc, bo prawdopodobieństwo nie ma znaczenia post factum. Po prostu nie wiemy jak jest, nie możemy odrzucić możliwości, że nie istnieją. Powyższe rozumowanie należy przeprowadzać z dużą ostrożnością, ponieważ może prowadzić do wniosku, że istnienie życia tłumaczy się samo przez się. Nauka nie doszłaby daleko, gdyby na pytania "dlaczego?" odpowiadała "bo tak jest, tego nie zmienisz". Wskazuje ono jedynie, że istniejące już fakty nie zależą od swego prawdopodobieństwa w przeszłości. Rozważmy przykład: Człowiek rodzi się i jest wychowywany nie widząc innych ludzi (kamery, roboty, głos Big Brothera - okrutne, ale w istocie możliwe), uczy się mówić i rozmawia ze swoim nadzorcą. Pyta: "ja jestem człowiekem, a czy istnieją inni ludzie?" "Tak, kilka miliardów!". Widzi, że ma dwie nogi. Jeśli jest inteligentny rozumuje: "spośród tak wielu ludzi musi istnieć paru mających również dokładnie dwie nogi, przecież jest tak mało prawdopodobne, bym tylko ja miał akurat dwie". Ma rację. Ale jeśli zauważy u siebie znamię w kształcie widelca na udzie i pomyśli: "nie mogę tylko ja mieć czegoś takiego, ktoś inny też musi mieć takie samo". Ale jednak takie znamię jest bardzo mało prawdopodobne i nasz obiekt raczej nie ma racji. Wydumana sytuacja? A pamiętacie Gorbaczowa? Czy wiecie jak nieprawdopodobne jest spotkanie człowieka z dokładnie takim znamieniem na czole? A ten pan tak miał - to fakt i przeszłe prawdopodobieństwo nie ma tu żadnego znaczenia. Dlaczego zatem tak wielu naukowców odrzuca obraz Ziemi jako jedynego siedliska rozumu z racji jego nieprawdopodobieństwa. Obcy albo istnieją albo nie istnieją i niezależnie które z tych dwu zachodzi, jest już ustalonym faktem i przeszłe prawdopodobieństwa tego nie zmienią. Człowiek może wierzyć w to lub owo, ale istnienie lub nieistnienie pozaziemskiego rozumu nie jest w żadnym wypadku udowodnione naukowo. Wiara sobie, ale naukowcy (szczególnie fizycy) są w swej pracy Tomaszami [btw co robi prawdziwy fizyk napotkawszy ławkę z kartką "świeżo malowane"? - siada, by zweryfikować to doświadczalnie]. Ja bym jednak wolał, by Obcych nie było. Mimo, że kontakt mógłby dać nam wiele w kwestii technologii, wiedzy (w końcu my raczej do nich nieprędko polecimy, zatem prawdziwe spotkanie może zajść tylko z cywilizacją wyższą technicznie); zetknięcie z obcą kulturą, mentalnością mogłoby być fascynujące. Ale boję się, że bylibyśmy dla nich swoistymi "Indianami", nawet jeśli nie mieliby zamiaru nas podbijać, traktowali ludzkość partnersko. Doświadczylibyśmy jednak upadku naszej "zacofanej" kultury, dokonałby się totalny przewrót w stylu życia. Mimo wszystko bylibyśmy istotami niższej kategorii, bo cóż z tego, że i tysiąc ludzi posiądzie ich wiedzę, znajomość realiów, gdy inni nadal będą kończyć normalne ziemskie studia i będą względem przybyszów jak Kopernik do Hawkinga lub Euklides do Penrose'a.  Nie chcę zatem szukać Obcych - niech zostawią nas w spokoju. Może Oni właśnie tak robią i widujemy tylko przypadkiem ich nieliczne pojazdy badawcze (ale mogliby nie kaleczyć krów :)). Mam nadzieję, że Stwórca rzeczywiście tak to zmajstrował, że dotarcie do swojego gwiezdnego sąsiada zajmuje tysiące lat i jest nieopłacalne, więc nie przeszkadzamy sobie wzajemnie. Życzę Wam ludzie oraz sobie, abyśmy nie doświadczyli tak ciekawych czasów kontaktu. Zaś jeśli przebrnąłeś przez cały mój art, pomyśl, jak mało prawdopodobne było, że ktoś przeczyta taką cegłę nieśmiesznych, nudnych i wymagających myślenia wypocin.
Kontakt z Au-torem
P.S. Śmieszą mnie ludzie nie wierzący w istnienie UFO. UFO znaczy "niezidentyfikowany obiekt latający". Pamiętajcie, nawet gołąb jest UFO do momentu, gdy zidentyfikujemy go jako pie******ego srającego gołębia!