Na zewnątrz:
Idiota

Ma dwadzieścia trzy lata. Mieszka z rodzicami. Na czwartym piętrze.  Nie są zbyt bogaci. Ot, taka przeciętna rodzina.
Stał na balkonie.
Pod nim zgromadził się już tłumek ciekawskich, tłumek Świętych. Jakaś babcia, stojąca na balkonie w bloku naprzeciwko, przeżegnała się.
Wolałby być sam.
To tylko mały kroczek. Wystarczy, że puści się barierki. Przecież i tak ma już zmarnowane życie. To tylko mały kroczek.
Jest mu zimno. Stoi w samych slipkach i podkoszulku, a na dworze mróz. Nic nie widzi prze łzy. Nie może ich otrzeć. Zmarznięte, czerwone, spocone ręce ściskaj barierkę.
Przyszło ich więcej. W różnych mundurach. Jutro go zamkną. Zamkną go na trzy lata. Zmarnują mu życie. On im na to nie pozwoli. Skoczy i nie będzie tego ciągnął.
Stojąca na balkonie w bloku na przeciwko babcia przeżegnała się.
Nie boi się śmierci. Tam będzie już cisza.
Święci wydali już wyrok - nie skoczy. Gdyby chciał skoczyć, to by już to zrobił. Stoi tylko na tym balkonie i marnuje czas i pieniądz porządnych ludzi.
Czwarte piętro to nie tak wysoko. A jeśli przeżyje. Jeśli będę miał tylko jeszcze więcej bólu. Tego tylko się boi, bólu. Tej strasznej chwili, gdy moje kości z zetknięciu z ziemią połamią się. Bo potem będzie cisza.
Będzie leciał, w dół wolny, i będzie tylko cisza. Nie zamkną go w tej klatce.
Duży stał na dole patrząc na frajera z balkonu. Jego własna wina, że dał się złapać. Duży przekupił by policję, Duży by się nie dał złapać. Ten jest zbyt słaby. Słabi zawsze giną. Duży przetrwa.
Z okna wygląda jego sąsiad. Chłopak, dwa lata młodszy. Wrzeszczy mu, że co on chce zrobić.
Krzyczy co sił.
Odsiedzisz te trzy latka i cię wypuszczą. Zaczniesz od nowa.
Boże, jak ja żałuję. Gdybym mógł cofnąć czas.
Jesteś jeszcze młody.
Nie myślałem co się stanie jak mnie złapią. Boże, jaki ja byłem głupi.
Żałuję. Żałuję. Żałuję.
Masz całe życie przed sobą.
Boże, jeśli ty tam gdzieś jesteś…
Boże, jeśli ty tam gdzieś jesteś, a ja skoczę?
Boże, co ja mam zrobić?
Stój tam. Zaraz po ciebie przyjdą.
Ręce ślizgają się po barierce. Chwycili go za ramiona i wyciągnęli.

Syn sąsiadki schował się w oknie i mruknął odgarniając włosy z twarzy: Idiota

Babcia znikła z balkonu, pukając się w czoło. Obserwujący zdarzenie rozeszli się. Nie było już nic ciekawego. Bo co jest ciekawego w płaczacym cicho człowieku na balkonie. Kompletnie nic.

Coś znowu umarło. Może nie on. Ale coś znowu umarło.
Może we mnie. Nie chce mi się już krzyczeć.

A Święci odeszli przekonani o swej słuszności.
Zawsze należy słuchać Świętych.

Novinha
theprisoner@wp.pl