W 31 numerze Action Maga znalazł się art niejakiego Batona, traktujący o biednych grafficiarzach, których to zgarnęła podła, nietolerancyjna i niedoceniająca artystów policja.
Imć Baton wyraził chęć poznania zdania na ten temat innych czytelników AM. No więc proszę bardzo: oto i moje zdanie.
Już poza wstępem (bo art ten zaplanowałem jako raczej krótki i przeciąganie wstępu niebezpiecznie zachwiałoby proporcjami) zaznaczam, że piszę z pozycji wroga wszelkich przejawów "kultury" hiphopowej, czyli identyfikowanych z hiphopowcami: worków do chodzenia, zwanych spodniami massa, wszelkiego brzęczącego badziewia wiszącego u szyi, czy rzeczonego
graffiti właśnie. Nie liczcie więc specjalnie na obiektywizm.
Muszę przyznać, że kolega Baton rozczulił mnie, pisząc o nastolatkach, którzy "chcieli tylko upiększyć swoje miasto". Normalnie łezka mi po policzku pociekła. Biedni, niewyżyci artystycznie chłopcy, chcieli wszak jedynie za pomocą puchy z farbą "wyrażać samych siebie", jak to dalej autor stwierdza, gdy tu nagle dopadła ich zawartość patrolującego miasto smerfomobilu. Mało tego, potraktowano ich jak wandali i zagrożono wyrokiem! Ich, grupę prawdziwych artystów, tak dbających o estetykę swego rodzinnego miasta!
Jak tak można, zdaje się z oburzeniem pytać kolega Baton.
To ja odpowiem: można. Mało tego, trzeba! Banda wandali bazgrząca po murach pozostaje bandą wandali bazgrzącą po murach, choćby i kolega Baton uważał ich za wielkich artystów! A wandali należy tępić! Choćby i wsadzać za kratki, ku przestrodze reszcie domorosłych "mistrzów spreju"! A już solidna kara finansowa, plus naturalnie pokrycie kosztów oczyszczania muru/elewacji ze swoich bohomazów, to moim zdaniem minimum!
Niech szczyle wiedzą, że szpecenie miast jest zdecydowanie niepożądane!
Piszę "szczyle", choć nie zdziwiłbym się, gdyby spora część streetart makerów znacznie przewyższała mnie wiekiem. Piszę świadomie i z premedytacją - czy człowiek uważający się za dorosłego wykradałby się "na miasto" pod osłoną nocy z puchą farby pod pachą, tylko w celu nagryzmolenia jakiegoś badziewia na pierwszym napotkanym kawałku w miarę pionowej nawierzchni?
Nie wydaje mi się.
Żeby to jeszcze te kolorowe plamy coś sobą reprezentowały. Żeby tak ich autorzy FAKTYCZNIE mieli do przekazani coś ważnego... Wszak za komuny też szpecono ściany - tyle, że wówczas miało to na celu zasygnalizowanie sprzeciwu wobec obowiązującego systemu, napisy na ścianach stanowiły swoiste wyzwanie rzucone władzom.
A może grafficiarze mają się właśnie za kontynuatorów tamtych tradycji? Może wydaje im się, że są właśnie takimi buntownikami, walczącymi do ostatniej kropli farby z cenzurą, której co prawda nie ma? Nie bardzo wiedzą, przeciw czemu mieliby się buntować, ale to nic, buntują się ot tak, dla zasady?
Żałosne.
A może wszelkie bunty mają daleko w tyle i po prostu chcą pochwalić się światu swoim, wątpliwym częściej niż rzadziej, talentem? Jeśli tak, to moja wobec nich tolerancja, której śladowe ilości byłbym w stanie z siebie jako wobec Bojowników-Z-Systemem wykrzesać, zmalałaby do zera.
I proszę nie wyjeżdżać mi tu z argumentami o pięknie co niektórych ulicznych bohomazów. Zgoda, czasem faktycznie coś im tam wyjdzie, ale miejski mur czy kolejka to chyba nieodpowiednie miejsce do eksponowania swoich "dzieł" (albo i dzieł - bez cudzysłowu, co by nie było, że złośliwy jestem).
W pewnym momencie kolega Baton przytacza słowa "Moje miasto, moją kolorowanką". Bullshit. Kup sobie miasto, to będzie twoje. A skoro jednak jeszcze twoje nie jest, pozostaw decyzje o jego ewentualnym upiększaniu miejskim włodarzom.
Do następnego.
Axel Prubaj Hoolaynoga
p.s. Pozdrawiam Manwe Bros, Faramira + bandę z Wągrowca, Szamana, Żyletę, Overbrzucha, The_chest'a, Nathaniela, Justynę i wszystkich podzielających moje zapatrywania na temat
graffiti.