1 listopada 2002

To dzień jedyny w roku. Skłaniający do zadumy. Pomimo moich przekonań nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego, że po śmierci dusza człowieka przestaje istnieć, w jednej chwili jest, w drugiej znika, niczym zdmuchnięty płomień świecy. To byłoby najgorsze, o czym mogę pomyśleć.
Wybrałem się na cmentarz. Nie wziąłem świeczek. Pod wieczór jest tam przepięknie. Uwielbiam tą atmosferę. Można godzinami chodzić i z zachwytem rozglądać się dookoła. Setki kolorowych światełek otaczają mnie ze wszystkich stron. Usiadłem na ławeczce. Chyba nigdzie nie myśli się lepiej niż wieczorem na cmentarzu 1 listopada.
Dookoła przechadzają się pary trzymające się za ręce. Przeżywają to razem. Nikt nie patrzy na chłopaka siedzącego pod drzewem. Tylko jakiś mężczyzna w podeszłym wieku spogląda na mnie, a potem na swoją żonę, jakby chciał powiedzieć: "Znowu przyszli demolować groby".
Poszedłem na grób mojej babci. Kilka dni temu ktoś przewrócił tablicę. Z tyłu na czarnym kamieniu widać jeszcze ślady cementu po naprawie. Na pomniku stoi prawie trzydzieści świeczek i kwiaty. Na grobie obok - ani jedna.
Obok przechodzi para młodych ludzi. Ona wyciera oczy chusteczką, on ją pociesza. Stają niedaleko i chwilę rozmawiają. Po chwili biorą się za ręce i idą w swoją stronę.
Wszyscy chodzą parami albo w kilkuosobowych grupach. Przyjemnie popatrzeć, że nie wszyscy są sami... jak ja...
Pod tym względem to bardziej dołujący dzień niż Walentynki.
Ale i tak będę przechadzał się tam jeszcze kilka godzin... chciałbym jednak spacerować z kimś...

Doorshlaq <doorshlaq@poczta.onet.pl>

PS. Podczas pisania słuchałem płyty Genesis "Calling all stations"
PS2. "That's why I'm calling all stations
          In the hope that someone hears me
          A single lonely voice"