Dzisiaj uraczę was opowieścią z cyklu "Axel vs Polska Służba Zdrowia", zatytułowaną "Wizyta u alergologa". Lojalnie ostrzegam, że w dalszej części tekstu znajdą się obrazowe opisy scen drastycznych, jeśli więc widok/zapach/smak krwi i innych płynów ustrojowych jest wam niemiły, lepiej dajcie sobie spokój. Dobra, tyle tytułem wstępu... Możemy zaczynać.
Czym jest alergia, wie raczej każdy. Jeśli nie łapiesz się pod określenie "każdy", już tłumaczę - jest to takie cholerstwo, przez które człowiek chodzi zasmarkany, łzawią mu oczy, kręci się w głowie i ogólnie czuje się jak wypluty. W moim przypadku doszła jeszcze obrzydliwie swędząca wysypka, mająca zwyczaj wyskakiwać w najmniej odpowiednich momentach na najmniej odpowiednich częściach ciała. Powyższe objawy znosiłem mężnie przez jakieś dwa tygodnie, ale wreszcie skapitulowałem i postanowiłem udać się do lekarza. Naturalnie Polska Służba Zdrowia nie byłaby sobą, gdyby ułatwiała życie pacjentom. Zanim więc otrzymałem skierowanie do alergologa, nieźle nabiegałem się po przychodniach, wykonałem kilka telefonów i w ogóle straciłem sporo nerwów. Dość powiedzieć, że potrzebny świstek uzyskałem dopiero po jakimś miesiącu, ciągle borykając się z uniemożliwiającą normalne funkcjonowanie alergią! Skandal!
Do alergologa miałem udać się czwartego czerwca.
W końcu nadszedł czwarty czerwiec. Z bojową miną wkroczyłem na teren szpitala, odszukałem pawilon z "poradniami specjalistycznymi", zarejestrowałem się jak Bozia przykazała, i na wszelki wypadek zapytałem o drogę. Przez następne pół godziny błąkałem się po szpitalnych korytarzach, bo "tutaj, w lewo i schodami na dół" w praktyce oznaczało kilkadziesiąt zakrętów i ze dwa rozwidlenia. Klimat był niesamowity - gabinet alergologa umieszczono w piwnicach, a zarząd szpitala widocznie postanowił nieco oszczędzić na oświetleniu. Spadających z sufitu alienów nie stwierdziłem, z powodzeniem zastępowali ich za to szaleni pielęgniarze, zasuwający po korytarzach z wózkami. No wyobraźcie sobie - długi, ciemny korytarz, cisza, i pędzący z naprzeciwka pielęgniarz. Psychoza.
Wreszcie znalazłem odpowiedni gabinet (017, gdyby ktoś pytał). Ale żeby nie było za prosto, lekarz miał się w nim pojawić dopiero po dziesiątej (a była dziewiąta). Przysunąłem się więc do najbliższego źródła światła, usiadłem na krzesełku i pogrążyłem w lekturze.
Czas upływał, a doktora ni widu... Koło wpół do jedenastej zacząłem się obawiać, czy zdążę do domu na mecz (a przecież czwartego czerwca nasi grali z Koreą, co jako wierny a naiwny kibic strasznie chciałem zobaczyć). Koło wpół do dwunastej byłem już pogodzony z myślą, że na żywo meczu nie zobaczę (teraz wiem, że nic nie straciłem), i zrezygnowany oczekiwałem na dalszy rozwój wypadków.
W końcu korytarzem nadciągnął imć alergolog. Szczęśliwym trafem byłem pierwszy w kolejce, więc od razu wpakowałem się do gabinetu. Początek był spokojny. Standardowe blablabla, objawy, kiedy, od kiedy itd. Następnie nastąpiło badanie właściwe...
UWAGA!!! SCENY Z GATUNKU GORE!!! CZYTAĆ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!!!
Najpierw do gabinetu wtoczyła się postawna pielęgniarka, taszcząc ze sobą pewne podejrzane pudło. Jak się potem okazało, pudło to zawierało szereg buteleczek z różnokolorowymi płynami, czyli alergenami, jak się toto fachowo nazywa. Następnie kazała mi położyć ręce na stole i wykonała na nich długopisem dwanaście punktów, które skrupulatnie ponumerowała. Potem wyciągnęła takie coś z ząbkami na końcu i ze złym błyskiem w oku oznajmiła, że może troszkę boleć. Po czym z pasją zaczęła dziabać każdy punkt z osobna, aby powstałe otwory zakroplić alergenami. Następnie kazała mi przez piętnaście minut trzymać łapska w bezruchu i czekać.
Minuta pierwsza: Ręce zaczynają swędzieć i czerwienieć. Pan doktor (przy okazji: Serdeczne pozdrowienia, panie Wojtku! Był pan jedyną życzliwą osobą w całym tym chorym przybytku!) siedzi gdzieś w kącie i cośtam notuje, pielęgniarka stoi nade mną i z ukontentowaniem obserwuje moje cierpienie.
Minuta piąta: Na łapach pojawiają się bąble (nie muszę dodawać, że napuchnięte, żółtawe i obrzydliwe?). Swędzi tak, że ciężko usiedzieć, w dodatku zaczyna mi cieknąć z nosa. Pielęgniarka drze się na mnie, bo zaczynają mi drżeć ręce. Pan doktor patrzy na nią z wyrzutem.
Minuta dziesiąta: Bąble przybierają monstrualne rozmiary. Zaczynają mi łzawić ślepia, pan doktor próbuje nieco rozładować atmosferę, opatrując komentarzami wygląd chrzanionych bąbli: "Zobacz, chłopie, to chyba ameba. Widzisz te wszystkie nibynóżki?".
Minuta piętnasta: Nareszcie odzywa się stoper. Pielęgniarka smaruje mi łapki dziwnie pachnącą maścią i łaskawie pozwala się wysmarkać. Najpierw jednak za pomocą linijki (dobrze, że cyrkla pod ręką nie miała!) mierzy średnice bąbli i pomrukując wpisuje wyniki do specjalnej tabeli. Po chwili nerwowego oczekiwania pada werdykt: uczulenie na wszelkie możliwe trawy, większośc pyłków i ich kombinacje, pylące intensywnie, ale krótko, więc o odczulaniu nie ma nawet mowy. Następuje przypisanie tabletek i odesłanie zmaltretowanego pacjenta do domu.
KONIEC SCEN Z GATUNKU GORE!!! MOŻECIE BEZPIECZNIE CZYTAĆ DALEJ!!!
Cóż, prawie pół roku po opisanych wydarzeniach nadal zdarza mi się obudzić z płaczem na wspomnienie pielęgniarki z ząbkowanym narzędziem tortur. Zmiany w mojej i tak pokręconej psychice prawdopodobnie są nieodwracalne. Jestem pewien, że w cywilizowanym świecie nawet labolatoryjne myszki nie są w taki sposób traktowane! Ciekawe, co na to Konwencja Helsinska?
Tja. To byłoby na tyle, żegna was zatopiony w przerażających wspomnieniach
Axel Prubaj Hoolaynoga
p.s. Art ten powstał dawno temu. Przypadkiem znalazłem go na dysku podczas przedświątecznych porządków, i postanowiłem, po kosmetycznych jedynie przeróbkach, zaprezentować w Action Magu. Czy wytrzymał próbę czasu, oceńcie sami.
p.p.s. Pozdrawiam zaprzyjaźnionych alergików - Manwego i Overbrzucha, a oprócz nich Szamana, Żyletę, M@nj@ka, Faramira, The_chest_of_presidenta i Justynę.