Sen
To co zaraz przeczytacie to sen, który
przyśnił mi się pewnej nocy. Wywarł on na mnie tak ogromne wrażenie, że
postanowiłem go opisać. Zapraszam do lektury i życzę każdemu tak realistycznych
snów.
Po kłótni z kolegą skręciłem w przeciwną
stronę i wsiadłem do autobusu nr 195. Po jakimś czasie weszła jakaś wycieczka
i wtedy zobaczyłem jej piękne złocisto- brązowe włosy. Przeżyłem szok.
Następnie odwróciła się i mogłem zobaczyć jej urocze policzki i głębię
kasztanu w jej oczach. Siedziała na takim dziwnym wysuwanym siedzeniu (jak
w korytarzu w pociągu) w środkowej części autobusu. Widziałem Ją doskonale,
lecz Ona nie patrzyła w moją stronę, jakby mnie nie pamiętając. Była z
koleżanką i ze swoją klasą jechała do Francji. Znowu miałem szansę i nie
wykorzystałem jej. Nie odezwałem się ani jednym słowem, o nic nie zapytałem.
Minąłem przystanek, na którym miałem wysiąść ale nie przejmowałem się tym
wcale. Cały czas patrzyłem na Jej cudowną twarz. Na kolejnym przystanku
wysiadłem, sam nie wiem dlaczego. Chyba bałem się, że za daleko odjadę.
Lecz to już było “za daleko”. Byłem w obcej dzielnicy, na dwupasmówce.
Po lewej stronie ulicy znajdowała się olbrzymia cukiernia, po prawej zaś:
ciemny, mały skwerek. Nie, to raczej nie był skwerek a kilka dużych drzew.
Rosły one na ziemi nie pokrytej trawą, sfałdowanej i piaszczystej. Za owymi
drzewami było ogrodzenie (takie jakie widuje się w parkach). Przeszedłem
na drugą stronę ulicy do przystanków (były 3). Ku mojemu zdziwieniu na
żadnym z nich nie było numeru 195. Przeszedłem ponownie na drugą stronę
(tam gdzie były drzewa) i ujrzałem niesamowity widok: autobus, którym jechałem
również się zatrzymał i wysiadła z niego wycieczka. Podszedłem bliżej i
dane mi było zobaczyć Ją jeszcze raz. Teraz wydawała mi się jeszcze piękniejsza.
Mimo, iż było sporo ludzi widziałem Ją doskonale. Każdy Jej krok, każdy
Jej uśmiech wydawał mi się nieskończoną poezją. I znowu nic nie powiedziałem,
tylko szedłem a ona w ogóle mnie nie widziała. Czyżby mnie tam nie było?
Klasa wchodziła w głąb drzew i przeszła
przez ogrodzenie do parku. A więc to rzeczywiście był park. Nagle straciłem
ją z oczu. I wtedy coś się wydarzyło. Ogarną mnie tak głęboki smutek jakbym
wiedział, że straciłem ostatnią szansę. Zrozpaczony pobiegłem wzdłuż ulicy,
pod koronami mrocznych drzew. Biegłem i biegłem a łzy płynęły mi po policzkach.
Po drodze minąłem bandę chuliganów, którzy rozmawiali między sobą i nie
zwracali na mnie najmniejszej uwagi. Rozpacz ogarniała moja duszę. Chciałem
pobiec do domu. Do jedynego miejsca na Ziemi gdzie czułem się naprawdę
dobrze. Ale dom był za daleko... Zrezygnowany wolnym już krokiem przeszedłem
na drugą stronę ulicy i cofnąłem cię do przystanków. Było tam trochę ludzi.
Jacyś mężczyźni rozmawiali między sobą o chuliganach. Pewnie to ci, których
mijałem. Usiadłem na ławce z znowu zacząłem płakać. Łzy lały się na chodnik,
ale nikt nie zwracał na mnie żadnej uwagi, nikt nie zapytał dlaczego płacze.
Ludzie śmiali się, rozmawiali, żartowali. Tak jakby w ogóle mnie tam nie
było...
PS: Wszystkie zdarzenia opisane powyżej zastały wyśnione, tzn. żaden wątek nie został dopisany “na trzeźwo” aby uatrakcyjnić tekst.
PS 2: Opisujcie własne sny! To bardzo zdrowe (i ciekawe)!
PS 3: Jak mi się jeszcze coś ciekawego
przyśni to dam znać.
CAPS LOCK