Obudziłem się. Leżę na jakimś miękkim podłożu - delikatnym, ciepłym i niezwykle
przyjemnym dla ciała. Czuję się dziwnie. Lekko boli mnie głowa, oczy szczypią,
wszystkie mięśnie są na luzie. Nie mam siły wstać. Mało tego: nie mam siły
otworzyć oczu! Leżę sobie jeszcze chwilę na boku i nasłuchuję. Panuje cisza
- z jednej strony to dobrze, bowiem najmniejszy nawet szmer spowodowałby
eksplozję mojej głowy, z drugiej jednak wpływa na mnie niepokojąco.
Z wielkim trudem udaje mi się rozchylić powieki i usiąść. Rozglądam się
na boki - gdzie ja jestem? Wokół tylko pusta przestrzeń, to dziwne podłoże
podobne do śniegu (z tą różnicą że jest ciepłe) i gęsta mgła skutecznie
ograniczająca pole widzenia. Ten cały krajobraz oglądam niczym z perspektywy
Obcego - po bokach obraz lekko rozmazany, całość natomiast wygląda jakbym
znajdował się w tunelu.
Wstaję. Nieswojo się czuję - zupełnie
jakbym nie miał ciała. Narasta we mnie strach. Trochę w prawo zalśnił jakiś
punkt. "Co to może być? Iść czy nie iść?". Nim sobie odpowiedziałem na
te pytania już kierowałem się w stronę tajemniczego blasku. Zdawało mi
się, że lewituję, jednak nie zwracałem na to większej uwagi. Wreszcie doszedłem
do celu: była to kula, piękna, idealna, bez najmniejszej skazy, wytwarzająca
wokół siebie jakieś dziwne pole. Przyglądałem się jej przez dłuższy czas
aż nagle zaczęły się pojawiać nań jakieś obrazy. Pewne dziecko gra w piłkę,
idzie do Pierwszej Komunii, bije się na żarty z kolegami... Zaraz, to przecież
ja! To moje młodzieńcze lata! Serce stanęło mi w gardle i instynktownie
zrobiłem kilka kroków w tył. Jeszcze chwila a z przerażenia oczy wyskoczyłyby
mi z orbit. Odwróciłem się i chciałem biec jak najdalej przed siebie, gdy
ujrzałem potężną bramę, której wcześniej tu nie było. Była niesamowita
- grube kraty, jakieś dziwne pozłacane herby. Była także ogromna, że sięgała
chyba... nieba? Podszedłem doń - sama się otworzyła. Nie za dużo lecz starczyło
abym przezeń wszedł. Tak też zrobiłem. Wtem nastąpił straszny błysk, przez
który omal nie oślepłem. Przez kilka następnych minut klęczałem i masowałem
oczy. Gdy wreszcie odzyskałem wzrok zdałem sobie sprawę, że znajduję się
na środku wielkiej sali. Wokoło trybuny wypełnione ludźmi, którzy bacznie
mi się przyglądali. W pierwszych rzędach siedzieli... aniołowie? Czy to
naprawdę aniołowie? Czy to znaczy, że umarłem? Rozglądając się jeszcze
utkwiłem wzrok w monumentalnym tronie, na którym spoczywał dostojny mężczyzna
z brodą, odziany w białe, długie szaty.
"Piotr T. alias Diabeł alias Rybak?" - zwrócił się do mnie. Odpowiedziałem
twierdząco. Głos mi się łamał, byłem przestraszony a w dodatku przez dziesiątki
oczu zimno na mnie patrzących czułem się mało pewnie.
"Tak!" - powtórzyłem głośniej. Mężczyzna na tronie pokiwał delikatnie głową.
Zapanowała niezręczna cisza. Nie słychać było niczego: głosów, kaszlu,
szurania, powiewu wiatru. Słychać było tylko jedno - dudnienie mojego serca.
Czułem się jak osamotniona mrówka, która wstąpiła na nieznany sobie teren.
"Gdzie ja jestem?" - spytałem nieśmiale.
"Na swoim procesie, w Sądzie Bożym" - usłyszałem w odpowiedzi. Dotarło
do mnie, że naprawdę umarłem, że teraz ważą się losy mojej "przyszłości",
a człowiek na tronie to sam Bóg. Nagle jeden z aniołów wstał rozwijając
rulon z jakimiś zapiskami.
Zaczął czytać:
"Nieprzykładanie większej uwagi do religii, chwile zwątpienia w Boga, publiczne
wytykanie wad Boga, ubliżanie księżom, nieobchodzenie świąt, wiara w innych
bogów...".
Tak, to były moje grzechy. Anioł jeszcze
jakiś czas czytał je, ja jednak już go nie słuchałem. Rozglądałem się po
trybunach w poszukiwaniu jakiejś znajomej twarzy, kogoś, kto mógłby mnie
w tej chwili uszczęśliwić chociaż jednym uśmiechem, który w tym momencie
miał wartość dużo większą niż wszystkie skarby świata. Moje poszukiwania
skończyły się jednak fiaskiem. Anioł zakończył czytanie, zwinął rulon i
usiadł. Wzrok swój zwróciłem na Sędziego. Znów panowała cisza. Cały się
w środku gotowałem, kipiałem, z zewnątrz natomiast oblał mnie zimny pot.
Chciałem krzyknąć, że miałem też zalety, pomagałem innym lecz powstrzymałem
się. Sam nie wiem czemu to zrobiłem. Cały w nerwach czekałem na werdykt.
Po dłuższej chwili nastąpił:
"Piekło...". Grunt pod nogami mi się osunął, trybuny uleciały niczym para,
Sędzia pękł jak bańka mydlana. Leciałem w dół - nagi, przerażony, osamotniony
i stracony. Zemdlałem...
Ocknąłem się. Szybko wstałem i stwierdziłem, że znajduję się w swoim łóżku.
Drżę, jestem zalany potem, mój wzrok nie gości w jednym miejscu dłużej
niż dwie sekundy, wciąż gdzieś wędruje. Więc to był sen? To wszystko nie
działo się naprawdę? Musiałem się uspokoić. Chodziłem po pokoju w tę i
z powrotem. Wreszcie - po kilku minutach - mogłem wszystko przemyśleć.
To był sen, sen o mnie, o moim sądzie, o moim miejscu w niebie lub w piekle.
A jeżeli to była przestroga z "góry", że swoim zachowaniem i reakcjami
zasługuję tylko na piekło, że jeśli się nie zmienię sen już wkrótce stanie
się rzeczywistością? Być może tak się stanie, nie wiem. Wiem natomiast,
że swojego postępowania nie zmienię, nadal będę taki jaki jestem: przyjacielski
dla ludzi których lubię a konfliktowy i "mało sympatyczny" dla osób znienawidzonych.
Taki mam charakter i żaden sen tego nie zmieni.
Tej nocy już nie spałem...
devil (ok_devil@wp.pl)
PS: Słuchałem P.O.D. - muzyki jak najbardziej na miejscu.