Czyli OlseNowe bulwersacje na brudnym kiblu
Poszedłem do łazienki. To dla mnie bardzo ważny moment, dlatego też
nie
spieszyłem się i dostojnym krokiem
podążałem w stronę ubikacji. Krok może nie tyle
dostojny, co ostrożny, bo parcie na
zwieracz stało się już cudownie nieznośne.
Nie rozumiem ludzi, którzy nie potrafią
się wy... załatwić w ogólnodostępnej toalecie.
Chociaż czas pokazał, że mają oni poniekąd rację.
Nasz kibel w pracy jest całkiem ładniutki, jeśli się go porówna z innymi
tego
typu przybytkami, jakie miałem swego
czasu okazję “zwiedzić”. Do tej pory
oglądałem szpitalnie białe, higienicznie
czyste i śmierdzące jakimś shuwaxem
wyszorowane kibelki ze standardowym
wyposażeniem w postaci szczotki i papieru
toaletowego, którego notorycznie brakuje.
U nas jest zupełnie inaczej.
Podczas swoich ubikacyjnych wojaży zdążyłem uzmysłowić sobie pewną
sprawę: otóż sracz zawsze jest najlepszym
wizerunkiem firmy, która go ufundowała.
Małe i biedne firmy mają pojedynczą
kabinę, którą rzadko kto sprząta. A muszla
często ma brązowy ślad z kamienia od
wyciekającej z rezerwuaru wody. Większe, ale
nie przywiązujące do indywidualności
swoich pracowników firmy, oferują “salony
sralne” w postaci ogromnego kibla,
z kilkunastoma kabinami i rzędem pisuarów,
gdzie, jak brat z bratem można obok
siebie załatwiać się, stojąc mężnie ramię w
ramię. W teatrach, gdzie jeszcze panuje
drobna, acz bardzo słuszna tradycja, że klient,
to ważna osoba, ubikacje są czyste
i zadbane. Molochy kinowe oferują nam
wygodne i nowoczesne, lecz również
pozbawione osobowości kabiny i pisuary.
U nas jest zupełnie inaczej.
Firma promuje indywidualność, dlatego też każda kabina to oddzielne
pomieszczenie, i może w mojej części
budynku w łazience są tylko trzy kabiny,
niemniej jednak są to przedzielone
grubą, ceglaną ścianą ubikacje, gdzie nawet
można puścić bąka i nie drżeć ze strachu,
czy ktoś obok się nie roześmieje. Pisuary
również są oddalone od siebie, a na
dodatek rzadko kiedy się zdarza, że do chodzi
do krępującej sytuacji “nakrycia” kogoś
na procederze oddawania moczu. Ubikacja,
to bardzo wygodne i oferujące komfort
psychiczny miejsce, z wentylatorem w
podsufitce, kilkoma zapasowymi rolkami
papieru. Drzwi zasuwają się na zasuwkę.
Nie na mierny haczyk, czy skobelek.
Są także najbardziej zwykłymi drzwiami, a nie
kawałkiem deski zawieszonym w powietrzu
na wahadłowych zawiasach, spod
którego, bez żadnej niedyskrecji, można
ocenić, jak bardzo owłosione nogi i jakie
majtki ma dziś siedząca na “tronie”
osoba.
Zgodnie z teorią jaka firma, taki kibel
– każda ubikacja ma inne kafelki i terakotę.
Indywidualność, to indywidualność.
Z resztą ludzie “na poziomie”, których zatrudnia
moja firma, to w większości osoby z
wyższym (co najmniej) wykształceniem,
inteligentni fachowcy w swoim zawodzie...
Zasługują więc na to, żeby chwile
spędzone w kiblu sprzyjały relaksowi
i komfortowi psychicznemu.
I tak w miłej i przyjemnej atmosferze, codziennie mogę posiedzieć kilka
minut
na wygodnym sraczyku i pozbyć się kilku
kilogramów zupełnie już niepotrzebnych
odrzutów z procesu trawienia.
Czasem jednak wkrada się w tą sielankę nieprzyjemny zgrzyt.
Takie tragiczne wydarzenie miało miejsce również teraz, kiedy człowiek
najbardziej na świecie pragnie spuścić
spodnie i siąść na chłodnej desce. Och jakże
okrutnie los karze ludzką naiwność
i wiarę, że ludzie “na poziomie” (ci, których
zatrudnia moja firma, pamiętacie?),
potrafią się z a w s z e zachować jak przystało na
wykształconych i na co dzień kulturalnych
ludzi. Nie tylko na sali konferencyjnej i w
korytarzu, kiedy czując respekt przed
ich umiejętnościami, wiedzą i dostojnym
zachowaniem, kłaniam im się na powitanie,
ale dosłownie na każdym kroku swojej
egzystencji. Niestety. Ci kulturalni
i uczeni ludzie często pokazują, że najlepszym dla
nich rozwiązaniem sanitarnym byłaby
wycięta w podłodze dziura i załatwianie
najbardziej oczywistych potrzeb w pozycji
Alberto Tomby. Nie wiem z czego to
wynika, ale częstym obrazkiem w naszych
ubikacjach, jest rozmazana kupa, albo
obsikana deska klozetowa, którą po
sobie pozostawiają ludzie, którzy zasługują na
mój szacunek do momentu, kiedy wkroczą
na teren WC.
Szacunek często świńskiego i obrzydliwego
prostaka, o niewybrednych manierach,
który czasem ponoć zachowuje się jak
zwierzak. Którego jednak odrzuca na widok
niestartego z kibla gówna i pozaszczywanej
podłogi i deski, którą zbyt ciężko jest
podnieść. A ileż to wysiłku kosztuje
sprzątnięcie po sobie? Niewiele. Sam robię to
zawsze i jakoś nic mi się nie stało...
Cóż. Może za nich, w domu, robią to ich
prywatne sprzątaczki, na którą mnie
nie stać, albo żony, której jeszcze nie mam.
Ciekawe co myślą sobie tacy “zasrywacze”
na widok bałaganu zostawionego po
jakimś innym użytkowniku. Cokolwiek
by wtedy nie mówili, niechaj pamiętają, że
mówią również o sobie, więc na każda
obelga, którą rzucą pod adresem owego
“obsrańca” będzie w pełni zasłużona
także i przez ich samych.
Niemniej jednak, dzięki temu miałem dziś nieprzyjemną okazję biegać od
kibla
do kibla, modląc się, w duchu, żeby
nikt nie zobaczył mnie, jak zaglądam do jednego
i zaraz pędzę ku drugiemu, z na wpół
opuszczonymi spodniami, które już miałem
opuszczone i gotów byłem posadzić swoją
cenną rzyć na desce, która okazała się
zaszczana przez jakiegoś inteligentnego
i kulturalnego człowieka, któremu na codzień
z szacunkiem wynikającym z wieku i
wieloletnich studiów mówię “dzieńdobry”.
Tekst ten w całości dedykuję ludziom, którzy sami bywają w podobnych
sytuacjach. Standardowo, część z tego
tekstu nie miała w rzeczywistości miejsca,
a wiele faktów zmieniłem, lub zataiłem.
Z przyczyn oczywistych nie zdradzę,
które to części.
OlseN – gangrel6@wp.pl