*** Relacja z koncertu The Scorpions ***
(9 XI 2002)


Przed hale Torwaru przybyłem już przed 15.00, po odbiór biletów. Mimo tak wczesnej pory przed hala stała już grupka fanów niemieckiego zespołu. Do hali ochrona zaczęła wpuszczać około 17.30. W trakcie czekania przed drzwiami prowadzącymi na płytę sali, słychać było ostatnie przygotowania. Po kilku minutach można było już wejść. Na "rozgrzewkę" organizator zaproponował nam pop-rockową grupę z Ukrainy. Jej występ był całkowitą porażką. Dziwię się, że owa grupa nie została wygwizdana. Szczególną uwagę chyba wszystkich zgromadzonych w hali Torwaru zwrócił gitarzysta. Uczesanie a'la Beatles, do tego korzuch i gitara akustyczna w ręku, kto nie wiedział jego nie żałuje. Drugiego takiego "rockmana" długo w Polce nie będzie. Moją początkową uwagę zwróciła także dosyć ładna gitarzystka, która później okazała się... gitarzystą! Na szczęście nasi wschodni sąsiedzi zagrali tylko 4 (słownie: cztery) utwory i przy bitych z litości brawach zeszli ze sceny. Technicy szybko usunęli ich sprzęt grający ze sceny i zaczęli sprawdzać, czy wszystko jest ok. Co ważne na scenę został wniesiony miś perkusisty - Kottaka. Techniczny posadził go na perkusji i kazał się nie ruszać mu.

Po 35 minutach na wszystkie światła z gasły, do moich uszu dobiegło intro - utwór Hurricane 2000. Po chwili nagle na scenie pojawiły się gwiazdy tamtego wieczoru. Zaczęli od Coming Home, na początku były małe problemy. Nie wszyscy śpiewali razem z Klausem refren. Jednak już przy następnej piosence (Bad Boys Running Wild) wszystko było OK. A przy następnych dwóch (The Zoo i We'll Burn The Sky) nic nie mogło być nie dograne. Już od początku Klaus rzucał publiczności pałeczki Kottaka. Niestety żadna nie poleciała w moją stronę, mimo że stałem 2-3 metry od sceny tuż przed Schenkerem i Rieckermanem. Już wtedy w hali było strasznie gorąco mimo to zespół zagrał jeszcze trzy utwory (Loving You Sunday Morning, Tease Me, Please Me, Coast To Coast - Meine za poźno wszedł na scenę z gitarą) za nim nastąpiła małą przerwa dla nas i dla zespołu. Wtedy to zagrali Always Somewhere i Holiday w wersji akustycznej. Przed tym drugim utworem Klaus prosił by wszyscy śpiewali ten utwór. Mimo, że atmosfera była bardzo gorąca, to w hali zrobiło się zimniej i nie było już tak duszno. Następnie zespół zagrał You And I oraz No One Like You. Wtedy na scenie został tylko Jabs, który popisywał się swoimi umiejętnościami gry na gitarze. Jednak niezbyt dobrze mu to wyszło. Ale nie było to ważne dla mnie, gdyż zespół zagrał zaraz po tym Big City Night - jedną z moich ulubionych piosenek tej grupy. Po której był także wspaniały utwór - Dynamite, który wyszedł bardzo słabo - w ogóle nie było słychać wokalu! Po tym utworze na scenie pozostał sam perkusista - Kottak. Pokazał on swoje nieprzeciętne umiejętności. Prawdziwy z niego showman. Będac już bardzo zmęczony wziął butelkę Heinekena, życzył wszystkim "na zdrownia" i... wypił ;). Po czym rozbił butelkę o własną głowę! Nastęnie zaczął biegać po scenie domagając się owacji. Na publikę po jego lewej stronie ponarzekał, na publikę po jego prawej stronie ponarzekał, tylko środkowa (a jakże inaczej! Przecież ja tam byłem) część publiki spełniła jego oczekiwania. Więc by zmobilizować całą publikę, jaka zasiadła tego dnia w hali Torwaru, wziął swojego misia i się mu poskarżzył, po czym biegał z nim po scenie, ale teraz doping był już nieporównywalnie większy! Po chwili na scenę wróciła reszta zespołu, po masce Rudolfa było wiadomo jaki utwór bedzie grany - Blackout! To co się działo podczas tej piosenki jest ciężkie do opisania. Grupa podziękowała fanom i zeszła ze sceny. Po chwili jednak wróciła i zaśpiewałą chyba najbardziej znaną ich piosenkę - Wind Of Change. W jej trakcie na płycie i na trybunach wytworzyła się ciężka do opisania atmosfera, którą jednak trochę popsuł Klaus, gdyż prawdopodobnie jego gwizdana partia była... puszczona z playbacku! Po tym utworze. Fani domagali się piosenki Still Loving You, jednak zanim Scorpsi zaczęli wykonywać ten utwór Klaus wziął dwie polskie flagi od fanów. Jedną rozłożył na perkusji, a drugą rozciągnął i nosił przez cały utwór na ramieniu. Po tym utworze czekała fanów niespodzianka. Przed nią jednak Klaus zaczął mówić jakimi to oni nie są przyjaciółmi z Polakami i w ogóle takie bullshity. A poźniej wywołał Dariusza Michalczewskiego i Jana Borysewicza! I zaczęli śpiewać zawsze Tam Gdzie Ty! (Tzn Jan grał, a Darek trochę podśpiewywał, a publika śpiewała ten znany rockowy hymn). Na zakończenie pierwszego bisu grupa zagrała Rock You Like A Hurricane i to był prawdziwy szał. Ten z utworu Blackout był NICZYM w porównaniu z tym co się wtedy działo. Po tym utwórze zespół zszedł na chwilkę, by jeszcze podziękować wszystkim, którzy maczali palce w tourne z okazji 30 - lecia zespołu. A na wielki finał zagrali When The Smoke Is Going Down. Po czym zespół pożegnał się z fanami, podziękował im, w naszą stronę poleciały jeszcze pałeczki i kostki Rudolfa, jednak nawet miałem już pod palcami, ale ostatecznie znalazła innego właściciela.

Nie trudno jest się domyśleć, że wizyta Scorpionsów w Polsce była udana. Hala Torwaru była cała zapełniona. Mimo to stojąc 2-3 metry od sceny zawsze miałem obok siebie pół metra wolnego miejsca. Fani dopingowali swoich idoli przez cały czas, cały czas śpiewali z Klausem. A na koniec pożegnali Scorposów głośnymi okrzykami "Dziękujemy!, Dziękujemy!"


© The LasT Child