RECENZJE PŁYT PEARL JAM
część 1


     Pearl Jam to zespół, który, mimo że działa bez wielkiego rozgłosu, na uboczu, cały czas pozostaje w sercach ogromnej ilości fanów. Fanów muzyki szczerej, błyskotliwej i pełnej artyzmu. Opisanie kolejnych albumów tego zespołu, własnych wrażeń z nimi związanych jest naprawdę trudne, bo Pearl Jam, jak mało która grupa nie ma właściwie na swoim koncie słabych płyt. Postaram się jednak przedstawić Wam jej dokonania.

     A wszystko zaczęło się na początku poprzedniej dekady, w 1991 roku. Trzej muzycy - gitarzyści Mike McCready i Stone Gossard oraz basista Jeff Ament poszukują wokalisty do nowego zespołu. Dwaj ostatni są już bardzo znani na seattle'owskiej scenie rockowej, jako byli członkowie Green River i Mother Love Bone. Za pośrednictwem Jacka Ironsa (bardziej zorientowani pamiętają go z oryginalnego składu Red Hot Chili Peppers) ich kaseta demo trafia do Eddiego Veddera - surfera z San Diego. Ten zauroczony jej zawartością, pisze teksty i linie wokalne do trzech utworów i materiał zatytułowany "Mamasan" odsyła z powrotem. Ament i spółka są zachwyceni. Szybko ściągają nieznanego wokalistę do Seattle i zakładają kapelę o nazwie Mookie Blaylock. Wkrótce przemienia się ona w Pearl Jam. Perkusistą zostaje Dave Krusen, szybko zastąpiony przez Dave'a Abbruzzese'a.   


*** "Ten" ***

     Debiutancki album Pearl Jam zatytułowany "Ten" wchodzi na rynek 28 sierpnia 1991 roku. Sama nazwa ma dwa znaczenia - pierwsze sugeruje, że płytę stworzyło dziesięć rąk, oczu i uszu. Drugie jest bardziej przyziemne - z tym numerem na koszulce grał Blaylock.
     Krążek nagrano spontanicznie, w bardzo krótkim czasie. I być może właśnie dlatego "Ten" brzmi tak surowo, świeżo i przede wszystkim wybuchowo. Bo pierwszy longplay kapeli to prawdziwy dynamit. Rewelacyjna mieszanka tradycyjnych, wyrosłych z hard-rocka riffów, poruszających tekstów przejmująco zaśpiewanych przez charakterystyczny głos Eddiego i, może przede wszystkim, niezwykłej autentyczności daje genialny efekt. O "Ten" po prostu nie wypada mówić, jak o zwykłej płycie, bo mija się to z celem. Jest w tym albumie jakaś szczególna siła, która u wrażliwego słuchacza zostawia trwały ślad na całe lata. Obcując z muzyką tych ludzi, poznajemy prawdziwą Sztukę, której naprawdę w żaden sposób nie da się porównać z tym, co masowo serwują nam komercyjne stacje telewizyjne czy radiowe. Te dźwięki poruszają nas do głębi i przez długi czas nie chcą nas opuścić (a niekórych, jak niżej podpisanego, zapewne nigdy nie opuszczą).
     Co konkretnie zawiera "Ten"? Wyróżniają się przede wszystkim dwie części wspomnianego wyżej "Mamasan" - "Alive" i "Once" (trzeci utwór - "Footsteps" po raz pierwszy ukazał się na singlu "Jeremy"). Pierwszy charakteryzuje wspaniały, "posuwisty" riff, bluesowa atmosfera i epokowa solówka. Drugi zaś jest szybszy, bardziej zwarty, z niesamowicie przebojowym refrenem. Tekst całej trylogii, w pewnym sensie autobiograficzny, opowiada o nienormalnym dzieciństwie i jego konsekwencjach w przyszłości. Oprócz tego na debiucie znajdują się właściwie same klasyczne już dzisiaj kawałki. Poruszający "Black", z wokalem niezmiennie wywołującym ciary na plecach... Żywiołowy "Even Flow", będący kwintesencją pearljamowego stylu. Słynny "Jeremy" mówiący o chłopcu, który zastrzelił się na oczach całej klasy. Spokojny "Oceans", przywołujący na myśl pinkfloydowską psychodelię... Chyba nie muszę wymieniać dalej? 
     Cóż, trudno wyobrazić sobie fana muzyki rockowej nie znającego "Ten". Jeden z najwspanialszych debiutów w historii rocka, wspaniale kultywujący klasyczne rockowe i bluesowe rozwiązania.

OCENA: 10/10

*** "Vs" ***

     Po wielkim i zasłużonym sukcesie pierwszej płyty zespół znalazł się pod niemałą presją. Czy Pearl Jam potrafi podtrzymać formę i zachować autentyczność? Czy może stanie się jeszcze jednym zespołem zjadającym własny ogon? Wątpliwości rozwiał "Vs", wydany w październiku 1993 roku.
     Zrobił to jednak w dosyć dziwnym stylu. "Versus" jest bowiem zupełnie innym albumem niż "Ten". Zmieniło się przede wszystkim brzmienie - ostrzejsze, bardziej punkowe. Jednocześnie zwiększyła się liczba ballad. Krążek jest zdecydowanie trudniejszy w odbiorze, ale jeśli już się w niego "wgryziemy", zapewni nam naprawdę wspaniałe doznania.
     Niestety "Vs" nie jest płytą tak równą i cały czas trzymającą najwyższy z możliwych poziom. Są tu fragmenty wspaniałe, ale są też trochę słabsze. Nie znaczy to jednak, że album jest zły - wręcz przeciwnie - ale jeśli debiutuje się takim longplayem, jak "Ten"... Do utworów o największej sile rażenia na pewno należy "Rearviewmirror" - z mocno wybijanym rytmem i genialnie narastającym napięciem, prowadzącym do wspaniałej kulminacji. Poetycki tekst, traktujący o samobójstwie, to prawdziwy popis Eddiego. Więcej mówić nie będę - po prostu kocham ten kawałek. Równie porażający moment to uwielbiany przez fanów "Daughter", będący piękną balladą o niesamowitej atmosferze. Wcześniej słuchamy jeszcze dwóch czadów - kapitalnego "Animal" i nieco chaotycznego "Go". Ale najostrzejszym utworem (kto wie, czy nie w całej dyskografii Pearl Jam) jest "Blood" z rozwrzeszczanym jak nigdy dotąd Vedderem i totalną, punkową rozwałką. Na przeciwległym biegunie wieńczący płytę "Indifference", przepiękna i niezwykle przejmująca pieśń o bezsensie wojen.
     Na pewno totalnym zaskoczeniem jest "Rats" z funkowym groovem, którego nie powstydziliby się Red Hoci. Ciekawy tekst można odebrać jako porównanie szczurów do ludzi, z którego te pierwsze wychodzą obronną ręką... Równie dziwny jest "W.M.A." - z plemiennym rytmem i genialną linią basu.
     Mimo kilku słabszych punktów (wspomniany już "Go", czy nieco zbyt konwencjonalny "Dissident"), płyta broni się właściwie nie gorzej niż debiut. Trzeba tylko przyjąć do wiadomości, że zespół zmienił się, rozwinął swoją muzykę. I nadal jest wielki.

OCENA: 8/10

 *** "Vitalogy" ***

     Trzecia płyta zespołu - "Vitalogy" to zarazem pierwszy album, który mógł się popisać odlotową oprawą graficzną. Zamiast normalnego, plastikowego opakowania - stylizacja na starą księgę, z kompaktem włożonym w ostatnią stronę. W środku teksty (nie zawsze całe), masa rysunków, zdjęć i innych dziwnych rzeczy. Naprawdę miło jest za ciężkie pieniądze kupić tak świetnie wydany i oprawiony krążek. Później nietypowa oprawa płyt stanie się zresztą cechą charakterystyczną kapeli. W tym miejscu warto dodać, że za layout odpowiedzialny jest zawsze basista Jeff Ament.
     Przejdźmy jednak do muzyki. Tytuł sugeruje coś witalnego, pełnego życia. Jednak sama zawartość wręcz przeciwnie - tak mrocznego albumu Pearl Jam jeszcze nie nagrał. Nawet piękne ballady (np. "Nothingman") są podszyte jakimś niepokojem, który udziela się słuchaczowi. Nie da się ukryć, że Vedder skupił się tym razem na pisaniu o sprawach "ciemniejszych", że tak powiem - depresji, śmierci, złych aspektach sławy.
     Otwierający płytę "Last Exit" to kwintesencja stylu zespołu. Porywający numer, łączący w sobie żywiołowość rocka i tą specyficzną pearljamową wrażliwość. Dalej jest jeszcze ostrzej - "Spin The Black Circle" to iście punkowa oda do płyty winylowej. Kilka chwil później jedn z najwspanialszych utworów w całym dorobku kapeli - "Tremor Christ". Mroczny, niepokojący, z Vedderem wznoszącym się na absolutne wyżyny. Inną świetną piosenką jest "Corduroy". Podobny klimat, ale większe zróżnicowanie w aranżacji. Moim zdaniem kawałek ten wiele zyskuje na koncertach, gdzie często jest jednym z najmocniejszych punktów setu. Osobisty tekst o specyficznym zwiąku artysty z jego fanami został zastąpiony w książeczce... rentgenowskim zdjęciem zębów Eddiego!
     Pisząc o "Vitalogy", nie sposób nie wspomnieć o naprawdę pięknych balladach. "Nothingman" to spokojna piosenka z kolejnymi intymnymi słowami, dotyczącymi związku Veddera z Beth Liebling. "Betterman" zaś to pierwszy utwór kapeli w całości napisany przez Eddiego, z typowym dla Pearl Jam narastaniem napięcia. I w końcu wspaniały "Immortality". Klimatyczny, tajemniczy, z pięknymi zagrywkami McCready'ego. I kolejnym genialnym tekstem.
     Oczywiście nie oszczędzili nam paru rzeczy "troszkę" dziwniejszych, np. "Bugs", gdzie Vedder przygrywa sobie na... akordeonie. Podsumowując - piękna płyta, moim zdaniem robiąca większe wrażenie niż "Vs". Wciąga swoim wspaniałym, mrocznym klimatem i zachwyca dojrzałością.

OCENA: 8+/10


     I to na razie koniec. O płytach Pearl Jam można oczywiście napisać dużo więcej, ale ja ograniczyłem się do rzeczy najważniejszych i mam nadzieję, że może kogoś zachęcę do kupna któregoś z tych albumów. Naprawdę warto. Do zobaczenia w następnej części.

CDN.

© Risk a.k.a. Petarda