*** Genesis - "Calling All Stations" ***
Rok wydania: 1997
Nie zawsze mam ochotę słuchać muzyki dla czystej rozrywki. Dlatego raczej nie ciągnie mnie do utworów, które lecą w radiu kilka razy dziennie. Na ogół słuchając muzyki pragnę ją przeżywać. Zależnie od nastroju i pory dnia wybieram bądź np. Metallikę (oczywiście starsze płyty), bądź Queen czy Pink Floyd. Współczuję ludziom, którzy nie doznają tego wspaniałego uczucia słuchając muzyki... Jak można przeżywać np. hip-hop?! Ale wracając do tematu arta... Płytą, którą chciałbym omówić w tej recenzji, jest "Calling All Stations" zespołu Genesis. Po każdym przesłuchaniu robi ona na mnie niesamowite wrażenie. Najlepiej sprawdza się, gdy chcesz się uspokoić... ale po kolei. Kasetę tę kupiłem praktycznie w ciemno, znając z niej jedynie "Congo", a o zespole nie wiedząc dużo. (Miałem wtedy chyba 12 lat i słuchałem nieco innej muzyki.) Po pierwszym przesłuchaniu odniosłem wrażenie, że płyta jest trochę nudna i trochę... hmmm... pesymistyczna (?) pod względem muzycznym. Włożyłem ją na półkę i przez chyba dwa - trzy lata posłuchałem jej może z kilka razy. Odkopałem ją w zeszłym roku... Teraz słucham jej bardzo często. Po prostu musiałem dorosnąć do tej muzyki i posłuchać kasety kilka razy. Teraz mam prawie 17 lat, co znaczy, że od zakupu do pokochania tej płyty minęło 4 czy 5 lat... Kaseta zaczyna się tytułowym utworem "Calling all stations", który jest po prostu doskonały... Klimatyczny, z dobrym tekstem. Ale nie napisałem w ogóle, jaką muzykę gra ten zespół. Jest to chyba odmiana rocka, zdaje się art rock bądź rock symfoniczny (mogę się mylić, niby dosyć dobrze znam się na muzyce, ale z zaklasyfikowaniem Genesis mam problemy... Ale, po co wszystko szufladkować?) Muzyka ta posiada klimat, nieco smutny, ale piękny. Płyta, którą tu omawiam, różni się atmosferą od poprzednich dokonań tego zespołu. Jest to zasługą nowego wokalisty, Raya Wilsona. Lubię poprzednie nagrania Genesis, zarówno starsze z Peterem Gabrielem na wokalu, jak i nieco nowsze z Philem Collinsem, ale są to przeżycia nieco innego rodzaju. Głos Wilsona świetnie pasuje do muzyki Genesis. Wracając do recenzji - po wspaniałym utworze tytułowym słyszymy "Congo". Myślę, że większość z Was słyszało tą piosenkę np. w radiu. Jest słabsza od poprzedniej, ale i tak bardzo dobra. Trzecim utworem jest "Shipwrecked", nieco smutny, ale piękny... Potem wchodzi prawie ośmiominutowy "Alien afternoon"... oczywiście też świetny, jak wszystko na płycie. Kolejna piosenka to przepiękne "Not about us", też była radiowym przebojem. Przynajmniej w "Trójce"... Słuchajcie "Trójki", to najlepsze radio! Koniec reklamy. Szóstym utworem jest "If that's what you need" no i cóż - też świetne. Ze strony B wymienię tylko tytuły, bo musiałbym powtórzyć kolejne pięć razy "To jest wspaniałe". No więc zaczyna się od dziewięciominutowego, rozbudowanego utworu "The dividing line", potem piękne "Uncertain weather", następnie "Small talk", "There must be some other way" i "One man's fool". Podsumowanie: Jeśli szukasz płyty ze spokojną, "przestrzenną" muzyką, w sam raz na jesień i deszczową pogodę, "Calling All Stations" jest dla Ciebie. Przesłuchaj ją kilka razy i daj jej szansę.
Ocena: 9/10