Moja muzyka i jej szmacenie


 

To, co robi się w obecnych czasach z muzyką (nawet najlepszą) w telewizji (głównie) i radiu, to jest po prostu zgroza! Zarzynanie utworów do granic możliwości nie pozwala na należenie do "elity" słuchających.


Od zawsze wolałem być w "podziemiu", tzn. słuchać zupełnie czegoś innego niż wszyscy inni i chociaż tym wyróżniać się z "szarej masy" młodzieży słuchającej wszystkiego co jest "cool". I jakoś nigdy mi się to nie udaje.


Gdy byłem jeszcze szczylem z podstawówki zacząłem słuchać "The Prodigy". Było to wtedy wielkie odkrycie, nikt tego nie słuchał, koszulki można było dostać w nielicznych sklepach, a płyty kosztowały majątek. Ale cóż było robić - kupowało się. Wciągnąłem się w świat rave (oczywiście tylko na płaszczyźnie muzyki), a "Music for the Jilted Generation" było dla mnie cudem (Prodigy?) :). Kolejne single wręcz pochłaniałem. Załowałem tylko, że nie byłem z nimi od pierwszego albumu, ale i tak czułem się prawdziwym fanem. Nigdy (aż do dzisiaj) nie spotkałem nikogo w koszulce "Voo Doo People" jaką mam i dawało mi to poczucie, że słucham czegoś "innego" niż wszyscy. Gdy w dyskotekach i pod trzepakami królował Liroy mnie porywały szybkie beaty "Poison" i było mi z tym dobrze...


Ale w 1997 coś się zmieniło. Wyszła płyta "The Fat of the Land" i nastąpił zalew rynku "The Prodigy". Rytmiczne utwory zdobywały coraz więcej "fanów", którzy nawet nie wiedzieli że zespół składa się z kogoś więcej niż z Keith'a Flinta. I w tym momencie przestało mnie to "bawić". Razem z tą płytą odszedłem od tej muzyki (przy akompaniamencie "Firestartera", który znał chyba każdy dzieciak). Muzyka "elitarna" (jeszcze przy drugiej płycie można tak mówić) stała się muzyką dla mas. I tak naprawdę nie wiem kogo za to winić (czy w ogóle winić?). Może taka jest kolejność rzeczy. Ewolucja? Nie wiem, ale nie podobało mi się to.


Przez połowę liceum jeszcze z dumą nosiłem mój t-shirt z laleczką voo doo, ale to już nic nie znaczyło. Słuchałem "niczego" (no może oprócz "Limp Bizkit", ale to już inna historia), aż dopiero w 4 klasie, gdy miałem się już przygotowywać do matury wkroczyło na rynek coś zupełnie innego - "Linkin Park". Wszechobecny hip-hop przygotował mnie na taki rodzaj muzyki (tj. rock + rap). Przeżyłem oświecenie, znów. Pomyślałem sobie - to coś dla mnie. Ale nieznany zespół (wtedy) miał baaaardzo ubogą stronę interetową, a od kumpli niczego i tak bym się nie dowiedział (hh, ska i "Metallica" na pokaz). W tym czasie na vivie (bodajże) można było zobaczyć "One Step Closer" - jakieś 3 razy na tydzień (czyli niezbyt często). Jak ja to usłyszałem, to już wiedziałem że to mój zespół. Kupiłem kasetę i przesłuchałem. Raz, drugi, trzeci, czwarty i jeszcze nie wiem ile razy. Znów poczułem się jak wtedy, gdy słuchałem "The Prodigy" - powiedzieć komuś "Linkin Park", a on nie wie o co chodzi - to jest TO!


Był to pierwszy album ze wszystkich jakie kiedykolwiek przesłuchałem, który nie musiał mi "wchodzić" dopiero po setnym przesłuchaniu. Jeden raz i już! Żadna piosenka nie była beznadziejna, a mój walkaman chodził na pełnych obrotach (przydał się autorevers). Kolejny teledysk - "Crawling". Wydzieranie mordy jeszcze nigdy nie było tak melodyjne i... piękne. Stawałem się coraz gorętszym fanem LP, a w internecie wreszcie pokazywały się jakieś informacje. No i nareszcie towarzyszę zespołowi od początku (no, nie licząc EP-ki). Wraz z 500 obrotem kasety w walkmanie nadszedł klip "In the End" i... zaczęła mnie brać cholera! Nagle wszyscy zaczęli słuchać LP, wszyscy byli "fanami" z piratami i mp3, podczas gry ja zbierałem kasę sa oryginalną płytkę "Hybrid Theory". No wściec się można (łagodnie powiedziane)! Ta cholerna viva zaczęła nadawać "In the End" po 6, w porywach do 10 razy na dzień kompletnie zarzynając utwór. Już i tak dziękowałem Bogu, że w radiu (Zet i RMF) ani razu tego nie słyszałem (czego nie można na przykład powiedzieć o "How you Remind Me" - "Nickelback").


Ale zbyt mocno związałem się z tą muzyką żeby z nią "zerwać". Rynek zaczęły zalewać inne zespoły NuMetalu (m.in. P.O.D i Papa Roach), ale nic nie zachwiało mojego uwielbienia dla LP. W tym czasie poszedłem na studia i zauważyłem, że album "Hybrid Teory" towarzyszy mi w najważniejszym okresie mojego życia (może dlatego się tak przywiązałem - mam wspomnienia). Złapałem się na tym, że od ponad roku słucham wciąż tej samej płyty - siostra zaczęła mnie nazywać dziwakiem, bo nie mogła wyobrazić sobie jak można słuchać 12 piosenek non stop. A ja jakoś nie mogłem przestać. Zbierałem materiały, kupowałem single, wreszcie moją pierwszą koszulkę (w końcu trzeba pokazać ludziom czego się słucha - no nie?). Mogłem zacytować każdy utwór, znałem teksty na pamięć, a do tego zacząłem pracować nad stroną internetową. Kiedy wreszcie skończyłem jej projekt okazało się, że uzbierałem tyle materiałów, że żaden serwer mi tego nie przyjmie (ponad 800 MB). Gdy wreszcie kupiłem oficjalne DVD nic już nie mogło mnie oderwać od tej manii. I raczej nie zamierzam na tym zakończyć.


Stwierdziłem, że nie ma sensu rezygnacja z muzyki tylko dlatego, że słuchają jej wszyscy (co wcale nie przestaje mnie wkurzać). I tu chyba zacznę kończyć ten przydługawy tekst. Nie lubię gdy mi się mówi, że słucham szmiry i totalnej komercji (słowo trochę nadużywane, ale cóż)... no i znów trzeba wrócić do mediów. Jak to się mówi - media to czwarta władza i tak też się dzieje w świecie muzyki, tyle że w drugą stronę (sic!). Im więcej czegoś słyszę tym gorzej mi się tego słucha. Nawet najlepszy utwór można zarżnąć, a wszyscy już kierują się prawami marketingu (może poza Radiostacją) i serwują nam codzienną papkę muzyczną. Wydaje się, że nie ma tu już miejsca na indywidualnego słuchacza, tylko na odbiorcę masowego.


I tutaj apel do tv muzycznych: a puszczajcie sobie w kółko te utwory, ja i tak nie przestanę słuchać LP, bo udowodnili mi, że wydanie albumu z remiksami ("Reanimation") nie kończy muzycznej kariery zespołu (vide "Limp Bizkit"). Mam nadzieję, że się wreszcie od nich odczepicie. I dziękuję jednocześnie za to, że "ocaliliście" zespół "Staind".


I TY, jeśli to czytasz - zastanów się nad tym, czy twój ulubiony wykonawca nie stał się ofiarą komercji, nie poprzez charakter muzyki, lecz przez politykę marketingową mediów. Nie wiem czy NuMetal jest od razu skazany na "porażkę", ale ja się tak od razu nie dam.

 

Może trochę namieszałem pod koniec, ale mam nadzieję, że wyciągniesz z tego tekstu prawidłowe wnioski. No i sorry za zanudzanie was moimi fascynacjami muzycznym, ale gdzieś to musiałem "wylać". Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że pisząc ten art nie miałem na myśli autentycznych komercyjnych tworów jak: "ich troje" (nawet nie zasługują na pisanie dużymi literami), Britney Spears (dużymi, bo to imię i nazwisko - jak myślę) i tym podobne...

 

corell

 

P.S. Zgadnij, czego słuchałem pisząc ten tekst.

P.S. 2 Może ktoś wie gdzie mógłbym zamieścić moją stronę?


 

© Copyright by corell

[ corell@poczta.fm ]