RAJ UTRACONY, RAJ ODZYSKANY


Suilad, mellon! Niech przyświeca Ci gwiazda Earendila!

Pamiętam dobrze ten wieczór: był chyba sierpień, a na pewno było lato, leżałem wszak w śpiworze, a nie pod puchową pierzyną. Na niebie nad moim ogródkiem przyświecał Sierp Valarów, wyzwanie rzucone Morgothowi. Ja zaś, mimo że leżałem tuż koło garażu, zaledwie pięćdziesiąt metrów od telewizji, radia, komórek i całego, nazwijmy to, dorobku ludzkości, byłem zupełnie gdzie indziej. Mnie w ogóle nie było na tym świecie. Znów byłem w Śródziemiu.

Nie pamiętam dokładnie, jakich czynów bohaterskich dokonałem. Może, jako Hurin walczyłem w Nirnaeth Arnoediad, Bitwie Niepoliczonych Łez, krzycząc do ostatku sił: "Nadejdzie jeszcze dzień!". Może wraz z Fingolfinem, przebywszy Cieśninę Pływającego Lodu, witałem wschodzące Słońce dmąc co sił w srebrne rogi? A może prowadziłem Marchię Rohanu do ostatniego, beznadziejnego boju, zielone flagi łopotały na wietrze, ja zaś pędziłem na spotkanie z przeznaczeniem? Nie pamiętam. Pamiętam za to myśl, która przyszła nagle. Była taka oczywista, ale też tak bolesna.

To wszystko nieprawda.

Wiem, że zabrzmi to melodramatycznie, że niektórych rozśmieszę, inni zaś uznają, że jestem niekoniecznie zdrowy na umyśle. Ale niewiele brakowało, abym się rozpłakał. Poczułem się, jakbym nagle stracił coś bardzo cennego, jakbym nagle pozostał człowiekiem... bez historii. Przytłoczyła mnie szarość, bezbarwność świata, w którym żyjemy: świata w którym z braku elfów brakuje też piękna, poezji. W którym nie ma bohaterów na miarę Turina, czy Aragorna, zaś ich rolę przejmuje piorący wszystkich po czym popadnie Chuck Norris. W którym miast budować monumentalne budowle na miarę Minas Tirith, zajmowano się niszczeniem już istniejących. Nasza cywilizacja to Mordor, nie Imlardis.

Trochę się uzewnętrzniam, ale papier znany jest z tego, że wszystko przyjmuje, psycholog zaś mniej niż dwadzieścia złotych nie bardzo... Poczułem, jakbym odebrał sam sobie rzecz bezcenną: możliwość utożsamiania się z bohaterami z krwi i kości, bycia kimś, kim nigdy nie będę mógł być. Jakbym przekreślał te wszystkie cudowne chwile, gdy ślęczałem z piórem i atramentem starając się zapisać tengwarem choć jedno słowo; gdy wsłuchiwałem się w Lament Galadreili, czytany przez Tolkiena, ostatniego znawcę Wspólnej Mowy. Jakbym pozbywał się mojego wielkiego marzenia: że pewnego dnia w ruinach starego zamczyska, odnajdę małą biblioteczkę. Podejdę do stojącego w rogu stolika, zapalę świecznik, zdmuchnę z leżącej na biurku książki kurz i z wysiłkiem odczytam wyblakłe słowa: "The Red Book of Westmarch..."

Dlatego wyrzuciłem tę myśl z pamięci.

Bo ja, choć wiem, że nigdy nie było elfów, krasnoludów, Marchii Rohanu, nadal wierzę, że istnieli. Wierzę, że istniał kiedyś podział na ludzi dobrych i złych. Wierzę, że śmierć to Dar Człowieka, nie zaś jego przekleństwo. Wierzę w pieśni śpiewane w gwarnych salach Imlardis. Wierzę w zielonego rumaka na białym tle dumnie łopoczącego na wietrze.

Wierzę, bo chcę wierzyć. Nie pozwolę, by cos niszczyło moje marzenia.

Dlatego, drogi Czytelniku, nie powiem Ci: do widzenia.

Powiem: Namarie!

UnionJack