ROBERT JORDAN - OKO ŚWIATA


Pamiętam taką scenę z pierwszych klas podstawówki: pani nasza kochana, zwana przez nas nieraz ciocią, zadaje nam czytankę do domu. My, biedne nieświadome (jeszcze) cielątka otwieramy książeczkę i naszym oczom okazuje się ów tekst. I oto zgroza, strach, a przerażenie - całe 5 stron! To można tyle w ciągu dnia przeczytać i żyć jeszcze? Powariowali normalnie...

A teraz uważaj Czytelniku, a trzymaj się mocno (krzesła, stołu, koleżanki - wedle upodobań)! Koło Czasu (czyli cykl, co go "Oko świata" rozpoczyna) jest nawet dłuższe! I to całkiem dużo dłuższe, bo dzięki niemu poznałem prawdziwe znaczenie słowa monumentalny. Toteż oznajmiam: monumentalna objętość to nie jest Władca z marnymi 1700 stronami. Pierwsze dwa tomy Koła Czasu mają stron 1800 - a tomów jest osiem.

Toteż widać jest, że Robert Jordan to pisarz całkiem rzekłbym płodny, niemalże jak królik na Viagrze. Trzeba też przyznać, że kreuje świat interesujący, choć nie mogę powiedzieć, by odkrywczy. Wszystko bowiem w pewnym sensie już było: przepowiednie, że wkrótce stanie się coś straszliwie ZŁEGO i to strasznie szybko; loże potężnych, a wrednych babsztyli zwanych popularnie wiedźmami; w końcu jeden człowiek, co świat znad przepaści zawróci. Nihil novi unter Sonne, chciałoby się rzec.

Tak więc fabuła ma się następująco: w pewnej spokojnej wiosce, w zapomnianej przez ludzi krainie żyje sobie wieśniacza brać, dni i noce spędzając na szczuciu panien borsukami i tego typu zajęciach polskiego rolnika. Ich idylla zostanie niestety przerwana: będą musieli zbawić świat. I to akurat tuż przed świętem Bel Tine! Toż to diabelskie jakieś knowania!!!

A zgadza się, diabelskie. Za całym tym burdelem stoi bowiem Belzebub, posługujący się tym razem ksywką Shai'tan, popularnie zwany Czarnym (let's kick racism out of literature! ;) Czarny, jak to Diaboł, straszny jest niemożebnie (ZNOWU czytałem Sapka... widać chyba? ;) i chce ich wszystkich wyzabijać, bo jeden z nich jest Smok Odrodzony i będzie Złemu w twarz pluł, a go obsobaczał. Ale trio twarde są i do umieranie im nie śpieszno. A ponieważ pertraktacje w tym przypadku możliwe nie są, dojdzie do rozgrywki, ponoć ostatecznej. I w ogóle nie wiadomo, kto wygra...

Tym niemniej, książeczkę czytać się da nawet przyjemnie, choć rzecz jasna nie zakrztusisz się browcem, gdy, jak w czasie lektury Sapka napadną Cię spazmy śmiechu, a następnie konwulsje i drgawki ("A gdy zobaczysz światełko w tunelu - za cholerę tam nie idź!" - to chyba ze Shreka?). Styl Jordana jest bowiem prosty, jak drzewce włóczni: żadnych perwersyjnych zabaw ze słowem, kilka niekoniecznie udanych przepowiedni, a także jeden, lub dwa wierszyki. Reszta zaś relacjonowana jest tak, jak w 997, czy kronice kryminalnej: sama akcja, opisów przyrody nie uświadczysz.

Ale, co by wreszcie już zakończyć, czas na wyrok. No więc, zważywszy na cenę (30 kartek za złotówkę!) wyrok brzmi: przeczytać, ale w zawieszeniu. Po Tolkienie, Gainmanie, Sapkowskim, Pratchett'cie.
No i po moich innych recenzjach :PPPPP

Union Jack